Dwa lata zapisane przez Prymasa

"Zapiski więzienne" - reż: Jan Wojciech Krzyszczak - Teatr Kameralny w Lublinie

Niewiele jest w naszej historii ubiegłego stulecia postaci tak jednoznacznych jak kardynał Stefan Wyszyński. Nawet oso-by pozostające poza Kościołem - jeśli zachowują elementarną uczciwość intelektualną - nie mogą nie docenić wpływu, jaki wywarł on na polską historię najnowszą.

Paradoksalnie jednak nie ułatwia to pracy nad spektaklem opartym na "Zapiskach więziennych". Istniało realne niebezpieczeństwo popadnięcia w nadmierną hagiografię, niestrawną dla współczesnego widza. Pytanie, jakie należy sobie postawić po najnowszej premierze Teatru Kameralnego brzmi: czy udało się pokazać wielkość postaci Prymasa Tysiąclecia bez stawiania go na niebotycznych koturnach? 

Jan Wojciech Krzyszczak w swojej adaptacji "Zapisków" skupił się na dwóch spośród trzech lat uwięzienia kardynała Wyszyńskiego; spektakl kończy się w październiku 1955 roku, dosłownie w przeddzień przeniesienia prymasa do klasztoru w Komańczy. Pokazuje więc okres dlań najtrudniejszy, dwa lata, które wymagały największej siły moralnej i niezłomności. Widzimy w owym czasie nie tylko, a nawet nie przede wszystkim księcia Kościoła, lecz człowieka zmuszonego do stawienia czoła opresyjnemu, ale też w dużym stopniu absurdalnemu systemowi. Owo podkreślenie ludzkiego wymiaru kardynała Wyszyńskiego w niczym nie ujmuje mu wielkości. Czyni go bliższym także tym, którzy znają go jedynie z historycznych przekazów. A przy tym twórca spektaklu osiąga jeszcze jedno - przypomina atmosferę czasów, które nigdy nie mogą się powtórzyć, prowadzi wręcz do historycznej refleksji. 

Przyjęcie takiej konstrukcji spektaklu zaważyło na jego stronie wykonawczej. Nie ma tu miejsca na aktorskie popisy. W warstwie formalnej przedstawienie jest wręcz ascetyczne. Nawet jeśli chodzi o postać kardynała Wyszyńskiego. Jan Wojciech Krzyszczak nie usiłuje upodobnić się do prymasa; owszem, mówi jego słowami, ale nie stara się go zagrać. I słusznie, bowiem nie o tworzenie scenicznych kreacji w tym przedstawieniu chodzi. Jeszcze wyraźniej jest to widoczne w postaciach reprezentujących ówczesne władze. Tu można mówić wręcz o pewnej ich depersonalizacji, uczynieniu z nich figur rzec można okazowych. Było to dla aktorów zapewne wyzwaniem, bowiem wymagało niejako "zawieszenia" warsztatu. Jednak niemal wszyscy poradzili sobie z tym zadaniem, a Tomasz Bielawiec i Andrzej Golejewski zrobili to wręcz znakomicie. 

Najnowsza realizacja Kameralnego w jakiś sposób wpisuje się w - nazwijmy to tak - historyczno-rozliczeniowy nurt polskiego teatru. Jest jednak wolna od dominującej tam martyrologii z jednej i doraźnej publicystyki z drugiej strony. Trzeba to docenić i warto zobaczyć.

Andrzej Z. Kowalczyk
Polska Kurier Lubelski
2 maja 2009

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...