Dostojewski grafomanem nie był

rozmowa z Maciejem Wiznerem

Rozmowa z Maciejem Wiznerem, odtwórcą roli Raskolnikowa w "Zbrodni i karze" według Fiodora Dostojewskiego w reżyserii Krzysztofa Babickiego.

Małgorzata Izydorczyk: Mimo że studia aktorskie ukończyłeś we Wrocławiu, powróciłeś na Śląsk, z którego pochodzisz?. Dlaczego trafiłeś akurat do Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego?

Maciej Wizner: Powrót na Śląsk nie wiąże się w ogóle z moimi planami. Po Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi zadzwonił do mnie Grzegorz Kempinsky i zaproponował mi uczestnictwo w tzw. warsztatach castingowych, organizowanych w Teatrze Śląskim jeszcze za dyrektury pana Henryka Baranowskiego, w 2005 roku. Przyjechałem na nie wraz z przyjaciółmi. Po warsztatach grono jurorów wybrało spore grono osób, które przyjęło na etat do teatru. W gronie wybranych znalazłem się również ja. Stąd mój powrót na Śląsk, a ponieważ jestem z Gliwic, to jest to taki powrót do domu. Nie był zamierzony – tak po prostu wyszło. Tak się toczą losy młodych aktorów, że trafiają zwykle tam, gdzie zaproponują im pracę, a nie tam, gdzie chcieliby pracować.

M.I.: Czy wiążesz swoją przyszłość z Teatrem Śląskim, czy też masz zamiar znaleźć się zupełnie gdzie indziej?

M.W.: Tak szeroko zakrojonych planów jeszcze nie mam. Nie wiążę się z tym regionem na śmierć i życie, natomiast na pewno w przyszłym sezonie nadal będę aktorem Teatru Śląskiego. Co będzie dalej – tak naprawdę zależeć to będzie od tego, jak się potoczy moje życie osobiste, jak mi się będzie tutaj pracowało, no i oczywiście od tego, czy będę miał jakieś inne propozycje i jakie one będą.

M.I.: Masz już za sobą debiuty w filmie oraz w produkcjach telewizyjnych m.in. w filmie „Zazdrość”, który zebrał bardzo dobre recenzje. Nominowany byłeś również do nagrody filmowej, tzw. OFF-skara… Gdzie więc widzisz swoją przyszłość? W teatrze czy też może w filmie?

M.W.: Film i teatr to dwie zupełnie różne rzeczy. Z teatru długo nie zrezygnuję, nawet na rzecz filmu. Tutaj się przede wszystkim bardzo dużo uczę, staram się dbać o swój aktorski warsztat, nabieram nowych doświadczeń, podpatruję starszych kolegów, spotykam z różnymi reżyserami – to naprawdę duży skarb. W filmie, przed kamerą najzwyczajniej nie ma czasu na naukę. Tam trzeba mieć pewną sprawność na zawołanie. Refleksu i wyczucia na potrzeby filmu też się oczywiście trzeba nauczyć, ale to jest coś zupełnie innego. Natomiast, muszę przyznać, że naprawdę lubię pracę przed kamerą. Poza tym, praca w filmie jest – nie ukrywam – miłą odmianą nie tylko dla aktora i dla jego warsztatu, ale również dla jego portfela. 

M.I.: Przejdźmy może teraz do „Zbrodni i kary”, której premiera na scenie Teatru Śląskiego tuż-tuż. To nie jest Twoje pierwsze spotkanie z reżyserem Krzysztofem Babickim. Chciałabym zapytać, jak Ci się z nim pracuje? Mówi się, że jego spektakle niosą ze sobą ponurą wizję świata, że reżysera interesują ciemne strony ludzkiej egzystencji?


M.W.: Z Krzysztofem Babickim pracuję w swojej krótkiej karierze po raz czwarty. Pierwszy raz spotkaliśmy się podczas prób do „Arkadii” w Teatrze Polskim we Wrocławiu, jeszcze kiedy byłem w szkole teatralnej. Następnie spotkaliśmy się już w Teatrze Śląskim przygotowując spektakle: „Romeo i Julię”, „Pannę Julię”, a teraz „Zbrodnię i karę”. Nie sądzę, że to reżyser, który lubi tylko mroczne klimaty… Ale „Zbrodnia i kara” na pewno sięga do mrocznych zakamarków ludzkiej duszy. No i jest to w pewnym sensie znak firmowy Dostojewskiego. A jak mi się pracuje Krzysztofem Babickim? Świetnie! Po tylu spotkaniach nauczyłem się słuchać i – mam nadzieję – precyzyjnie wykonywać jego uwagi, a pan Krzysztof – myślę – wie również, czego może się po mnie spodziewać.

M.I.: Dostojewski pisząc „Zbrodnię i karę” szukał informacji o zbrodniarzach, ludziach inteligentnych, bystrych, uzdolnionych, wierzących w swą wyjątkowość. Rola Rodii Raskolnikowa jest na pewno trudna ze względu na złożoność psychiki bohatera. Powiedz proszę, czy miałeś jakieś specjalne sposoby, by się do niej przygotować?

M.W.: To prawda – Dostojewski czytał wiele wyznań kryminalistów, ja zaś po prostu skorzystałem z jego ciężkiej pracy i zwyczajnie mocno wczytałem się w „Zbrodnię i karę”. Myślę, że sama książka Dostojewskiego jest fantastycznym materiałem do stworzenia wielowymiarowej roli Raskolnikowa, gdyż wyczerpująco opisuje jego postać. Dla mnie Raskolnikow nie jest typowym, wzorcowym kryminalistą. O wszystko pytałem Dostojewskiego, a ewentualne wątpliwości rozwiązywałem z reżyserem, bo to w końcu jego adaptacja i jego pomysł, aby przenieść tę książkę na scenę. Myślę, że przejście kilka razy przez tę powieść przed i w trakcie pracy daje wystarczająco dużo materiału, żeby stworzyć to, co należy. Do tego dodałem troszkę siebie, a cała reszta wychodzi na scenie. Muszę przyznać, że cenię sobie pracę z panem Krzysztofem Babickim za to, że rozmawiamy, rozważamy wiele scen i, przede wszystkim, sprawdzamy podczas prób różne wersje na wiele sposobów po czym wybieramy najlepsze. Nic przed premierą nie procentuje tak, jak doświadczenie nabyte podczas prób. 

M.I.: Krzysztof Babicki powiedział na konferencji prasowej, że starał się niczego nie wycinać i nie pomijać, pragnąc stworzyć wierną adaptację. Chciał „dotknąć” wszystkich postaci, bo, jego zdaniem, to właśnie ich kompilacja tworzy prawdziwą postać Raskolnikowa. Jak podoba Ci się taka interpretacja? Jaki wpływ miały inne osoby na postać Rodii i w jaki sposób widać to na scenie?

M.W.: Zgadzam się, że, jeśli chcemy nazwać przedstawienie „Zbrodnia i kara”, to warto, śladem autora, wypełnić świat głównego bohatera, pokazując jego losy i sylwetkę w kontekście innych postaci, ich historii oraz ich charakterów. Mnie jako aktorowi pomaga to niezmiernie. Relacje, jakie tworzą się na scenie między Raskolnikowem a Matką, Dunią, Łużynem czy Razumichinem i to, co z nich wynika, jest nie do pokazania, nie do „wygrania” w spektaklu złożonym np. tylko ze scen przesłuchania u Porfirego czy wizyt u Soni, choć, rzeczywiście, to one tworzą oś całej historii. Zasada jest prosta – wykreślić słowo, zdanie, kwestię, scenę czy nawet całą postać jest niezwykle łatwo, ale prawdziwą przygodą w teatrze jest zmierzyć się z tym, co nam proponuje sam autor danego tekstu. Dostojewski grafomanem nie był, warto uszanować jego powieść. I ten szacunek przejawia się właśnie w adaptacji Krzysztofa Babickiego.  

M.I..: Nie pozostaje mi w takim razie nic innego, jak życzyć Tobie oraz całemu zespołowi aktorskiemu powodzenia na premierze. 

M.W.: Nie-dziękuję!

Małgorzata Izydorczyk
Dziennik Teatralny Katowice
29 maja 2009
Portrety
Maciej Wizner

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia