"Dybuk" Grzegorzka jest niewiarygodnie kiepski

"Dybuk" - reż: Mariusz Grzegorzek - Teatr Jaracza w Łodzi

Są dwie możliwości: albo "Dybuk" w łódzkim Jaraczu oznacza zdecydowany zwrot w teatrze Mariusza Grzegorzka, albo jest największą wpadką w dorobku wybitnego reżysera. Zdecydowanie wolę tę drugą opcję.

Siedziała koło mnie koleżanka i patrzyła na mnie z niedowierzaniem: - Nie, to niemożliwe. Tego nie mógł wymyślić Grzegorzek... Koleżanka wiedziała, co mówi. Widziała "Blask życia", "Lwa na ulicy", "Makbeta" - przedstawienia zbudowane z emocji najostrzejszych, a jednak pełne zrozumienia dla ludzkich słabości. Spektakle, które zbudowały styl Mariusza Grzegorzka i jego całkiem osobną pozycję w polskim teatrze. Ogromnie mi się one - i styl, i pozycja - zawsze podobały. Może artysta reżyserować to, co chce, kierując się własnym gustem, wyczuciem i wrażliwością. Pracuje przede wszystkim w łódzkim Jaraczu, gdzie znalazł grupę oddanych i ofiarnych aktorów, gotowych z nim na każde ryzyko. A gdy mu się to znudzi, może powrócić do kina. W ubiegłym roku zrealizował przecież swój pierwszy po dłuższej przerwie film kinowy - świetny "Jestem twój". Ogromna szkoda, że do dziś nie trafił do normalnej dystrybucji. Może nie wszystko stracone. 

Grzegorzka mam zatem za reżysera wyjątkowego i dlatego jego doświadczenie z "Dybukiem" z początku przytłoczyło mnie rozmiarem klęski. Zwlekałem zatem z pisaniem. Do chwili, kiedy spojrzę na sprawę z dystansem. Każdy ma przecież prawo do najbardziej druzgocącej nawet porażki. Katastrofę inscenizacji dramatu An-skiego Grzegorzek zawdzięcza sam sobie, a dokładniej temu, że zaprzeczył własnemu scenicznemu językowi.

W poprzednich spektaklach budował znacznie bardziej fascynujące obrazy, ale w ich centrum był zawsze aktor. W "Dybuku" zaś od początku ma być pięknie, dziwnie, efektownie. Aktorzy natomiast zostają wykorzystani nie jako wykonawcy ról, ale - by tak rzec - twórcy nastrojów. W pierwszej sekwencji potrząsają zatem rytmicznie szklanymi misami wypełnionymi kamieniami (wiadomo, odpowiedni dźwięk). Potem przewieszają liny tworzące umowne sklepienie bożnicy. Robią to chyba tylko po to, bo na geometrycznej konstrukcji ze sznurów jeszcze ładniej załamywało się światło.

Zdaje się, że w "Dybuku" Grzegorzkowi najbardziej zależy na efektach, tyle że wszystkie mają krótki termin ważności. Reżyser do tej pory z sukcesem wykorzystywał w teatrze swe doświadczenia filmowca, choćby w opracowując nietypowe dla sceny ścieżki dźwiękowe, sposoby montażu, zaskakujące obrazy. Tym razem jednak postanowił wszystko, co i tak widać, podeprzeć jeszcze symbolicznymi wizualizacjami w tle.

Czego tam nie ma - ryciny żydowskich bożnic, domów i miasteczek, symbole, znaki. Skutek jest nieoczekiwany - czułem się tak, jakby ktoś przyłożył do oka dziecinny kalejdoskop... Gorzej jednak, że tak opowiedziana i "podbudowana" historia już po chwili razi tautologicznymi powtórzeniami.

Już od początku jasne staje się, że tym razem Grzegorzek stawia na "urodę" przedstawienia, poświęcając jego sens. Potem do głosu dochodzi przykra dosłowność tego "Dybuka". Owszem, chętnie zobaczyłbym wysokobudżetowy horror autorstwa Mariusza Grzegorzka, ale dlaczego ma to być inscenizacja dramatu An-skiego?

Sceny, kiedy charczący Chanan (Marek Nędza) nosi na plecach opętaną Leę (Agnieszka Więdłocha) zamiast budzić grozę, śmieszą. To już było, wiele lat temu w "Egzorcyście" - i ciekawiej, i straszniej. Szans nie mają również aktorzy, bezradni w wystudiowanych pozach i gestach. Tragiczną miarę ma tylko Barbara Marszałek jako Reb Azriel. Jeśli przypomni się kreacje z poprzednich spektakli Grzegorzka u Jaracza, jest to żałośnie mało. Na koniec zaś dorzuca reżyser publicystyczne uwspółcześnienie z dzisiejszą Łodzią w roli głównej. Jakby chciał w jednym przedstawieniu popełnić wszystkie błędy. Każdy ma prawo do klęski, wciąż czekam na Mariusza Grzegorzka.

Jacek Wakar
Dziennik Gazeta Prawna
22 maja 2010

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia