Dużo drinków i frustracji

"Kto się boi Wirginii Woolf " - reż. Maria Spiss - Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieznie

Morze alkoholu, urojona ciąża, syn, którego nie ma, rozczarowania, iluzje, trywialność i pustka – to wszystko zawarte w jednym dramacie. Czyli ,,Kto się boi Virginii Woolf?" wystawione w Gnieźnie.

Spektakl w reżyserii Marty Spiss rozgrywa się w pomiędzy czworgiem bohaterów. Na nocnej imprezie spotykają się dwie pary. Martha (Małgorzata Łodej-Stachowiak) – córka rektora i George (Bogdan Ferenc) – wykładowca na katedrze historii są wieloletnim, bezdzietnym małżeństwem. Bezustannie toczą walkę, dając upust swoim frustracjom i nudzie. Prowadzą między sobą swoiste gry, snują opowieści, które kompromitują ich wzajemnie. Natomiast Skarbie (Martyna Rozwadowska) i Nick (Maciej Hązła) to młode małżeństwo, on wykłada biologię na uniwersytecie, a ona jest córką pastora. Znają się od dzieciństwa, pozornie dobrani są idealnie.

Towarzyskie spotkanie dwóch inteligenckich małżeństw pełne kolejnych drinków, wyjawianych tajemnic, prowokacji i wstydliwych historii przeradza się w pole bitwy, na którym nikt nie unika ciosów. Liczne mity i iluzje dotyczące obu małżeństw zostają obalone, niejednokrotnie dość dotkliwie dla małżonków. Aktorzy z energią zagrali swoje postaci, ukazali pustkę oraz trywialność inteligenckiego świata. Przedstawienie toczyło się w równym rytmie, bez dłużyzn. Dramat Edwarda Albee'ego zrealizowano w kameralnej przestrzeni sceny, na której siedziała publiczność. Jednak nawet takie przearanżowanie nie przełamywało podziału na widownię i miejsce gry.

Zadaniem tego zabiegu było raczej wzmocnienie atmosfery intymności, wejścia w prywatność bohaterów, wytworzenie dusznego, emocjonalnego klimatu wpisanego w tekst dramatu. Zbudowano interesującą scenografię, która składała się z trzech wysokich regałów wypełnionych szklanymi butelkami. Ciekawym efektem wizualnym było podświetlenie tych ,,szklanych ścian". Przed nimi leżała wielka pufa, w której nurzali się trochę bezwolnie i nieporadnie bohaterowie. Tak zbudowana dekoracja daje szerokie możliwości interpretacyjne odbiorcy. Można ją czytać na przykład jako obraz wielu lat nieudanego małżeństwa Marthy i Georga pełnego drinków zamiast miłości. Farsowe chwyty wpisane w tekst bawiły publiczność, soczysty język dosadnie charakteryzował postaci. ,,Kto się boi Virginii Woolf?" zostało wyreżyserowane dość zachowawczo, a szkoda, bo tekst Albee'go daje duże możliwości inscenizatorowi. Choć z drugiej strony ta nieinwazyjna reżyseria wzmocniła poczucie znudzenia i frustracji, które niesie w sobie dramat.

,,Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie" – pisał Gogol w ,,Rewizorze" i chyba wiedział co mówi. W przypadku premiery ,,Kto się boi Virginii Woolf" jego słowa działają niezawodnie. Widownia świetnie się bawiła, ale jednocześnie gorzki był jej śmiech. Uniwersalność obrazu ludzkich relacji w tekście amerykańskiego dramaturga jest uderzająca. A nadziei w finale brak.

Agata Łukaszewicz
Dziennik Teatralny Poznań
17 czerwca 2014

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia