Dramat Antygony

"Antygona" - reż. Agnieszka Korytkowska - Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie

Edyp, władca Teb, miał dwie córki, Antygonę i Ismenę, oraz dwóch synów, Eteoklesa i Polinejka. Gdy ociemniały opuścił tron i odszedł z Teb, obaj synowie podzielili się władzą.

Każdy z nich kolejno miał być na tronie przez rok, po czym oddać władzę bratu na kolejny rok i tak na zmianę rządzić Tebami. Ale gdy minął rok, Eteokles nie tylko nie oddał władzy bratu, ale wygnał go z Teb. Polinejkes jako banita znalazł schronienie u króla Argos, który dał mu swoją armię, by ten odzyskał tron. Doszło do bratobójczej walki, w której obaj bracia zginęli. Na tronie zasiadł ich wuj, Kreon, który z honorami wyprawił pogrzeb Eteoklesowi, bo - jak powiada - był bohaterem, bronił ojczyzny przed najeźdźcą. Natomiast nie pozwala pogrzebać Polinejkesa, bo uważa go za zdrajcę, który sprowadził obcą armię przeciwko Tebom. Ale innego zdania jest Antygona, która za wszelką cenę pragnie pogrzebać brata. I tu rozpoczyna się tragedia Sofoklesa, a także spektakl w Ateneum w reżyserii Agnieszki Korytkowskiej.

Owo wprowadzenie do tematu pokazuje, iż sprawa winy nie jest tylko po jednej stronie. Kreon jest władcą Teb, przedstawicielem państwa, którego obowiązuje ustanowione przez ludzi prawo. Działa w interesie państwa. Ale jest bezduszny. Antygona, grzebiąc brata, sprzeniewierza się Kreonowi w imię innego prawa, prawa boskiego, nakazującego pochowanie zmarłych. Tym samym opowiada się za nadrzędnością praw boskich i moralnych nad prawami ludzkimi. Opowiada się za humanitaryzmem. Poza tym kieruje się miłością rodzinną, siostrzaną. Kreon skazuje ją za to na śmierć. Antygona nie czeka na wykonanie wyroku, popełnia samobójstwo. Można to odebrać jako akt heroizmu i dowód wierności swoim przekonaniom. Tym samym w sporze z Kreonem nie daje mu satysfakcji zwycięstwa nad nią. W ten sposób wręcz upokarza go, nie stosując się także i tu do jego rozkazu, czyli do wykonania wyroku.

A Kreon? Także nie jest zwycięzcą. Nad zwłokami ukochanej Antygony zabija się jego jedyny syn, Hajmon (w tej roli Adrian Zaremba). Gdzie leży prawda, czyje racje są tu prawidłowe, kto jest winny? A jeśli jest wina, musi być i kara. Tak to pojmuje Kreon, przedstawiciel suchej litery prawa, legalista. Nie czyni tego z zemsty, takie ma przekonania. Nie pozwala sobie na sentyment, jakieś współczucie czy - jakbyśmy dziś powiedzieli - empatię. Nawet w rozmowie z Ismeną (Katarzyna Ucherska), siostrą Antygony (Paulina Gałązka), niewinną przecież, jest srogi, gotowy i jej wymierzyć karę za niepoinformowanie go o zamierzeniach Antygony (co dziś nazwalibyśmy "doniesieniem" na siostrę). Nie jest człowiekiem szczęśliwym. Zresztą nikt w tym dramacie nie jest szczęśliwy.

U Sofoklesa Antygona jest postacią dominującą, odważną, głęboko przekonaną o swojej powinności wobec brata. W sporze z Kreonem nie ustępuje. Jej siłę, nieugiętą postawę buduje wiara w to, że to ona ma rację, że to ona podejmuje prawidłową decyzję. Natomiast w spektaklu Agnieszki Korytkowskiej dominuje Kreon (Przemysław Bluszcz). Ale nie z powodu tak ułożonego tekstu, lecz z przyczyny reżysersko-aktorskiej. Chodzi o ustawienie postaci, dobór środków wyrazu, ekspresję artystyczną, gest, ruch, mimikę, siłę głosu.

Spektakl Agnieszki Korytkowskiej byłby o wiele bardziej interesujący i uwyraźniałby niepomiernie głębsze treści, gdyby pani reżyser nie poddała się fatalnej modzie na uwspółcześnianie antycznych tekstów, w ogóle klasyki, co jest dziś dramatyczną klęską wielu przedstawień. Ta nachalność jakoby przybliżania współczesnemu odbiorcy antycznego dramatu rodzi pytanie: czy reżyserzy uważają współczesnego widza za analfabetę, który nie potrafi odczytać treści uniwersalnych zawartych w tekście? W takiej gmatwaninie następuje przesunięcie akcentów znaczeniowych i ginie zasadniczy problem, a zarazem pytanie będące jednocześnie przesłaniem utworu, co jest ważniejsze: czy powinność wobec państwa i obowiązującego w nim prawa (Kreon), czy powinność wobec immanentnie tkwiących w człowieku nakazów moralnych (Antygona). W spektaklu nie wybrzmiało to należycie.

Natomiast trudno oprzeć się pytaniom: dlaczego zamknięto w szklanej klatce postaci i co ma oznaczać jakaś dziwna kotłowanina bohaterów tragedii? Czy to jest jakaś walka, dyskusja z rękoczynami? A może taki dziwaczny taniec. No i dlaczego Koryfeuszem jest aktorka, Maria Ciunelis, wprawdzie znakomita artystka, ale czy koniecznie musi grać męską rolę? I co ma oznaczać ostentacyjne malowanie czerwoną szminką ust? Genderowy Koryfeusz? A Henryk Łapiński, świetny, wyrazisty aktor tego teatru grający Starca, dlaczego nie rozstaje się z butelką alkoholu? I ten brak konsekwencji w kostiumach. Nie brak tu dobrych, choć małych ról, jak na przykład Tyrezjasz Wojciecha Brzezińskiego (dlaczego we współczesnej księżowskiej sutannie?), czy świetna w finałowym monologu Danuta Nagórna, której niezamierzone potknięcie się i upadek na scenie w czasie spektaklu musiało być bolesne dla aktorki, ale swojej kwestii nie przerwała. Do zapamiętania jest też Sylwia Zmitrowicz jako Eurydyka.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik online
29 października 2018

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia