Dwa oblicza władzy

"Kaligula" - reż. Robert Czechowski - Teatr Polski we Wrocławiu

"Każdy może stać się bogiem. Wystarczy tylko uczynić serce nieczułym" - mówi Kaligula. To kwintesencja pojęcia władzy, o której opowiada premierowe przedstawienie "Kaligula" na podstawie powieści Alberta Camusa w reżyserii Roberta Czechowskiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu.

A władza to tylko punkt wyjścia w tym przedstawieniu, bo najważniejsze jest to, do czego władza prowadzi. Jak deprawuje i jak groźna może być, kiedy trafia w ręce szaleńca czy człowieka ogarniętego jakąś ideą, przekonanego o własnej doskonałości i nieomylności.

Nie jest łatwo nie być szaleńcem, jeśli się było cesarzem w starożytnym Rzymie. Cesarzem z dynastii julijsko-klaudyjskiej, w której na porządku dziennym było knucie intryg, spisków, mordowanie członków rodziny, a także współżycie z członkami rodziny. Z takiej rodziny pochodził Kaligula. Niekoniecznie szalony, jak mówiono o Neronie, na pewno nie ułomny jak jego stryj Klaudiusz, ale na pewno okrutny. Jego okrucieństwo wynikało z przekonania o własnej boskości oraz z poczucia bezkarności, które to rzeczy zafundowało mu otoczenie. Do tego dojmująca samotność, tragedia w życiu osobistym (śmierć ukochanej siostry i kochanki? Drusilli), sprawiły, że Kaligula zaczął się zmieniać w tyrana i okrutnika.

"Zrozumiałem po prostu, że jest jedyny sposób zrównania się z bogami: wystarczy im dorównać w okrucieństwie" - mówi Kaligula. I robi wszystko, żeby strać się obojętny wobec ludzi. Nie liczy się z nikim i niczym. Domaga się rzeczy niemożliwych. Chce dostać Księżyc, bo taki ma kaprys, bo jest przecież władcą, jest bogiem. Jak wielu po nim.

Przedstawienie Roberta Czechowskiego pokazuje, że dochodzenie do władzy, sprawowanie władzy, władza sama w sobie, atrybuty i konsekwencje posiadania władzy, są zawsze takie same bez względu na czas, na miejsce, na okoliczności. Obojętność wobec ludzi jest tu podstawą. Podkreślają to scenografia Wojciecha Stefaniaka oraz kostiumy Adama Królikowskiego. Wydawać by się mogło, że akcja przedstawienia rozgrywa się współcześnie, na co wskazuje wystrój pomieszczeń, nowoczesne krzesła niczym z najpopularniejszego sklepu meblowego, którego nazwy nie wspomnę, bo go nie lubię. Przezroczyste mundury mężczyzn i białe trapery (hit sezonu) to także najnowsze wskazania mody, ale pojawiają się również elementy nawiązujące do innych epok, jak nakrycie głowy Kaliguli typowe dla rzymskich cesarzy czy nakrycia głowy pań charakterystyczne dla dworów carskiej Rosji.

To przedstawienie pokazuje jeszcze jedną rzecz - samotność władcy. Bo władca otoczony tłumem ludzi, pozostaje samotny. Pozostaje samotny, bo najbliższych odtrącił lub zamordował, bo oni jedni mówili mu prawdę. A ci, którzy go otaczają to interesowni klakierzy.

Reżyser zastosował ciekawe rozwiązanie - rolę Kaliguli powierzył dwójce aktorów, którzy grają swojego bohatera w zasadzie jednocześnie. Cały czas są obaj na scenie, jakby Kaligula został sklonowany. Przy czym każdy z aktorów prezentuje inną stronę ducha cesarza.

Paweł Wydrzyński to ta część bardziej ludzka, emocjonalna, rozedrgana. Targają nim namiętności, posiada resztki uczuć, odczuwa samotność, szaleje, tańczy, śmieje się, tłumaczy swoje postępowanie.

Hubert Kowalczys to zimna machina władzy. Jego twarz to maska. Bez emocji wydaje najokrutniejsze polecenia. To twarz na pokaz. Takiego Kaligulę mają widzieć wszyscy wokół. To cesarz. To bóg. To on się czuje najlepiej podczas ceremonii, która w formie i treści nawiązuje do ceremonii religijnych, pokazując w ten sposób uniwersalność zjawiska zwanego władzą.

Obaj aktorzy grający Kaligulę są bardzo dobrzy. Kowalczys chwilami nawet wzbudza strach, a przynajmniej dyskomfort.

Jednak najwięcej energii na scenę wnosi Mariusz Kiljan jako Helikon. Kiedyś niewolnik, dziś wie, komu i za co ma być wdzięczny. Obdarzony zaufaniem przez okrutnika, ma szansę "odwdzięczyć się" tym, którzy kiedyś go źle traktowali. Wykorzystuje swoją sytuację bezwzględnie. Jeszcze nie wie, że tacy jak on giną na końcu. Ale na razie jest na fali, więc roznosi go energia. Na scenie wszędzie go pełno. Zaczyna się martwić dopiero wtedy, kiedy widzi, że jego protektor traci kontakt z rzeczywistością. To też jego osobista tragedia. Aktor znakomicie oddaje tę zmienność nastrojów. Twarz błazna i twarz człowieka, który może stracić to, co zyskał.

Należy tu wspomnieć także o choreografii i ruchu scenicznym Piotra Mateusza Wacha we współpracy z tancerzami, którzy przez cały spektakl tworzą coś w rodzaju chóru antycznego, ale tańczącego. A w tle cały czas muzyka, którą opracował Damian Neogenn–Lindner. Pulsująca, niepokojąca, stanowi doskonałe tło dla wydarzeń.

Robert Czechowski pokazuje w "Kaliguli" władzę niejako od kuchni. Ale warto ją zobaczyć w taki sposób, może łatwiej będzie nam zrozumieć tych wszystkich "boskich".

Zrozumieć, niekoniecznie zaakceptować.

Małgorzata Klimczak
Dziennik Teatralny Szczecin
30 marca 2021

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia