Dopuścić Fredrę do głosu [DT]

"Zemsta" - reż. Krzysztof Babicki - Teatr im. J. Kochanowskiego w Radomiu

Sąsiedzi, którzy pod względem charakterów są jak ogień i woda, a żyją ze sobą jak pies z kotem. Odwieczny spór o mur graniczny, trwający nie wiadomo od jak dawna ani z jakiego powodu, ale za to z pewnością w imię wyższych racji (a ta - wiadomo - zawsze musi być po naszej stronie). Para kochanków zagubiona w morzu rodzinnych zatargów i nieporozumień. Intrygi wokół pieniędzy, miłości i rodowej zemsty. Każdy już z pewnością zdążył w głowie zakrzyknąć: "To z pewnością o >Zemstę< Fredry chodzi!". Ale zaraz... czy my tę historię aby na pewno znamy tylko z lektury szkolnej, czy może jednak także z... autopsji?

Chociaż „Zemsta” Aleksandra Fredry powstała w latach 30. XIX wieku, to wystawienie jej na scenie w czasach dzisiejszych wcale nie oznacza wywoływania dawno już odeszłych duchów przeszłości. Jak pokazuje najnowsza premiera Teatru Powszechnego im. Jana Kochanowskiego w Radomiu, Fredrowska sztuka może się okazać atrakcyjna także dla współczesnego widza. Nie znaczy to jednak wcale, że reżyser Krzysztof Babicki postanowił poddać „Zemstę” całkowitej dekonstrukcji i przerobić tak, aby miała prawo egzystować wśród spektakli na wskroś nowoczesnych. Babicki zdecydował się postawić po prostu na głęboką ekspresję samego tekstu, który nie dość, że okazuje się nadal aktualny w dzisiejszych czasach, to jeszcze dodatkowo oferuje odbiorcom urokliwy wiersz, wartką akcję i galerię niezwykle wyrazistych postaci.

Jak owa galeria zapełnia się i nabiera kształtów w spektaklu Teatru Powszechnego? Krzysztof Babicki przyznaje, że punktem wyjścia do myślenia o "Zemście" była dla niego postać Papkina. I nic w tym dziwnego, wszak już na kartach dramatu to właśnie on – bodaj jeden z najsłynniejszych dandysów i utracjuszy polskiej literatury – stawał się prawdziwym spiritus movens całego przedsięwzięcia, „marionetką, która wszystkie inne marionetki pociąga za sznurek” – jak pisał Jan Kott. Nie inaczej dzieje się i tym razem. Jednak w inscenizacji radomskiej Papkin nie jest tylko i wyłącznie niepoprawnym chwalipiętą i sprawnym intrygantem, zakochanym w samym sobie. To po trosze filozof, po trosze komediant i łasy na pieniądze obłudnik, ale także nieszczęśliwy fantasta, który niczym Don Kichot żyje w krainie imaginacji i złudzeń. Za sprawą przesunięcia jego granicy wiekowej bliżej Cześnika i Rejenta niż młodej pary kochanków, staje się także obserwatorem i komentatorem rzeczywistości, który za pomocą parodii i żartu nierzadko ukazuje prawdy nad wyraz bolesne. I to nie tylko dla bohaterów sztuki, lecz również – a może nawet przede wszystkim – dla współczesnego widza, jak np. wtedy gdy pełen goryczy mówi: „Wdzięczność ludzi, wielkość świata / Każdy siebie ma na względzie, / A drugiego za narzędzie, / Póki dobre – cacko złoto; / Jak zepsute – ruszaj w błoto”. Papkin Babickiego ma w sobie coś z wszystkowidzącego ducha, który obserwuje nie tylko ten drobny wyimek rzeczywistości rozpostarty pomiędzy posiadłościami Cześnika i Rejenta, lecz posiada także gorzką świadomość niezmienności pewnych prawideł losu na przestrzeni wieków. 

O ile Papkin w teatrze radomskim nabiera większego doświadczenia życiowego, o tyle osoby Cześnika i Rejenta – w porównaniu ze zwyczajowym wyobrażeniem tych postaci – uległy sporemu odmłodzeniu. I trzeba przyznać, że posunięcie to okazało się całkiem trafnym rozwiązaniem. Dzięki temu nie tylko nie oglądamy potyczek dwójki zgorzkniałych tetryków, ale również całkiem uzasadnione i o wiele bardziej prawdopodobne stają się porywy serc (i oręża!) zwaśnionych sąsiadów. Prym w boju wiedzie oczywiście Cześnik, nie na darmo obdarzony przydomkiem Raptusiewicz. To prawdziwy Sarmata, w gorącej wodzie kąpany, który z byle powodu skory jest sięgać po szablę. Przeciwieństwem dla niego ma być Rejent Milczek, nad wyraz cichy, uniżony i bogobojny, ale także „z diabłem za skórą”. Ten wyraźny kontrast pomiędzy antenatami zwaśnionych rodów jest jednym z głównych konceptów komedii Fredry i trochę może szkoda, że w spektaklu Babickiego został on jednak trochę zachwiany – czy może raczej – nieuwypuklony. O ile Cześnik (Piotr Kondrat) pozostaje wulkanem emocji, o tyle jego przeciwnik (Arkadiusz Głogowski) zdaje się być nazbyt wojujący i ekstrawertyczny, jak na cichego i zawsze grzecznego „pokornego sługę” swoich rozmówców, w którym sam hrabia Aleksander widział rys jezuicki. Nie zaburza to oczywiście ogólnego wydźwięku sztuki, lecz zmienia nieco charakter głównego sporu.

Natomiast intencje samego Fredry reżyser odzwierciedlił w konstruowaniu charakterów Klary i Wacława, którym w radomskiej inscenizacji na szczęście daleko do sentymentalnych kochanków, wzdychających do siebie w blasku księżyca. Tutaj młodzi sprawnie biorą losy swego związku we własne ręce, a ich relacje nie są pozbawione dowcipu, kokieterii i niewielkiej dawki erotyzmu. I bardzo dobrze, bo chyba mało kto chciałby widzieć w Klarze i Gustawie polskich odpowiedników Romea i Julii. Ba, wszelkie „znaki na niebie i ziemi” jednoznacznie wskazują, że zamysł hrabiego herbu Bończa był zgoła odmienny. Wszak zakończenie Fredrowskiego dramatu jest prawdziwym szczytem parodii dla gotyckich powieści, osnutych wokół motywu nieszczęśliwej miłości – nienawiść dwóch rodów i kategoryczny nakaz ożenku nie doprowadza do katastrofy, lecz paradoksalnie staje się spełnienie marzeń kochającej się pary.

Zdecydowanie podstawową i najważniejszą cechą radomskiego spektaklu jest otwarcie się na słowo (co warte podkreślenia: treść dramatu w przedstawieniu Babickiego zostaje podana praktycznie w całości, z minimalnymi skrótami). W swojej inscenizacji reżyser nie skupia się na oddaniu staropolskich obyczajów czy zgłębianiu faktów z życia szlacheckiego. Realia sztuki nie są na siłę przenoszone w czasy współczesne, ale nie zostały też twardo osadzone w swojej epoce. Reżyseria w całościowym kształcie tego przedstawienia wydaje się być zatem bardzo delikatna, przezroczysta (nie oznacza to jednak bynajmniej, że nieobecna).

Także owa aktualność tkwiąca w „Zemście” Babickiego nie jest w żaden sposób podawana na tacy, podkreślana przez aluzyjności strojów, słów bądź gestów, lecz wynika raczej z samego dramatu hrabiego Fredry. Widz obdarzony pewną dozą wrażliwości na niuanse słowa, bez trudu dostrzeże, że, pomimo bez mała 180 lat różnicy, jakie dzielą nas od powstania „Zemsty”, naród polski wciąż popełnia te same błędy, ciągle możemy legitymować się tymi samymi wadami, co przed wiekami. Przecież i dzisiaj wystarczy chociaż na chwilę włączyć telewizor (a czasami po prostu wyjrzeć przez okno), by zaserwować sobie całą paletę sporów nie wiadomo o co i dlaczego, wiadomo za to, że często próżno by czekać ich końca. Znamy nad wyraz dobrze twarze gardłujących Cześników, którzy nigdy nie dopuszczają do siebie racji innych od swoich własnych. Niemniej znajomy wydaje się obraz Rejenta, który prezentuje co najmniej podwójną moralność, na głos powołując się na wolę nieba, a w skrytości ducha licząc własne, o wiele bardziej wymierne niż boska chwała, korzyści. Nic dziwnego zatem, że podczas oglądania tego spektaklu samo ciśnie się na usta jakże znane skądinąd stwierdzenie: „No i z kogo się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie”… 

Z główną koncepcją inscenizacyjną Babickiego dobrze współgra scenografia autorstwa Sławomira Smolorza, który nie silił się na budowanie pełnych przepychu wnętrz z odwzorowaniem ducha epoki, w zamian za to kładąc nacisk raczej na stworzenie nastrojowego tła dla aktorskich poczynań. W konsekwencji scenografia radomskiej „Zemsty” składa się tylko z niezbędnych mebli i rekwizytów, które umiejętna gra świateł wydobywa z mroku spowijającego pozostałą przestrzeń sceny. Całości dopełniają interesująco dobrane fragmenty muzyki Marka Kuczyńskiego, o raczej współczesnym brzmieniu.

Przy takim zaaranżowaniu przestrzeni scenicznej i wyraźnym nastawieniu na dialogi „Zemsta” Babickiego okazuje się, rzecz jasna, spektaklem przede wszystkim aktorskim. Pierwsze skrzypce gra oczywiście Papkin. Obsadzonemu w tej partii Januszowi Łagodzińskiemu świetnie udaje się uchwycić złożony charakter postaci i płynnie przybierać coraz to nowe maski: dowcipnego uwodziciela, butnego wojaka, ale także tchórza, niegodziwca i kabotyna, czy wreszcie ironicznego obserwatora życia. Interesująco wypadł również Włodzimierz Mancewicz w roli Dyndalskiego, który w radomskiej inscenizacji wcale nie okazuje się spolegliwym staruszkiem, lecz wciąż jeszcze całkiem temperamentnym nestorem. Poczynaniom swego pana przygląda się z dobrotliwym, ale i lekko ironicznym uśmieszkiem, a gdy zachodzi taka potrzeba potrafi stawić opór swemu mocodawcy, jak np. w najbardziej chyba znanej scenie tego dramatu dyktowania listu przez Cześnika. Rola Mancewicza – chociaż drugoplanowa – dzięki konsekwentnemu i wyraźnemu pomysłowi na tę postać staje się nawet nieco zadziwiająca. Na uwagę zasługuje również Karolina Michalik , która jako Klara jest pełna uroku, naturalnego wdzięku i kokieterii.

„Zemsta” w Teatrze Powszechnym w Radomiu to niewątpliwie spektakl, który znajdzie zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. Zawiedzeni mogą się poczuć zwłaszcza fani kontrowersyjnych eksperymentów teatralnych. Nie można jednak ukrywać, że „Zemsta” Fredry – ze swoją żywiołowością, rytmiką, lotnym dowcipem i celnymi spostrzeżeniami – po prostu broni się sama. Jeśli więc nie ma się naprawdę dobrego i spójnego konceptu na zagranie jej „na nowo”, to chyba lepiej niepotrzebnymi innowacjami i udziwnieniami Fredrze nie przeszkadzać. Zwłaszcza jeśli mają to być tylko „ekscesy” nie wnoszące do dramatu zbyt wielu nowych sensów. Właśnie taki jest spektakl Krzysztofa Babickiego – pozwala tekstowi „Zemsty” „wybrzmieć”, dopuszczając do głosu, z wszystkimi tego konsekwencjami, samego   Aleksandra hrabiego Fredrę.

Magdalena Iwańska
Dziennik Teatralny
23 września 2011

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia