Dobrych ludzi jest więcej

Rozmowa z Piotrem Cyrwusem

Moja droga jest moją drogą. A kiedyś nie do końca potrafiłem to zrozumieć... Nigdy nie zapomnę słów o. Jana Góry: "Piotruś, nikt Ci twoich ról nie zagra".

Z Piotrem Cyrwusem - aktorem teatralnym, filmowym, telewizyjnym i radiowym, prezenterem telewizyjnym - Marta Jacukiewicz.

Marta Jacukiewicz: Na brak zajęć w ostatnich latach chyba Pan nie narzeka?

Piotr Cyrwus - Od czasu, kiedy zmieniłem pracę i nie pracuję już na etacie w warszawskim Teatrze Polskim, jestem wolnym strzelcem - pracuję w Teatrze Capitol, Teatrze Imka, Teatrze STU i w Telewizji Polskiej, TV Puls i TVN. Praca w teatrze jest ciężką pracą, chociaż komuś może się oczywiście wydawać, że my, aktorzy, tylko się wygłupiamy.

To zawód, który daje rozwój?

- Aktorstwo to wspaniały zawód, który wymaga ciągłego rozwoju. Z jego wykonywaniem bardzo często wiąże się również zamiana miejsca pracy. Czasami jest tak, że jakąś rolę gramy przez wiele lat, jesteśmy utożsamiani z bohaterem, którego gramy. Niekiedy jest to bardzo trudne, ponieważ aktor musi zagrać zarówno dobrą postać, jak i złą. Ostatnio dość powszechne staje się to, że ludzie, którzy oglądają bardzo dużo seriali, nie radzą sobie z identyfikacją aktora. To było też jednym z powodów, dla których opuściłem serial "Klan". Może zbyt pochopnie, gdyż sam identyfikuję się czasem z moimi bohaterami ulubionych seriali.

Podobno nawet jeden z byłych prezydentów zwrócił się kiedyś do Pana "Panie Ryśku"?

- Oj, to było bardzo dawno temu (śmiech).

Całe szczęście, że Rysiek był pozytywną postacią...

- Rysiek to tylko postać serialowa. Takie były wymogi scenariusza, i sumiennie wypełniałem moje zadanie. Bardzo lubię też grać złe postacie, a najchętniej złożone psychologicznie. Potrafię wcielić się w tego konkretnego bohatera, ale przecież to nie jestem prawdziwy ja. W sztuce czasem przedstawiamy złe zachowanie i czyny ludzi różnej profesji, żeby widz mógł przeżyć katharsis i być lepszym. Czasami trzeba zagrać i złego księdza, ale przecież to nic znaczy, że wszyscy księża są źli. Ludziom czasami się to myli.

Można się w jakiś sposób przygotować do odegrania złej postaci?

- Nie ma na to sposobów. To talent i wyobraźnia aktora. Są też i tacy aktorzy, którzy wkładają więcej wysiłku w to, by utożsamić się z bohaterem, którego będą grać. Czasami się odchudzają. Każda metoda jest dobra, jeśli ostatecznie przemówi to do widza. Jest jedno "ale": nie możemy krzywdzić siebie i innych.

Która rola w ciągu ostatnich dwóch lat była dla Pana największym wyzwaniem?

- Zdecydowanie rola Klaudiusza w "Hamlecie". Była dla mnie bardzo dużym wyzwaniem, i innym typem roli w ogóle. To Szekspir - zawsze jest się z czym zmagać. W ostatnim czasie dość często wcielam się w postacie różnych polityków, ludzi pokręconych, którzy czynią zło. Uważam, że nie ma ludzi złych, tylko tacy, którzy czasem źle postępują.

W życiu aktora pojawiają się wątpliwości, czy dalej iść w tym kierunku?

- Miałem taki czas. Było mi coraz ciężej i zastanawiałem się, czy grać dalej. Jeden młody reżyser powiedział mi wtedy: "Piotruś, ale coś musisz grać" (śmiech).

Z czego wynikały te rozterki?

- Za dużo zacząłem myśleć o tym, jak mnie postrzegają, jak opisują... Nie jest to jednak dobre spojrzenie.

Zdarzyło się, że ktoś na ulicy powiedział coś niemiłego w odniesieniu do konkretnej roli?

- Takie sytuacje w moim przypadku nigdy nic miały miejsca. Na ogół jestem postrzegamy jako sympatyczny. Myślę, że nie tylko jako aktor, ale też człowiek w ogóle.

Dość często można spotkać Pana w kościele - w tygodniu. Co daje Panu wiara?

- Wiara przede wszystkim daje mi wolność. Bardzo się boję przyczepiania różnych etykietek i ocen. Nawet ostatnio myślałem o tym, że przecież żyjemy tak krótko... Każdy chciałby być szczęśliwy, mieć więcej pieniędzy, jeździć częściej na wakacje, ale najważniejsze jest to, by nie czynić zła i nie krzywdzić drugiego człowieka. Wiara przez te wszystkie wieki była również wypaczana przez różnych ludzi, ale to wiara zwolniła ludzi z niewolnictwa. Dała ludzkości i każdemu z nas perspektywę wolności. Szkoda, że czasami dajemy się tak łatwo zmanipulować, uwieść złu.

Wyjeżdżacie na zdjęcia, wstaje Pan rano i idzie do kościoła. Są komentarze, ocenianie przez innych?

- Aż tak to nie jest, chociaż chciałbym. Nikt nigdy otwarcie niczego mi nie zabronił. Chodzenia do kościoła nie zabronili mi nawet w komunizmie (śmiech). To jest mój wybór. Kto może mi czegoś zabronić? A to, że coś ktoś o mnie pomyśli... Co mnie to obchodzi. Może teraz nawet jest trudniej, kiedy jako współbracia oceniamy się, dzielimy ze względu na poglądy polityczne. Wykluczamy się, szukamy wspólnot, które myślą tak jak my, żeby był święty spokój. Komuna przyszła z zewnątrz i nam nie zagroziła, choć oczywiście gnębiła i krzywdziła - delikatnie mówiąc. Trzeba patrzeć, co my mamy w środku, co z nas wychodzi.

Opłaca się być dobrym?

- Przede wszystkim jest dobro, zło pojawia się tylko od czasu do czasu. Wierzę w słowa piosenki Niemena, "że ludzi dobrej woli jest więcej". Staram się żyć w taki sposób, by nikogo nie krzywdzić. Nad tym trzeba też ciągle pracować. Nie jest to łatwe.

Przeżył Pan nawrócenie?

- Codziennie upadam i codziennie się nawracam. Pochodzę z tradycyjnej rodziny i z jednej strony chciałbym idealizować swoją rodzinę, ale z drugiej strony wiem, że poprzez różne sploty akcji sam również czyniłem jakieś zło. Nie ma idealnych rodzin. Ewangelia uczy nas także relacji - relacji między sobą. Późno to zrozumiałem. Jakiś czas temu odkryłem czytanie o uczcie, na którą zaprasza nas Pan. A czy my w tym czasie nie mamy innych pilnych spraw? Zakupy, fryzjer, spotkanie ze znajomymi? Jeśli nie korzystamy z zaproszenia na tę ucztę, nie wiemy nawet, co to jest Dziesięcioro Przykazań, i co znaczy je przestrzegać. Modlę się o to, abym wzrastał, a nie cofał się. Jan Paweł II mówił: "Nic nie jest wam dane na wieczność". To jest codzienne zmaganie się. Podobnie jak w małżeństwie - ludzie często myślą, że będzie idealnie od momentu, kiedy wezmą ślub. Dlaczego co trzecie małżeństwo się rozpada? Dopiero po ślubie zaczną się trudności. Po to jest właśnie sakrament, że kiedy zacznie się coś dziać złego, wiemy, że istnieje Większa Siła, która nas połączyła. I potrafimy wtedy na siebie inaczej spojrzeć.

Dlatego bardzo często widać Pana z żoną razem w kościele?

- Z różnymi rzeczami się borykaliśmy, z różnymi przeciwnościami się zmagaliśmy. I do tej pory coś widzimy inaczej, ale nas - poza miłością - łączy olbrzymia przyjaźń. A z przyjaźnią - duża doza wyrozumiałości. Nie jest w tej chwili już wszystko na ostrzu noża, wóz albo przewóz. Etap, że każda bzdura urasta do rangi wielkiego problemu, mamy już za sobą.

Coraz częściej gracie razem. Jaka to współpraca?

- To jest trudna współpraca (śmiech). Czasem widzimy coś zupełnie inaczej, ale na tym to polega, że musimy się dogadać. Jak w życiu. Myślę, że coraz łatwiej nam to wychodzi. Są takie etapy, że lubimy razem pracować, ale niekiedy - nie lubimy. Bardzo lubimy w ogóle być razem, stąd też decydujemy się na wspólną pracę.

Zazdrość na scenie się pojawia?

- Chodzimy w innych kategoriach wagowych (śmiech). Nie ma między nami zazdrości.

Niezbyt często słychać o Panu w mediach. Odnajduje się Pan w show biznesie?

- To jest właśnie ta wolność, o której mówię. Czy muszę w tym uczestniczyć? Kiedyś tak mi się wydawało, że muszę zachować się podobnie jak moi koledzy, by dostać rolę, by zrobić karierę. Dziś widzę to zupełnie inaczej. Moja droga jest moją drogą. A kiedyś nie do końca potrafiłem to zrozumieć... Nigdy nie zapomnę słów o. Jana Góry: "Piotruś, nikt Ci twoich ról nie zagra". Moja żona należała do duszpasterstwa akademickiego u dominikanów, stąd spotkanie z o. Górą. Chociażbym nie wiem, jak się starał, to 99 proc. zależy ode mnie. Od Pana Boga zależy tylko 1 proc, ale jest to procent najważniejszy.

Złudne przekonanie, że sami nad wszystkim panujemy?

- Rano robię plan dnia i wydaje mi się, że nad wszystkim panuję, ale kiedy wieczorem robię rachunek sumienia, widzę, że już po godzinie wszystko się rozpadło.

Jest Pan zaangażowany w kilka projektów. Nie czuje się Pan zmęczony natłokiem pracy i obowiązków?

- W tym roku nie mam takich dni, w których brakowałoby mi energii. Zacząłem dwa seriale, cały czas wznawiamy spektakle. "Hamlet" był dla mnie zastrzykiem dodatkowej energii, chociaż byłem zmęczony psychicznie i fizycznie. Chyba to była dobra jesień (śmiech).

Nie brakuje Panu pracy w Teatrze Polskim?

- Grałem tam przez sześć lat. Zagrałem ważne dla siebie role, spotkałem się z ciekawymi ludźmi. Było to bardzo cenne doświadczenie.

Trudno być dziś aktorem?

- Bardzo trudno. Nie mam na myśli tylko kwestii związanych z wynagrodzeniem. Coraz częściej gram z młodymi aktorami, pełnymi nadziei i energii do pracy, ale też niesamowicie dojrzałymi. Widzą zagrożenia, jakie niesie ten zawód i życie. Potrafią postawić na wartości fundamentalne. Kiedy rodzi im się dziecko - potrafią odmówić roli. Podziwiam takich ludzi.

___

Piotr Cyrwus - aktor teatrów: Polskiego w Warszawie (1985-86), im. S. Jaracza w Łodzi (1986-89), STU w Krakowie (1989-92). W latach 1992-2009 występował w Starym Teatrze w Krakowie. Od roku 2012 aktor Teatru Polskiego w Warszawie.

Marta Jacukiewicz
Idziemy
4 stycznia 2020
Portrety
Piotr Cyrwus

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia