Dobrze wytyczony kierunek

rozmowa z Warcisławem Kuncem

Przyszłość tej placówki zależeć będzie w dużym stopniu od tego, czy jej potrzeby znajdą w końcu zrozumienie w gremiach politycznych, dysponujących funduszami, bo od tego bardzo wiele zależy. Szczecin ma ambicje metropolitarne, a nie ma na świecie metropolii, która nie szczyciłaby się operą - mówi Warcisław Kunc, dyrygent, który przez 16 lat był dyrektorem Opery na Zamku w Szczecinie

Pańskie odejście z Opery na Zamku było raczej niespodziewane, a publiczność jest tym zaniepokojona.

Co do rezygnacji z funkcji, to nie mogłem postąpić inaczej, skoro nie dało się porozumieć z władzami w okresie kluczowym dla przyszłości teatru. Nie pierwszy raz zamiarom i ambicjom artystycznym stanął na przeszkodzie brak zrozumienia określonej wizji przez ważnych decydentów. A już bez komentarza pozostawię próbę uwikłania mnie w rzekome przestępstwa i powiadamianie opinii publicznej, że zajmie się mną prokurator.

Po 16 latach prowadzenia Opery na Zamku to w istocie przykra sytuacja.


Owszem, ale na szczęście mam bogate życie zawodowe i nie muszę się nad tym przykrym zdarzeniem roztkliwiać. Teraz w poznańskim Teatrze Wielkim przygotowuję premierę opery Henry\'ego Purcella "The Fairy Queen, czyli "Królową wróżek". Jest jeszcze wiele innych rzeczy do zrobienia.

Ale chyba żal panu przerwanych projektów.


W jakimś sensie żal, ale chciałbym mieć nadzieję, że będą one kontynuowane, gdyż stanowią fragment repertuarowej linii, którą nakreśliłem po powrocie do opery w 2007 roku. Chciałem, by zespół mierzył się z nowymi zadaniami, stopniowo wprowadzałem na scenę bardziej pozycje z tzw. żelaznego światowego repertuaru. W moim przekonaniu to się należało szczecińskiej publiczności i naszemu regionowi. Gdy Szczecin starał się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, zapytano mnie, co zamierzam robić w tym kierunku, ale odpowiedziałem, że nic ponadto, co już robimy i planujemy. Bo nie da się zaprzeczyć, że nie samo istnienie teatru opery w danym mieście budzi zainteresowanie świata zewnętrznego, ale poziom dokonań, zdolność do podejmowania wymagającego repertuaru. Dlatego w Szczecinie pojawiły się "Kawaler srebrnej róży" "Fidelio", "Lunatyczka". Na premierę w budowanej na czas remontu hali wybrana była mało znana, jedna z pierwszych oper Pucciniego - "Edgar".

Tuż po pańskiej rezygnacji ogłoszono, że rysują się możliwości współpracy z Deutsche Oper w Berlinie.


Niech tak będzie, bo od współpracy z lepszymi czy nawet dobrymi nie należy stronić. Myśmy mieli rozpoczęty projekt wystawienia "Kandyda" Leonarda Bernsteina we współpracy z teatrami w Poznaniu i Chorzowie. Jak wiadomo, wiele rzeczy realizowaliśmy wspólnie z teatrem w Schwedt, który - choć działa w mieście nieporównanie mniejszym od Szczecina - dysponuje znacznie wyższą dotacją. Nie sądzę, by możliwe były równorzędne relacje między Berlinem, ale kto wie? Bardzo szanuję prof. Tomaszewskiego i cieszyłbym się gdyby potrafił on przekonać naszych marszałków, że konieczne jest wzmocnienie finansów opery choćby po to, aby zwiększyć stałe składy orkiestry i chóru. Taki stan zamierzałem osiągać po gruntownym remoncie siedziby Opery na Zamku.

Tymczasem to ten remont stał się przyczyną pańskiego drugiego już rozstania ze szczecińską sceną.


Owszem, jest w tym stwierdzeniu coś na rzeczy, ale nie to, o czym mówili głośno urzędnicy. Warto przypomnieć, że pod koniec kadencji SLD-owskiego zarządu województwa zapisano urzędowo przyrzeczenie, że na remont teatru z RPO otrzymamy około 60 mln zł. Taka suma wsparta deklaracjami przekazania nam dodatkowej powierzchni przez poprzedni zarząd, w tym części obecnie zajmowanej przez gabinety marszałków, gwarantowała stworzenie zespołowi dobrych warunków pracy, a widowni piękniejszej sali. Dzięki uzyskaniu nowej powierzchni chcieliśmy uzyskać dwie sale prób, co jest ogromnie ważnym warunkiem podniesienia poziomu pracy. Niestety, polityczne decyzje przyniosły nowe problemy, przede wszystkim okrojono drastycznie fundusze na remont do 20 mln zł. Włodarze województwa odsunęli też obietnicę przekazania części zajmowanych przez siebie zamkowych pomieszczeń, bo ta uzależniona była od decyzji związanej z nową siedzibą Urzędu Marszałkowskiego. Chciałbym wierzyć, że jednak dawne przyrzeczenia w końcu zostaną dotrzymane, a w dającej się określić przyszłości szczecińska opera będzie mogła uzyskać sensowne sale prób.

A może do swoich kłopotów sam się pan przyczynił? Bo skoro opera o najniższej dotacji w Polsce mogła przez lata dawać wysokiej jakości produkcje, organizować znane w całym kraju Turnieje Tenorów i okolicznościowe koncerty, a także odbywać zagraniczne tournee, to pojawienie się nowych, większych materialnych oczekiwań musiało spotkać się z oporem władzy, która nigdy pieniędzy nie ma za wiele.

Myślę, że przez długi czas robiliśmy więcej niż by to wynikało z realnych możliwości. Dużo wysiłku trzeba było włożyć, by udawały się te nasze liczne przedsięwzięcia. Mógłbym przypomnieć na przykład "Rent" - przyniósł nam sukces frekwencyjny i finansowy, ale dało się go zrealizować wyłącznie dzięki porzuceniu starych schematów.

W normalnych warunkach, choćby ze względu na ograniczone możliwości własnego zespołu, nie mógłbym sięgnąć po młodzieżowy musical. Zaryzykowałem i sięgnąłem do formy praktykowanej przez największe światowe sceny, którą nazywamy stagione. Polega to na angażowaniu wykonawców, w tym także artystów, wyłącznie do określonego spektaklu na czas jego eksploatacji. Sprawdziło się przy "Rent" i tę formę zamierzałem rozwijać. Nie wiem, skąd brały się opinie, że w Szczecinie chciałem dążyć w kierunku teatru impresaryjnego. To byłby jakiś absurd, bo jestem przekonany że teatru opery na impresariacie się nie da zbudować, tym bardziej w Szczecinie.

Nie udało się panu zrealizować wielu planów, ale w operze pozostawia pan po sobie ogromny dorobek. Czego pan życzy tej instytucji?

O potrzebach opery mówiłem już wcześniej. Podkreślę może, że przyszłość tej placówki zależeć będzie w dużym stopniu od tego, czy jej potrzeby znajdą w końcu zrozumienie w gremiach politycznych, dysponujących funduszami, bo od tego bardzo wiele zależy. Zwłaszcza że nie chodzi o żadne spektakularne, jednorazowe decyzje, jak na przykład sfinansowanie jednorazowego koncertu za kilkaset tysięcy zł. Rzecz znamienna, iż o takie gesty zwykle w kulturze szczecińskiej bywa łatwiej niż o konsekwentne, poważne długofalowe działania. Decydenci jakby nie wiedzieli, że o kulturalnej sile miasta i regionu, o jego promieniowaniu na świat zewnętrzny nie decydują jednorazowe fajerwerki, ale instytucje nauki i kultury, do których zawsze w pierwszym rzędzie należy teatr opery. Szczecin ma ambicje metropolitarne, a nie ma na świecie metropolii, która nie szczyciłaby się operą. Mimo wszystko mamy w Szczecinie dobre podstawy, mądrze inwestując nie powinniśmy ich zmarnować.

Dziękuję za rozmowę.

Grzegorz Dowlasz
Kurier Szczecinski
16 maja 2011
Portrety
Warcisław Kunc

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...