Dramat, komedia i teatr

rozmowa z Sylwestrem Biragą, Fredem Apkem i Martą Klubowicz

O najnowszej premierze Teatru Druga Strefa "Dziękuję Tatusiu" opowiadają reżyser, aktor i tłumaczka

Jacek Podgórski: Jest Pan jedynym aktorem spektaklu.

 Sylwester Biraga: Ja i widownia.

 J. P.: Tak, ale nie zmienia to faktu, że to właśnie Pan gra główną rolę. Rolę sprzedawcy mebli, czyli teoretycznie zwykłej szarej persony. Na czym w takim razie polega specyfika tej postaci? Jaka jej cecha może sprawić, że widz wyjdzie z teatru usatysfakcjonowany?

 S. B.: Na pewno może pokazać, że przychodzi taki moment, w którym ludzie nie wytrzymują. Moment, w którym coś pęka, coś się przelewa, w którym człowiek chce się pokazać z jak najlepszej strony. Kiedy ktoś jest tłamszony przez całe życie... Teraz będzie bardzo górnolotnie i patetycznie... Gdybyśmy prześledzili losy dyktatorów, okazałoby się, że niemal wszyscy byli gnębieni w dzieciństwie i kiedy nagle zyskali możliwość „otwarcia”, eksplozji – dochodziło, do czego dochodziło. Ta postać pokazuje to, co może dotknąć każdego: zepchnięcie na bok, brak kontaktu z bliskimi Ten bohater jest bardzo zamknięty w sobie, bardzo introwertyczny, ale wreszcie przychodzi moment, w którym się przełamuje i chce zrobić coś dobrego. Fakt, że przygotowuje urodziny, świadczy o tym, że chce pokazać się rodzinie z jak najlepszej strony. Wszystko co mówi, ma być pozytywne, a że pewne historie zaczynają z niego wyciekać w sposób niekontrolowany i dotykać kolejnych członków rodziny, to już samo życie. To po prostu bardzo prawdziwa postać.

 J. P.: W jednej ze scen, która została nam zaprezentowana, można zauważyć, że bohater pije właściwie od samego początku spektaklu. Alkohol ma zatem znaczny wpływ na wygłaszane później sarkastyczne kwestie. Czy jednak uczynienie alkoholu pewnym katalizatorem akcji nie wydaje się panu banalne, ograne? Podobne zabiegi spotykamy przecież wyjątkowo często czy to na deskach teatrów, czy w świecie literatury. Jak zatem spektakl broni się przed konwencją, która ostatnio bywa postrzegana przez krytyków bardzo negatywnie?

 S. B.: W większym stopniu niż sarkazm, wychodzi z niego żal. Podstawową różnicą jest jednak to, że ten bohater się nie upija. Alkohol wyzwala w nim tylko pewną śmiałość. Wypija dużo, bo butelkę wina, ale nie powoduje to tego, że zaczyna nagle wszystkich obrażać. On po prostu, cały czas, w dobrej wierze, stara się opowiedzieć o rodzinie jak najlepiej. Chce dodać sobie odwagi przy przemówieniu, powstrzymać się od sięgnięcia po kartkę2. Gdyby przeczytał przemówienie w kilka minut, byłoby po sprawie, a tak zastanawia się jak mówić, jak podziękować. On cały czas szuka.

 Fred Apke: Nie zaczyna mówić dlatego, że pije. Nie zatacza się, alkohol tylko dodaje mu odwagi. To, że zaczyna nagle więcej mówić, sprawia, że wszystkie frustracje zaczynają nagle z niego uchodzić.

S. B.: Jest to pewien wentyl bezpieczeństwa. Dochodzimy wreszcie do kwestii związanych z dzieciństwem, do strasznej rzeczy, którą kiedyś zrobił i do której wreszcie przyzna się przed całą rodziną.

 J. P.: Miejmy nadzieję, że będzie nam dane to zobaczyć. Kiedy mówimy Fred Apke, myślimy o dramacie, komedii, tragifarsie... W którą z konwencji najcelniej wpisywałby się ten spektakl?

F. A.
: Dla mnie życie, takie jakim je widzę jest straszne i śmieszne jednocześnie – albo człowiek się zastrzeli, albo będzie się śmiał. W tej sztuce wiele mówi się o moim dzieciństwie, o moich przeżyciach. To nie jest czysty autobiografizm, ale wiele elementów mogę odnieść do siebie. Pochodzę z małej miejscowości, z takiego środowiska. Człowiek często opowiada historie typu: „jak to wspaniale kiedyś było”, żeby uchronić swoją matkę, swojego ojca i samego siebie przed tym, co tak naprawdę się zdarzyło. Jeżeli próbuje się powiedzieć to w takiej formie, jakiej używa bohater, to automatycznie robi się zabawnie, ponieważ opowiada o prawdzie, ale z poczuciem wielkiej miłości do rodziców. Kiedy ta właśnie tragiczna prawda zderza się z troską, z miłością, wówczas mamy do czynienia z komizmem.

