Dwór straszny, ale pyszny!

"Straszny dwór" - reż. Natalia Babińska - Opera Nova w Bydgoszczy

Efektowne otwarcie. Gospodarze zaproponowali Moniuszkę, który powinien trafić do młodych ludzi. Historia zatoczyła koło. Opera Nova pokazała "Straszny dwór" 25 lat temu, na inaugurację I Bydgoskiego Festiwalu Operowego, i teraz powróciła do dzieła Moniuszki.

Warto było czekać. Nowa inscenizacja, w reżyserii Natalii Babińskiej, pokazała, że utwór sprzed półtora wieku jest wciąż żywy: stanowi wyzwanie dla realizatorów i może być ucztą dla ucha i oka.

Miecznikówny w plastiku

Najpierw o tym, co oko dostrzegło. Bydgoska inscenizacja bardziej bowiem wzbudzi dyskusje z powodu wizualnych nowinek niż muzyki i śpiewu. Reżyserka zdecydował się wprowadzić na scenę dwóch nowych bohaterów. Są to role nieme, ale zwracające uwagę. Pierwszą jest... Stanisław Moniuszko w wieku, w jakim pisał "Straszny dwór". Starszy pan kuśtyka przez scenę, by zająć miejsce przy stoliku, w kącie i z tego miejsca będzie kontemplować przedstawienie. Ciekawy pomysł i bardziej zrozumiały niż wprowadzenie na scenę konkurenta dla pana Damazego. Zły Duch w cudzoziemskiej szacie przez całe przedstawienie plącze się wśród innych postaci. Kusi do grzechu, gasi patriotyczny zapał? Bez żalu pożegnałbym się z tym dziwakiem.

Dyskusję też pewnie wzbudzą kostiumy i scenografia. Panny miecznikówny w plastikowych, przezroczystych krynolinach... Konserwatysta raczej się tym nie zachwyci. Podobnie jak konstrukcją dworu w III akcie. Został on zbudowany z surowych belek, tworzących zaledwie szkielet budowli. Fakt, w półmroku wygląda strasznie, lecz bardziej niż z sarmackim gniazdem kojarzył mi się z pogorzeliskiem. Fantastycznym natomiast pomysłem scenograficznym było wykorzystanie w II akcie sporych rozmiarów koronek do gry cieni i czegoś na kształt ażurowej kurtyny, przez którą przenikają baletnice.

Tych baletowych elementów widać zresztą na scenie wiele i jest to bezspornie atut bydgoskiej inscenizacji. Oczywiście z kulminacją w IV akcie - kuligiem i finałowym mazurem, chyba jeszcze nie w pełni dopracowanym przez tancerzy.

Inna sprawa, że niektóre kostiumy i choreografia popisów baletowych znacznie odbiegały od klimatu "Strasznego dworu" - sarmackiej gawędy, operowego odpowiednika "Pana Tadeusza". Czy na przykład da się z takim klimatem pogodzić wymachiwanie długimi, rozpuszczonymi włosami, niczym w rock operze? Powiem szczerze: trochę mnie to zaskoczyło, ale nie zepsuło wrażenia udanej całości dzieła. Na pewno natomiast taki sposób inscenizacji podobać się będzie młodym widzom. Notabene, podobnie jak wiele symbolicznych rozwiązań w scenografii, w której postawiono na umowność, a nie ciężki konkret.

Burza braw po arii Stefana

A głosy? Cóż, nie czuję się kompetentny do sprawiedliwej oceny. Do mojego ucha jednak najmilej przemówił tenor Łukasza Zaleskiego, który śpiewał partię Stefana. Podobnego zdania zapewne było wielu innych widzów, bo aria Stefana z III aktu ("Cisza dokoła...") nagrodzona została aplauzem, który rzadko można usłyszeć nie na zakończenie, lecz w trakcie dzieła. Oczywiście na wysokości zadania stanął też mistrz śpiewu: Leszek Skrla w roli Miecznika. Spośród kobiecych głosów moje uznanie wzbudziła zaś Julia Pruszak, śpiewająca partię Hanny.

Wyspa Moniuszki

Kto poniewczasie zatęsknił za arią z kurantem i finałowym mazurem, może tę tęsknotę ukoić w najbliższą niedzielę, 5 maja. Tego dnia Wyspa Młyńska z okazji 200. urodzin kompozytora zamieni się w Wyspę Moniuszki, a bydgoscy śpiewacy i tancerze w plenerze wykonają fragmenty "Strasznego dworu" i "Halki".

Jutro natomiast na festiwalu zobaczymy artystów z Łotewskiej Opery Narodowej w Rydze w operze komicznej "Don Pasquale" Gaetano Donizettiego.

Jarosław Reszka
Express Bydgoski
2 maja 2019

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia