Do wielkiej roli muszę dojrzeć

rozmowa z Martą Żmudą-Trzebiatowską

Teatr Krzysztofa Warlikowskiego to jest ten rodzaj estetyki, którą kupuję. To niesamowite, bo przecież jestem w Teatrze Kwadrat, gdzie gram inny repertuar. I bardzo go sobie cenię. Janusz Gajos powiedział mi, że był w Kwadracie siedem lat, na początku swojej drogi zawodowej i że dużo się tam nauczę. Granie komedii jest najtrudniejsze - mówi aktorka MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA.

Rz: Dwa tytuły, w których pani wystąpiła - "Ciacho" i "Śluby panieńskie" - mają już po milion widzów i są największymi polskimi hitami tego roku. Czy w przyszłym zaowocują nagrodami?

- Oczywiście dochodzą do mnie informacje, że widzowie polubili oba filmy, ale nie interesuje mnie odcinanie kuponów, tylko sama praca. Wszystkie moje role, w tym także serialowe, traktuję jako lekcje. Kiedy wchodzę na plan, najistotniejsze jest dla mnie to, kto będzie grał. Najciekawsze są spotkania z mistrzami mojego fachu.

Czyżby najpopularniejsza aktorka 2010 roku chciała skromnie powiedzieć, że dopiero czeladnikuje?


- A tak. Zagrałam niedawno niewielką rolę w "Wygranym" Wiesława Saniewskiego. Już samo spotkanie z tak znakomitym reżyserem było dla mnie wielkim wyróżnieniem. Ale chciałam też zagrać u niego, bo wiedziałam, że w obsadzie jest Janusz Gajos. Najważniejsze były dla mnie chwile poza ujęciami, kiedy mogłam podejść do pana Janusza i zapytać o interesujące mnie sprawy. Stawiając pierwsze kroki w zawodzie, nawet gdy spotykałam mistrzów, nie miałam śmiałości z nimi rozmawiać. Nie wiedziałam jeszcze, o co pytać. Dziś wiem. Rola w "Wygranym" - filmie o tym, jak trudno zmierzyć talent artysty - dużo mi dała. Przede wszystkim otuchę na przyszłość.

Jak wyglądała pani rozmowa z Saniewskim?


- Telefonicznie poprosił o 10 minut, żeby móc mi spojrzeć w oczy. Po spotkaniu powiedział, że rozmawiał z młodą, inteligentną, wrażliwą dziewczyną, i nie rozumie, dlaczego ktoś powiedział o mnie, że jestem jak piękna widokówka, która nie ma nic do powiedzenia. Kiedy zauważył, że to mnie dotknęło - nie znałam wcześniej takiej opinii o sobie - pocieszył mnie słowami: "Nie martw się, kropla drąży skałę". Wierzę, że swoją pracą udowodnię wszystkim niedowiarkom, ile jestem warta. Ale przede wszystkim sobie.

Może ta opinia wzięła się stąd, że, w przeciwieństwie do starszych aktorów, nie zaczynała pani w teatrze, tylko w serialach?

- Zgadzam się. Kiedy marzyłam o zostaniu aktorką, teatr wydawał mi się najważniejszy. Dopiero w szkole zdecydowałam się spróbować swoich sił w serialu i kinie, które wcześniej mnie nie pociągały. Ale nie mam pretensji do losu. Cieszę się, że mogę pracować w zawodzie.

Przedstawienia których twórców teatralnych skłoniły panią do zdawania na Akademię Teatralną?

- Najważniejszy jest dla mnie teatr Krzysztofa Warlikowskiego. Nigdy nie zapomnę, jak na pierwszym roku studiów miałam szansę być na jego wykładzie. Ja, dziewczyna, która bardziej marzyła o scenie, niż wierzyła, że będzie mogła jej dotykać na co dzień, bo z mojego rodzinnego Przechlewa obok Człuchowa do najbliższego teatru było 120 kilometrów. Dopiero Warszawa dała mi możliwość oglądania spektakli. W mojej rodzinnej miejscowości mogłam o nich tylko czytać w miesięcznikach "Dialog" i "Teatr". Chodziłam do liceum o profilu matematyczno-fizycznym, ale zdecydowałam się pójść pod prąd. I oto znalazłam się w Akademii Teatralnej i słuchałam reżysera, którego znałam dotąd wyłącznie z artykułów. Czułam jego niesamowitą energię. Był jak hipnotyzer, szaman. Gdyby powiedział: "skocz w ogień" - skoczyłabym. Jego teatr to jest ten rodzaj estetyki, którą kupuję. To niesamowite, bo przecież jestem w Teatrze Kwadrat, gdzie gram inny repertuar. I bardzo go sobie cenię. Janusz Gajos podtrzymał to przekonanie. Powiedział mi, że był w Kwadracie siedem lat, na początku swojej drogi zawodowej i że dużo się tam nauczę. Granie komedii jest najtrudniejsze. W szkole teatralnej bałam się tego gatunku, uciekałam przed nim. Teraz wychodzę na scenę i mam recenzję na żywo. A nie gram w "Kiedy Harry poznał Sally" pod publiczkę. Kwadrat odchodzi od farsy.

Chciała pani skoczyć w ogień za Warlikowskim, a poszła do serialu?


- Gdyby tylko była taka propozycja, nie miałabym wątpliwości, co wybrać. Ale po szkole nie mamy zbyt wielkiego wyboru i nie zawsze są one świadome. Serial potraktowałam jednak jako wyzwanie, dzięki któremu nauczę się obcować z kamerą. To była szansa na codzienny trening. Wcale nie jest łatwiejszy od tego w filmie czy w teatrze. Inny, ale również wymaga od aktora dużego wysiłku. Dopiero w zeszłym roku przebudziłam się i postanowiłam przewartościować swój świat. Niestety, moje wyobrażenie dotyczące jednego z filmów okazało się błędne. Nakręciliśmy zbyt dużo materiału i został wycięty najciekawszy dla mnie wątek sensacyjny. Tym bardziej było mi przykro, czytając recenzje. Pocieszyła mnie wtedy propozycja Filipa Bajona - udziału w "Ślubach panieńskich". Nie znał mnie. Zaprosił na casting, który wygrałyśmy razem z Anią Cieślak. Długo nie mogłam uwierzyć w to, co powiedział.

A co?


- "Byłaś najlepsza".

Pani i Maciej Stuhr. Ale uwspółcześnienia wypadły źle.

- Przeczytałam scenariusz i powiedziałam Filipowi Bajonowi, że tekst się broni i nie potrzeba wątku współczesnego. Zespół się podzielił. Decyduje reżyser.

Myślę, że nie ufał Fredrze.

- Mogło tak być. A może nie ufał też współczesnemu widzowi? W każdym razie ja zaufałam Bajonowi. To cudowny reżyser i praca z nim jest przyjemnością.

Kamila Baar, pani krajanka z Człuchowa, grała w znakomitych "Ślubach panieńskich" w Narodowym. Pomagała w wyborze zawodu?


- Kiedy myślałam już o aktorstwie, dostałam na 18. urodziny od kolegi bilet na spektakl w Collegium Nobilium, gdzie czwarty rok Akademii Teatralnej grał "Sen nocy letniej". W roli Hipolity występowała Kamila. Nie znałam jej, ale urzekła mnie. Uwiodła. Tamten spektakl utwierdził mnie w wyborze aktorstwa. Wiedziałam, że chcę tego na pewno.

Pani pozycję na rynku utwierdził kinowy hit "Nie kłam, kochanie".


- Jeżeli można mówić o jego sukcesie, to jest on ogromną zasługą Piotra Adamczyka, który podniósł wartość scenariusza i filmu. Byłam wtedy jeszcze dziewczątkiem, które nie wiedziało, że trzeba walczyć o swoje. Nasze spotkanie w "Och, Karol 2" było już zupełnie inne. Piotr mówił, że dojrzałam.

Co panią przekonało do tego filmu?


- Piotr Wereśniak poprosił, żebym przeczytała scenariusz, nie chcąc powiedzieć pod kątem jakiej roli. Po lekturze powiedziałam, że zagram pod warunkiem, że będę filmową Pauliną, bo ona dysponuje największym komediowym potencjałem, a ja mam na nią pomysł, który pozwoli pokazać widzom moje komiczne możliwości. Piotr myślał podobnie. Jestem przekonana, że to będzie film rozrywkowy na dobrym poziomie, którego się nie będziemy wstydzić. Mój pobyt w Ameryce utwierdził mnie w przekonaniu, że kino komercyjne nie musi być gorsze.

A co było w Ameryce?


- Ktoś mnie zobaczył w polskiej telewizji i zagrałam Polkę w komedii romantycznej "Love, Wedding, Marriage", debiucie reżyserskim Dermota Mulroneya, razem z Jane Seymour, Mandy Moore, Jamesem Brolinem i Kellanem Lutzem. Zdjęcia kręciliśmy w Nowym Orleanie, potem była postprodukcja w Los Angeles. Może Amerykanie mają lepszy sprzęt i warunki, ale generalnie ich praca nie różni się od naszej. Gramy tak samo. Śmiało weszłam na plan. Na nowo uwierzyłam w siebie. Przekonałam się, że nawet w telewizji czy kinie muszę dawać sto procent energii, grać swoje i walczyć o swoje. Oczywiście, wciąż marzę o wielkich, złożonych psychologicznie rolach. Ale może muszę jeszcze do nich dojrzeć, więcej przeżyć i przeczytać. Wierzę, że na wszystko w życiu przychodzi odpowiedni moment.

***

Ma 26 lat i jest najpopularniejszą aktorką 2010 roku. Oglądaliśmy ją niedawno w dwóch filmach - "Ciacho" Patryka Vegi i "Ślubach panieńskich" Filipa Bajona według komedii Aleksandra Fredry. Oba mogą się już pochwalić milionową widownią. W przyszłym roku pokaże się w dramacie psychologicznym Wiesława Saniewskiego "Wygrany", a także w komedii romantycznej "Och, Karol 2" Piotra Wereśniaka, u którego zagrała wcześniej w "Nie kłam, kochanie" u boku Piotra Adamczyka.

Popularność zdobywała, występując w serialach "Na dobre i na złe", "Magda M." i "Fałszerze - Powrót Sfory". Zagrała również w "Sercu na dłoni" Krzysztofa Zanussiego.

Absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie. Laureatka Telekamery 2009 oraz nagrody Róże Gali w kategorii piękne debiuty i Elle Style Awards 2009 w kategorii "najlepsza aktorka". W 2008 roku wzięła udział w programie "Taniec z gwiazdami".

Jacek Cieslak
Rzeczpospolita
4 grudnia 2010

Książka tygodnia

Opowiedzieć historię. Polska dramaturgia współczesna po 2006 roku
Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego
redakcja: Joanna Królikowska i Weronika Żyła

Trailer tygodnia

Przemilczenia
Joanna Marcinkowska
U Joanny Marcinkowskiej nieodzownym e...