 J. P.: Fred Apke znany jest raczej na zachodzie. Współpracował wprawdzie z polskimi teatrami, między innymi z Teatrem na Woli. Jak zatem udało się nawiązać współpracę z Teatrem Druga Strefa?

 F. A.: Było to tak, że Marta zobaczyła tu przedstawienie, irlandzką sztukę, i powiedziała mi, że jest to ciekawy teatr. Potem napisałem jednoaktówki, które przeczytał Sylwester. Spodobały mu się i chciał je „zrobić”. Wystąpiliśmy o pieniądze, bo miała to być koprodukcja z Niemcami, ale na ten moment nie dostaliśmy żadnej dotacji, a że bardzo chcieliśmy ze sobą pracować, powiedziałem, że napisałem monodram, który chciałem wystawić w Niemczech. Zapytałem: „Może to byłoby coś dla ciebie?”

 Marta Klubowicz: Sylwester bardzo się „zapalił” i poproszono mnie o tłumaczenie. Potem przeczytał to i „zapalił” się jeszcze bardziej.

 S. B.: Ale jednoaktówki jeszcze przed nami (śmiech).

 F. A.: To jest idealne miejsce – teatr w takiej formie jest doskonały do tego monologu. Lubię to miejsce, ponieważ z moich obserwacji wynika, że ma ono inną publiczność niż choćby Komedia, czy Teatr na Woli. Po prostu widzę w tym teatrze wielki potencjał, a to mnie interesuje.

 J. P.: Á propos potencjału i rozwoju... Na czym polega fenomen Teatru Druga Strefa? Nie jest to duży budynek, jeden z „wielkich teatrów”, a jego poziom znacznie przewyższa inne podobne mu sceny. Wystawiane tu sztuki prezentują naprawdę wysoki poziom...

 S. B.: Mam pewną wadę: czytam niezwykle dużo dramatów. W momencie, kiedy znajduję coś interesującego w całej mnogości dostępnych tekstów (a jest ona ogromna, kiedy weźmiemy pod uwagę łatwy dostęp choćby do zachodnich dramatów – przecież bardzo wiele z nich jest tłumaczonych), staram się to przenieść na deski teatru. Nie wiem, czy mam dobrą rękę, ,ale teksty, które wybieram budują repertuar tego miejsca. Ważne jest także to, żeby ten teatr był różnorodny. Musi być miejsce i na komedię, i na sztuki poważne... poza tym bardzo istotne jest też nasze otwarcie na młodego widza. Często spektakle łączone są z warsztatami teatralnymi – to właśnie jest teatr familijny. To miejsce może nie jest wielkie, ale cały czas się rozrasta. W tym momencie mamy trzy sale: jedną nazywaną dużą sceną i dwie kameralne – małe, ale tam też odbywają się spektakle, w których obcowanie z aktorem jest absolutne. Nie ma tam przestrzeni, w którą można by uciec. Te sale zapewniają wyjątkowo bliski kontakt z widzem. Samo miejsce także jest magiczne. Ludzie którzy do nas przyjeżdżają, mówią, że panuje tu klimat Berlina, Nowego Jorku. Możemy się z tego powodu tylko cieszyć. Jak na razie wszystko wskazuje na to, że zostaniemy tu na długo i będą się tu działy nowe rzeczy. Myślę, że tak jak planowaliśmy, uda się nam wystawić jednoaktówki Freda.

M. K.: ... które do tej przestrzeni pasują po prostu jak ulał.

 S. B.: Tak, ale tu niestety Warszawa przegrała, bo prapremiera odbędzie się w Niemczech. Tam znalazł się ktoś, kto okazał się nam przychylny. Jest to zresztą bardzo podobne miejsce. Fred zapoznał nas z teatrem w Berlinie i tam właśnie ma się odbyć prapremiera. W planach jest także współpraca z tamtejszym zespołem. Będą to trzy jednoaktówki, z czego Fred reżyseruje jedną, a ja dwie, ale podzieliliśmy się równo, ponieważ pierwsza jest zdecydowanie najdłuższa.

J. P.: Być może któryś z tych spektakli okaże się sukcesem na miarę Kwintesencji, czego szczerze życzę.


 S. B.: Bardzo chciałbym, żeby i Dziękuję Tatusiu udało się grać przez siedem sezonów. Co prawda po dwóch latach będę miał już dosyć, a po trzech latach będę odkrywać coraz więcej sensów, o których Fred nawet by nie pomyślał (śmiech). Tak to funkcjonuje w Teatrze Druga Strefa, że reżyseruję głównie ja, albo zapraszam cudzoziemców. Mamy już Davida3 z Anglii, teraz dołączył do nas Fred, który nawet nie wie, że już włączam go w zespół (śmiech)

 J. P.: Pozostaje mi zatem życzyć szczęścia.

Jacek Podgórski
Wywrota
15 lipca 2011

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia