Drugie pokolenie

"Ruchele wychodzi za mąż" - reż. Jacek Papis - Teatr Żydowski Warszawa

Konflikt pokoleń, dzieci obarczone traumą rodziców, sekrety, kłamstwa i pamięć, która płata figle. „Ruchele wychodzi za mąż" w reżyserii Jacka Papisa w Teatrze Żydowskim to próba konfrontacji z przeszłością, która nie utrzymała ciężaru wspomnień, nie wybuchła, ale spłynęła, nie porwała, tylko spokojnie, nostalgicznie odkrywała kawałek po kawałku prawdy sprzed lat.

Spektakl rozpoczął ujmujący Stanisław Brudny w roli sędziwego ojca, Szlojme. Pomimo podeszłego wieku biegał po scenie energicznie, nucąc, odkurzając kwiaty, robiąc porządki w oczekiwaniu na odwiedziny dwóch córek. Jedna była stałą bywalczynią jego domu, robiła zakupy, zaglądała, dbała i opiekowała się ojcem. To Lea, którą lekko, naturalnie i charyzmatycznie zagrała Małgorzata Trybalska. Druga zaś, od dawna niewidziana, wybrała badania wśród Indian ponad rodzinne obiadki. To wizyta Ruchele, w którą tego wieczoru wcieliła się Ewa Greś, wywołała ekscytację i zaburzyła codzienność Szlojme. Krytyczna, nieco cyniczna Lea nie dzieliła ekscytacji ojca, ale kiedy rozanielona siostra wpadła z impetem do domu, czule ją przywitała. Dom pełen wspomnień i pamiątek wojny, w którym główne miejsce zajmowało zdjęcie zmarłej matki zatętnił życiem. Nie były to jednak odwiedziny zwyczajne. Ruchele oświadczyła, że wychodzi za mąż. Radości nie było końca dopóki nie wyszło na jaw imię narzeczonego. Początkowa euforia zamieniła się w stagnację i wycofanie się ojca. Po chwili młody blondyn, trochę zagubiony, trochę sztywny Marcin Błaszak dołączył do zgromadzonych, jednak nie spotkał się z przychylnością zaniepokojonego teścia, który po krótkiej wymianie zdań wyrzucił wszystkich, tłumacząc się zmęczeniem. Jak tylko drzwi się zamknęły, Szlojme zadzwonił do starego przyjaciela Staszka, Włodzimierza Pressa, z którym dzielił każdy sekret, choć ten od dwudziestu lat mieszkał w Ameryce. Głos po drugiej stronie linii również na moment zamarł, kiedy wybrzmiało imię i nazwisko - Arele Feldman, ale szybko zmienił temat, oferując zapłatę za salę weselną. Coś było nie tak, jakiś mroczny sekret wisiał w powietrzu i zagęszczał atmosferę. Próby porozumienia nie przyniosły rezultatów. Rozżalona Lea wypomniała siostrze bezduszną ucieczkę do Ameryki w najtrudniejszym momencie życia, ale mimo urazy i słabo maskowanej zazdrości to ona wstawiała się całym sercem za ślubem, kiedy ojciec zaparł się i nie chciał ustąpić. Szlojme nie mógł pozwolić, by jego córka wyszła za mężczyznę, którego wuj był współwinny śmierci jego brata. Nieważne, że wydarzyło się to kilkadziesiąt lat temu, Ruchele pochodziła z rodziny ofiar, jej ukochany - morderców. Kategoryczność i konserwatyzm ojca zasiały ferment wśród narzeczonych. Coraz częstsze kłótnie doprowadziły do odwołania ślubu i rozpaczy niedoszłej panny młodej. Jedyną osobą, która miała jakiekolwiek możliwości zażegnania konfliktu był zdystansowany, postępowy, wesoły, nierozpamiętujący przeszłości, zdrowo podchodzący do sprawy Staszek, którego przyjazd po tak długiej nieobecności wywołał niemałe poruszenie, mnóstwo radości, wzruszeń i łez. Przyjaciel niemal zmusił Szlojme do stawienia czoła przeszłości i wyzbycia się uprzedzeń. Zakończenie to niezaprzeczalny, tkliwy happy end.

Akcja rozgrywała się pośród dwóch stołów, szezlonga, półprzezroczystej ściany i wielkiej płachty materiału pokrytej ciasno zdjęciami. Beżowo-brązowe wnętrze wzbogacone było zawieszoną w powietrzu półką. Na niej, kiedy rozbrzmiewała muzyka, miniaturowa kolejka jeździła w koło przypominając dziecięce zabawki lub makietę obozu koncentracyjnego, groźnie zwisając nad głowami aktorów, a to wszystko za sprawą scenografki, Alicji Kosińskiej. Warstwa dźwiękowa składała się z przedwojennych przebojów i współczesnych aranżacji pozwalających płynnie przejść od sceny do sceny.

Wielkie brawa należą się aktorom gościnnym, Stanisławowi Brudnemu i Włodzimierzowi Pressowi, którzy swoją wirtuozerią natchnęli spektakl życiem, humorem i prawdą. Swobodna, energiczna Małgorzata Trybalska dodała odrobinę współczesnego luzu, zaś Ewa Greś miała wzloty i upadki, po których już ciężko było się pozbierać. Radość momentami przypominała rozedrganie i nerwowość, ciało kłamało, a dramatyczny punkt kulminacyjny, w którym powinna była zabłysnąć okazał się bezbarwny i niewiarygodny. Kiedy główna rola nie przekonała, całość zbladła, poziom emocji spadł do zera, pojawiła się monotonia i beznamiętność.

Problem pokoleniowy, dręczące wspomnienia przysłaniające teraźniejszość, których nawet miłość nie jest w stanie przezwyciężyć to tematy uniwersalne, a w połączeniu z pamięcią II wojny światowej oddziałujące ze zdwojoną siłą. Wojna dehumanizuje człowieka, zmusza do czynów bezwzględnych i haniebnych, które powracają echem przez całe życie. Kat nie raz zamienia się w ofiarę i na odwrót, lecz pamięć ma to do siebie, że jest wybiórcza, emocjonalna, zwodnicza. Traumy holocaustu nie można się wyzbyć, ale czy cenę mają ponosić również następne pokolenia? Savyon Liebrecht w swojej sztuce ukazała, że to słowa mają największą siłę sprawczą, a Jacek Papis, reżyserując „Ruchele wychodzi za mąż" wnikliwie zanalizował problem, zostawiając widza pełnego nadziei z odrobiną naiwnego rozczulenia. I choć świetni aktorzy gościnni czarowali swym kunsztem spektakl nie wywarł piorunującego wrażenia, minął nie pozostawiając śladu odciśniętego na duszy.

Agata Wiedro
Dziennik Teatralny Warszawa
27 stycznia 2015
Portrety
Jacek Papis

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Edyta Stein" - Synago...
Roberto Skolmowski