Dom zły

"W mrocznym mrocznym domu" - reż. Grażyna Kania - Teatr Narodowy w Warszawie

W spektaklu Grażyny Kani dynamika rodzi się z opozycji postaw życiowych obu bohaterów."W mrocznym mrocznym domu" w reżyserii Grażyny Kani to spektakl zagadkowy. Nie dlatego, że łamie obyczajowe czy społeczne tabu, ale dlatego, że konsekwentnie realizuje zasadę: nic nie jest tak, jak się państwu zdaje. Wszystko – od konstrukcji dramatu i opowiadanej fabuły, po scenografię, muzykę i grę aktorską – jest czymś innym, niż wygląda na pierwszy rzut oka. Publiczność nie dostaje też jednoznacznej wskazówki pozwalającej odróżnić nieśmiałą prawdę od krzykliwego pozoru.

Stale obecne napięcie między powierzchnią a głębią, sprawną manipulacją a rzeczywistym doświadczeniem, zostało wpisane już w tekst Neila LaBute'a. W trzech obrazach połączonych za pomocą montażu filmowego rozpisana została historia braci: Terry'ego (Grzegorz Małecki) i młodszego Drew (Marcin Przybylski). Obaj przed czterdziestką powracają do traum dorastania. Dwie ich rozmowy – jednocześnie spowiedzi i starcia – rozdziela iskrzące lekkością, erotyką i grozą spotkanie Terry'ego z szesnastoletnią Jennifer (Milena Suszyńska), córką mężczyzny związanego przed laty z rodziną chłopców. Obraz sytuacji dorosłych mężczyzn, gorycz ich życia, przeplata się z wiwisekcją dawnych przeżyć i doświadczeń. LaBute umiejętnie jednak wyprowadza postaci (i widzów) z pułapek i mielizn psychoanalizy. Myli tropy i przekracza oczywistości, nawet gdy dotyczą problemu graniczącego, przynajmniej według polskiego prawa, z pedofilią. W finale pojawia się pointa niczym z kryminału, a jednocześnie wizerunek prawdy o wiele bardziej gorzkiej i okrutnej, niż można było przypuszczać.

Szczególne znaczenie w przedstawieniu, kształtujące jego rytm i wewnętrzne pulsowanie, ma zastosowany przez autora w obu sekwencjach z braćmi mechanizm retardacji. Kilkakrotnie zapowiadane i niespełniane obietnice działań otwierają przestrzeń zwierzeń coraz bardziej osobistych i bolesnych. Powtarzanie ich wnosi za każdym razem nowe informacje, odkrywa nieoczekiwane, czasem wstrząsające rozwiązania.

Dynamika rodzi się z opozycji dwóch postaw życiowych. Terry i Drew należą do innych światów. Widują się rzadko, dzieli ich przeszłość. Terry – minimalista i samotnik – jest posępnym ochroniarzem, który najpiękniejsze lata spędził w więzieniu. Potrafi być agresywny i brutalny, choć stara się trzymać nerwy i ręce na wodzy. Pewnie stoi na ziemi. Uosabia braterską solidarność, ale i życiową mądrość. „Dzieci nie są cool, dzieci to jest jedyne, o co w tym życiu chodzi" – poucza brata. Od czasu do czasu zza chmurnego spojrzenia wyłania się łagodniejsze oblicze człowieka, który niejedno już w życiu przeżył. Poturbowany wewnętrznie zdołał ocalić wartości. Świadomy tego, że „tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono", celowo „sprawdza siebie", by dowiedzieć się, do czego jest zdolny. Kiedy w finale mówi o swoim strachu i pytaniach, które sobie zadaje, jego wyznanie chwyta za serce i na długo przytrzymuje w uścisku.

Drew to bogacz i birbant, człowiek o atrakcyjnej pozycji społecznej, uzależniony od narkotyków, młodzieżowego żargonu i łamania prawa. Jego nogi rozjeżdżające się na niestabilnym podłożu trafnie obrazują modus tej postaci. Niczym nastolatek ze wszystkimi i z samym sobą prowadzi nieustanną grę. Czyni to perfekcyjnie. Nie sposób dociec, kiedy i z jakiej przyczyny jego fałszywe deklaracje zamieniają się w szczere wyznania. Jego uczucie do brata odżywa w chwili doświadczanego kryzysu, ale i wówczas manipuluje obrazem przeszłości i nieustannie prowokuje. Ten pogubiony mąż i niedojrzały ojciec najbezpieczniej czuje się w sytuacji nadzoru. Tylko wobec siły potrafi odłożyć maskę, zrezygnować z udawania. Podkreślone pauzami sekwencje, w których Terry przyciska twarz Drew do chropowatego podłoża, oraz gdy w finale całym ciężarem opiera się na jego plecach, zmuszając brata do trwania na klęczkach, należą do najmocniejszych w spektaklu. Tak jakby dopiero zatrzymany w pokutnej pozycji Drew zdawał sobie sprawę z „ciężaru" własnych kłamstw. Finał jednak ponownie gubi jednoznaczność.

Największą siłą spektaklu są aktorzy, którzy stworzyli pogłębione i dopełniające się postacie. Suszyńska w roli nimfetki emanuje ożywczą energią i wdziękiem. Jest prowokacyjna i niewinna zarazem, nieobliczalna w gestach, ruchach i komentarzach. Choć sprawia wrażenie naiwnej, posiada świadomość własnej sytuacji. Doświadczenie pustki popycha ją w nieokreśloną relację z nieznajomym. Stawka, którą przegrywa podczas zakładu z Terrym, brzmi niepokojąco, niemal jak cyrograf. Chociaż najbardziej przejmującą postać stworzył Małecki, nie byłoby to możliwe bez Przybylskiego. To kontrast z jego bohaterem daje Terry'emu dodatkowy napęd. W opozycji do bezustannie lawirującego, nadmiernie elastycznego, ale pogubionego w przestrzeni i ciele Drew, starszy brat wypada jeszcze mocniej i dobitniej. Choć nie wiadomo, który z tej dwójki bardziej zasługuje na współczucie. Obaj aktorzy, mimo starć i przepychanek, odsłaniają warstwę braterskiej relacji, łączącej zawsze, mimo wszystko. Nawet podzieleni przypominają naczynia połączone: cierpienie jednego drugi odczuwa w swym ciele.

W trakcie ponad dwugodzinnego spektaklu Małecki stoi na scenie. Ze swojego ciała aktor uczynił zbroję, wpisując weń doświadczenia Terry'ego. Zarówno postawa, wysunięta do przodu, wbita w podniesione łopatki głowa, jak i twarz ujawniają ogromne napięcie – widoczne w postaci deformujących oblicze grymasów, wstrząsających ciałem tików, obrazujących przykurcz i drżenie bezbronnego, ale i poryw furiata. Jego poruszeniom towarzyszą gwałtowne zmiany intonacji i rytmów. Przyciszony i złagodzony głos w jednej chwili przeistacza się we wrzask, a niewielka pauza dzieli spokój od groźby. Dłonie aktora „uwięzione" zostały w powracającym ruchu zaciskania palców w pięści i rozczapierzania ich. Gesty te ujawniają istotę Terry'ego, balansującego między agresją i gotowością do obrony. W ruchach rąk aktora można dopatrzyć się prób rozpościerania skrzydeł, za każdym razem nieudanych. Bohater Małeckiego jak poraniony ptak nie potrafi bowiem polecieć. Tylko podczas spotkania z Jennifer nieznacznie się wypogadza, jakby jej młodzieńczość uwalniała go od przeszłości, pozwalała zanurzyć się w doświadczeniu chwili. Na moment pięknieje i pozwala widzom uwierzyć, że nie wszystko jeszcze dla niego stracone.

Dla konfesyjnego spektaklu idealną scenografię zaprojektował Stephan Testi. Przestrzeń sceniczna, konkretna i metaforyczna zarazem, potęguje wrażenie nieoczywistości – od aktorów wymaga kreatywności, od widzów wyobraźni. W pierwszej sekwencji monumentalny mur niemal napiera na publiczność pierwszych rzędów. Wąski pas przestrzeni gry wysypany został pestkami, wyglądającymi jak żwir. Ciała aktorów prezentowane na zielonym tle przypominają organiczny relief odsłaniający układ napięć. W kolejnych sekwencjach mur stopniowo oddala się od widowni, a obszar „żwirowego" podwórka znacznie się powiększa. Skojarzenia zaryglowanego w dzieciństwie tajemniczego ogrodu, klasztornej furty, cmentarza i ogrodu zen nakładają się na siebie. Ograniczona i ograniczająca zarazem przestrzeń wprowadza aurę tajemnicy. W drugim obrazie, przesiąkniętym delikatnym erotycznym iskrzeniem, obrośnięta zielonym bluszczem ściana przypomina gigantyczne łoże, w które od czasu do czasu zapadają się Jennifer i Terry, każde pogrążone w swoim śnie. Scenografia Testiego ściśle wiąże się z warstwą akustyczną. Cała podłoga wysypana została grubą warstwą barwionych pestek wiśni, co akcentuje każdy krok, poruszenie, zmianę pozycji wykonawców. Ich scenicznej obecności towarzyszy chrzęst dopełniający muzykę, złożoną z rozedrganych i świdrujących dźwięków. Niekiedy przypominają one przygłuszone serie wystrzałów, innym razem dochodzący z oddali ciężki oddech.

Teatralny żwir z pestek wiśni wprowadza także dodatkowe znaczenia i pozwala ująć historię braci, a zwłaszcza los Terry'ego, w innym świetle. Symbolika wiśni wiąże się z aktem ofiary z samego siebie. Czerwony miąższ symbolizuje cielesną powłokę, a twarda pestka duszę, która kiedyś może stać się wolna. Sztuka LaBute'a w reżyserii Kani nie jest obrazem skłóconego rodzeństwa czy spektaklem społecznym poruszającym problem seksualnej przemocy wobec nastolatków. Odwołania, obecne także w sferze języka, do historii biblijnych: Kaina i Abla, a także do losów Abrahama, łączą się z bliską Ewangelii opowieścią o ofierze niewinnego. Przywołany w spektaklu obraz ojca i syna marnotrawnego stanowi jednak całkowitą opozycję ewangelicznego wizerunku. Piekło stworzone nastoletniemu Terry'emu w domu przez ojca, przy niemym udziale matki i brata, sprawia, że ocierający się o pedofilię związek chłopaka z Tedem staje się dla Terry'ego jedyną ludzką relacją. Dramat LaBute'a traktuje nie tyle o pedofilii, ale o bezbronnym młodzieńcu skazanym na okrucieństwo ojca i matki – w społeczeństwie, w którym brakuje paragrafów za poniżanie i sadyzm wobec dzieci. Nad rodzinnym domem Terry'ego i Drew nie ciąży antyczne fatum. Ich zły dom to dzieło ludzkie – tych, których naturalnym obowiązkiem jest kochać i ochraniać najmłodszych.

Pestka to także zalążek życia, początek przyszłego drzewa. Szare, wysuszone i deptane na scenie pestki stanowią przejmujący obraz straconych szans, złamanych istnień, wiśniowych sadów, które nigdy nie rozkwitną.

Magdalena Hasiuk
Teatr - pismo
27 grudnia 2012

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia