Dwa listy do Benia

Warszawa, 12 sierpnia, 2018 roku.

Kochany Beniu,

 

Od rana piszczą smsy. Nie czytam ich. Piszę ten list szybko, na kolanie, ale wiecznym piórem, tak jak lubisz, bo chcę Cię zapytać, ale tylko Ciebie - co się stało? Dlaczego nie odbierasz telefonu? Dzwoniłem już dziś do Ciebie kilka razy. Martwię się trochę. Zapomniałeś, że mamy w środę próbę? Przecież to niemożliwe, Ty byś pamiętał. Próba, to dla Ciebie święta sprawa. Co się stało? Trzęsienie ziemi? Wojna? Koniec świata? Tobie nic by przeszkodziło żeby być na próbie. Zadzwoniłbyś. Ale ty zawsze byłeś na naszych próbach, nigdy się nie zwalniałeś, nawet chory, z gorączką albo z nogą w gipsie jak na „Miłości w Koenigshutte" w Bielsku, pamiętasz? Pewnie, że pamiętasz. „Co by koleżanki i koledzy powiedzieli?" – mówiłeś wtedy.

Beniu, nie denerwuj mnie, proszę, co się stało? Ano, tak. Pewnie chcesz się ze mną podroczyć, jak zawsze. Ale mamy próbę! Beniu, proszę Cię, podnieś słuchawkę. A może wyjechałeś nagle do Szczyrku, schowałeś się w Twoim domu pod beskidzkim szczytem i uczysz się roli? Przecież Ty już ją umiesz, musimy zacząć próby. Wszyscy są gotowi. Prapremiera 6 października, w Chorzowie, przecież pamiętasz. Wiesz jak tam się cieszą, że będziesz grać główną rolę w „Królewskiej Hucie", jak to przeżywają? To będzie prawdziwe teatralne święto! To Twoi przyjaciele, uwielbiają Cię! Czekają na Ciebie!

Kurwa mać, Beniu, odezwij się wreszcie do mnie ! ...Wiem, wiem... Nie lubisz jak się wściekam, powtarzasz zawsze – „Nie przeklinaj Wiktor, nie wypada tobie...". Zawsze zastanawiałem się dlaczego mówisz na mnie „Wiktor", dlaczego właśnie tak. Nigdy mi tego nie powiedziałeś.

Dobra, niech będzie „Wiktor", ale odezwij się, proszę. Od rana piszczą smsy w moim telefonie przewiązanym zieloną gumką (rozśmiesza Cię ten mój nędzny telefon do łez). To będą złe smsy, wredne, wstrętne, ohydne, słyszę to. Mam ucho do złych smsów. Wciąż piszczą. Mam to gdzieś. Nie przeczytam. Mam to w dupie! Nie obchodzi mnie co tam z nich wylezie. Nie przyjmuję tego do wiadomości! Wypierdalać !

Dlaczego nie odbierasz moich telefonów?
Dobrze, Beniu – na spokojnie. Może sposobem Cię podejdę? Napisałem „Królewską Hutę" dla Ciebie, przecież wiesz. Rolę Pana Haydera napisałem dla Ciebie. Już jak przeczytałeś na próbie pierwszy raz swoją rolę wiedziałem, że stworzysz z niej coś pięknego. Jesteś wirtuozem aktorstwa, wyczytasz z każdej mojej zapisanej nuty wszystko i zagrasz najpiękniej jak to możliwe. Po co ja Ci to opowiadam? Nie lubisz jak tak mówię, powtarzasz – „Byli i są ode mnie lepsi." Tylko co mnie to obchodzi? Nic. My pracujemy teraz razem – Ty i ja.

Za miesiąc premiera, Beniu! Co Ty wprawiasz? A Twoi partnerzy w „Królewskiej Hucie"? O nich nie pomyślisz? Tak się cieszyłeś, że z nimi zagrasz, więc co się dzieje? Beniu, scenografia już się robi, szyją kostiumy. Gdzie Ty jesteś?

Znów sms i znów. Telefonów nie odbieram. Nie chcę nic wiedzieć. Nie chcę. Po co ja piszę ja ten list do Ciebie? Bo jak piszę, to jeszcze wierzę, że to moje pisanie przeczytasz. Odezwiesz się wreszcie do mnie?

Kilka lat temu napisałem też do Ciebie list – „List do Aktora", pamiętasz? Opublikowałem go w Wyborczej, dałem Ci wcześniej do przeczytania, powiedziałeś – „ Nie o mnie tak pisz, pisz o innych aktorach." Opublikowałem. Kręciłeś nosem, że inni bardziej zasługują. Pisałem wtedy, w 2013 roku tak, i dziś powtarzam to słowo w słowo. Wtedy oddzwonisz na pewno.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------

„Kraków, 18 czerwca, 2013 roku

Kochany Beniu,

Piszę ten list do Ciebie, bez żadnej okazji, co chcę Ci powiedzieć, że chociaż jak wiesz często nadużywam wielkich słów, uważam, że jesteś wspaniałym aktorem i wielkim rozdziałem historii śląskiego i polskiego teatru. Wiesz, że to historia przede wszystkim Teatru Śląskiego w Katowicach. Grałeś też dziesięć lat, z sukcesami wszelkimi, w Teatrze Zagłębie w Sosnowcu, ale wszyscy, którzy żyją teatrem dobrze wiedzą, że Bernard Krawczyk to Teatr Śląski. Nieraz opowiadałeś mi o Twojej przyjaźni z Gustawem Holoubkiem, nazywasz tego Twojego pierwszego nauczyciela teatru, dyrektora, mistrza i przyjaciela aktorem psychologicznym, podziwiałeś go. Powtarzasz, że miał ogromny wpływ na Twoje aktorstwo, pojmowanie tej dyscypliny sztuki, jej specyfiki kreacyjnej i ważnej wówczas funkcji społecznej.

Mówiłem Ci nie raz, że Twoje aktorstwo określam niepopularnym w kontekście sztuki aktorskiej mianem – intelektualnego. Zawsze się na to obruszasz. Uważam, że to co stwarzasz na scenie zawiera w sobie elementy łączące precyzyjną diagnozę psychologiczną powstającej postaci z wyjątkowo już dziś rzadką świadomością środków i celów warsztatu twórczego, w niespotykany u Ciebie sposób uwiarygodniającego ostateczny obraz Twojej scenicznej postaci. Już słyszę jak mówisz, że się wymądrzam? Pewnie tak, ale powiem Ci jeszcze, że Ty wzbogacasz to wszystko o dawno już porosłe mchem takie wartości, jak Twoja najprawdziwsza miłość do teatru ( co za patos!) wiara w jego znaczenie, oddziaływanie, szacunek dla tradycji, sceny, koleżanek, kolegów, wszystkich w teatrze, poczucie misji i humanistyczny wyraz relacji aktor – widz. Przyznasz, że to archeologia. I naftalina. Ale sam mówisz, że w to wierzysz. A kto jeszcze dziś wierzy? Dziś, kiedy płytkie i szybkie „aktorstwo" wylewa się z ekranów telewizorów w serialach i spada z hukiem ze scen „teatrów", zaś sam teatr zmierza nieubłaganie ku rafom celebryckiego katharsis na zamówienie i politycznej hucbie.

Teatr zmienia się na Twoich oczach jak wszystko wkoło. Martwisz się tym. Jesteś na scenie, grasz już ponad sześćdziesiąt lat. To o siedem lat dłużej niż mnie ziemia nosi. Powiedz mi, proszę, jak to jest grać w teatrze tak długo? Nie mogę sobie tego wyobrazić. Na pewno wiesz wszystko o teatrze, prawda? Wszystkiego, co tylko możliwe, w nim doświadczyłeś. Nie uwierzę żebyś choć raz przez ten czas nie pokaleczył się, nie zwątpił, poczuł dotknięty, odrzucony. Więc, powiedz mi, proszę, Beniu, skąd ten spokój w Tobie? Ten uśmiech? Dlaczego zawsze jesteś pogodny, cierpliwy, zaciekawia Cię wszystko? Co myślą, czują, a przede wszystkim jak grają młodsi od Ciebie. Cieszysz się ich sukcesami. Sam nie chwalisz się Twoimi, dlaczego? Opowiadasz cudowne anegdoty, bez których teatr nie może istnieć. Ale nigdy nikogo nie krytykujesz, nie jesteś złośliwy. Dlaczego?

Skąd bierze się ten Twój uśmiech, jasne spojrzenie, którego nie potrafię rozgryźć? Czy Ty doświadczyłeś w teatrze czegoś szczególnego, najważniejszego? Czy wydarzyło się to wiele razy, tylko raz? Czy było to może spotkanie z widzem, kiedy Ty sam na scenie miałeś poczucie, że ten oglądający Cię anonimowy człowiek staje się kimś najbliższym, najważniejszym, bo zgodził się byś zabrał go na wyprawę w świat jego uczuć i wyobraźni i spotkaliście się tam razem? Powiedz mi. Miałeś wtedy poczucie spełnienia, sensu trwania w teatrze pomimo wszystko? Bo to przecież nie oklaski sprawiają i durnowate recenzje. Chodziło o takie poczucie? Powiedz, Beniu. Tak było? Pewnie nie powiesz.

Ale wyjaśnij mi, proszę, jak to jest zagrać na scenie przez te lata ponad sto sześćdziesiąt ról? Czy Ty je pamiętasz wszystkie? Każdą? To przecież niemożliwe. Te najważniejsze? Kilka? Tylko główne role, te wymarzone, czy też te mniejsze, epizody? Wiesz, Beniu, że sto sześćdziesiąt stworzonych przez Ciebie postaci odpowiada liczbie pasażerów siedzących w przedziałach dwóch wagonów kolejowych plus ci co stoją na korytarzach? Jak Ty wykreowałeś taki tłum postaci? Młodych, starych, brzydkich, pięknych, trefnisiów i salonowych lwów, mędrców, błaznów, bohaterów, zaprzańców, lichoty jakieś i mądrze panujących, tych pogodzonych i walczących z wiatrakami, uległych i krzyczących o prawdę i sprawiedliwość? A każdy z nich inny, z odmienna historią, wyglądem, formą, uczuciami, marzeniami. Jak to możliwe? Przecież żeby ci Twoi bohaterowie urodzili się na premierach musiałeś przeczytać, co tam przeczytać – przegryźć się przez tysiące stron dramatów, wielkich jak Shakespeare i lichych jak byle kto, żeby wyszarpać z pomiędzy mrowia dialogów mądrych i bezsensownych Twoją prawdę o Twoich postaciach.

To twoja tajemnica czy ciążący balast? O co w tym wszystkim chodzi? Powiesz mi? Co, Beniu? Uśmiechasz się? Chodzi o to żeby grać jak najprawdziwiej? O to? Kręcisz głową. To znaczy żeby być zawsze razem, tak? W tej rodzinie naiwnych, pożal się Boże, artystów? Bo jak wszyscy nas mają w dupie, to my zawsze musimy się trzymać razem? I kto w to dziś uwierzy? No i co się znowu tak uśmiechasz? Kończę już Beniu, bo i tak się dziś z Tobą nie dogadam. Ściskam Cię mocno. V"
---------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak do Ciebie pisałem przed laty. Do dziś mi nie powiedziałeś o co w tym teatralnym bałaganie chodzi. No, dobrze powspominaliśmy, ale teraz odbierz już telefon, dobrze?

Gdzieś Ty się podział, Beniu? A może ukradli Ci telefon albo zgubiłeś? Może nagrywasz coś w radio i wyłączyłeś telefon? Masz próbę przed jakimś recitalem? Pewnie tak. No, dobrze, nie zawracam Ci już głowy. Pamiętaj, że próba w środę, o 10.oo, w Twojej garderobie.

Ściskam Cię Beniu, do zobaczenia na próbie.

Twój Wiktor.

Ingmar Villqist
Dziennik Teatralny
18 sierpnia 2018
Portrety
Bernard Krawczyk

Książka tygodnia

Zimowa opowieść. Przepaść czasu
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jeanette Winterson

Trailer tygodnia