Dom, w którym każdy jest zły

"Dom Bernardy A." - reż. Alejandro Radawski - Narodowy Teatr Stary w Krakowie.

„Dom Bernardy A." skrywa wiele tajemnic. Nad ich skrzętnym ukryciem czuwa główna bohaterka, Bernarda Alba. Systematycznie niszczy ona wszelkie ślady prawdy, z myślą o sąsiadach tworząc kolejne pozory i zmuszając swoje córki do milczenia. Bernarda jest przekonana, że ma nad otoczeniem kontrolę. Jednak, nie zauważa, że wszyscy wokół niej są tak samo bezwzględni jak ona.

Każdy, kto styka się z atmosferą domu Bernardy Alby, choruje. Nienawidzi. Szpieguje. Życzy innym jak najgorzej. Córki Bernardy zazdroszczą sobie nawzajem, jej służąca (Iwona Budner) pragnie cierpienia dla całej rodziny, a narzeczony najstarszej córki, Angustias (Alina Szczegielniak) romansuje również z jej siostrą, Adelą (Aleksandra Nowosadko). Dom ten jest zepsuty. Z wyglądu bardziej przypomina więzienie niż ciepłe miejsce, do którego pragnie się wracać. Jego wnętrze jest mroczne i ubogie. Scenografia składa się jedynie z czterech różnej wielkości postumentów, na których bohaterki wygłaszają swoje racje. Wypowiadają je jak najciszej, byleby nie narazić się na gniew Bernardy.

Przygaszone światło wzmacnia wrażenie chłodu bijące ze sceny. Sprawia, że bohaterki wydają się być cieniami, smutnymi odbiciami Bernardy. To odpychające uczucie potęgowane jest również przez ciemne kostiumy i wyrazisty makijaż u córek. W przypadku Angustias i Adeli ich intensywny makijaż przypomina barwy wojenne. Obie walczą o względy tego samego mężczyzny. Potyczkę tę ma wygrać Angustias. Tak zadecydowała matka.

Hierarchia w tym domu jest już od dawna ustalona. Widać to podczas początkowych scen, kiedy to Bernarda wraz z córkami wraca z pogrzebu męża. Każda z nich wchodzi na jeden z czterech postumentów. Najwyższy jest zarezerwowany dla matki. Przekaz jest prosty – to ona jest najważniejszą osobą w tym domu. Tylko ona może planować przyszłość swych córek. Decydować, jak mają się zachowywać, z kim rozmawiać, jak się ubierać. I co najważniejsze, za kogo wyjść za mąż. Każde, nawet najmniejsze nieposłuszeństwo wobec decyzji matki jest dotkliwie karane.

Córki i służąca są z pozoru posłuszne woli Bernardy. Są zdyscyplinowane i spełniają narzucone wymagania. Jednak, w środku pali je ogień, chcą być wolne, postępować zgodnie z wewnętrznymi pragnieniami. Swoje prawdziwe emocje ujawniają dopiero w krótkich filmach, wyświetlanych na telebimie. Wtedy są sobą, poznajemy ich motywacje. Szczególnie poruszające w tych filmikach są zbliżenia na oczy bohaterek. Wreszcie możemy zobaczyć prawdziwe spojrzenie pewnych siebie kobiet, wyjętych spoza kontroli Bernardy.

Najbardziej przekonująca w tym spektaklu jest tytułowa Bernarda. Ewa Kolasińska przedstawiła złożoność tej postaci. Widzimy jej różnorodne stany emocjonalne: udawaną troskę w stosunku do córek, ciekawość, co o jej rodzinie mówią sąsiedzi i nagłe przejście pomiędzy spokojem a napadem gniewu, kiedy to jej ciało nienaturalnie się porusza, a prawa ręka niespokojnie drży i w każdej chwili może uderzyć którąś z córek. Ewa Kolasińska prezentuje despotyczny obraz bezuczuciowej Bernardy-matki, ale jeden raz pozwala wzruszyć się Bernardzie-żonie, kiedy nikt nie patrzy. Ma to miejsce w pierwszej scenie w grobowcu podczas pochówku jej męża. Przez moment Bernarda patrzy z czułością na swojego małżonka. To uczucie trwa chwilę, jednak szybko znika pod naporem pragnienia nieustannej kontroli.

Bernardzie zależy tylko na posiadaniu władzy. Nie chce naszego współczucia.

Monika Morusiewicz
Dziennik Teatralny Kraków
11 kwietnia 2019

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...