Dydaktyczny prezent

"Pinokio" - reż. Paweł Szkotak - Teatr Miniatura w Gdańsku

Ostatnia premiera za dyrekcji Romualda Wiczy-Pokojskiego w Teatrze Miniatura w Gdańsku to dobre, choć niepozbawione mankamentów podsumowanie jego kadencji. "Pinokio" na podstawie powieści Carla Collodiego w reżyserii Pawła Szkotaka jest niezwykle atrakcyjną plastycznie opowieścią o drewnianej kukiełce symbolizującej człowieka, który staje się zabawką zdaną na łaskę losu. Inscenizacja przygotowana na Dzień Dziecka zręcznie wydobywa z klasyki literatury dziecięcej problematykę rodzinną i... nadmiernie poucza młodych widzów.

W popkulturowym wyobrażeniu Pinokio został oderwany od oryginału i funkcjonuje jako synonim kłamcy, któremu za karę rośnie nos. Powrót do lektury z lat dzieciństwa uświadamia, że wydłużanie nosa było zaledwie epizodem, który niemniej odcisnął piętno na charakterystyce Pinokia jako krnąbrnego i nieposłusznego pajacyka. Ta ocena wydaje się powierzchowna - trudno bowiem nie dostrzec, że jego działania są motywowane głównie pozytywnymi wartościami: otwartością, ufnością, chęcią odkrywania nowych światów i poznawania przyjaciół. W powieści znacznie bardziej ceni się moralność i doświadczenie dorosłych. Szkotakowe odczytanie uzmysławia także paradoksalną przewidywalność przygód drewnianego pajacyka. Choć bohater przemierza fantastyczne krainy i spotyka zaskakujące postaci (zwierzęta i ludzi lawirujących pomiędzy światami życia i śmierci), to wymowa kolejnych rozdziałów jest dość schematyczna. Wątki przenika dydaktyzm (nie ufaj obcym, nie unikaj szkoły, słuchaj rodziców...), a każda autonomiczna decyzja Pinokia kończy się dla niego kłopotami, nierzadko ociera się o śmierć. Myślenie, że nieposłuszeństwo owocuje błędami, a działania dokonywane pod wpływem opiekunów przynoszą pozytywne rozwiązania nie dziwi, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę czas opublikowania "Pinokia" - rok 1883. Dziś cenimy perspektywę młodych osób, dorośli chcą zachować ufność i ciekawość świata typową dla dzieci. Dlatego intrygowało mnie, jak z anachronicznym dydaktyzmem postąpią inscenizatorzy w Miniaturze. Bezwzględne posłuszeństwo oraz kara są etycznie wątpliwe i mało skuteczne.

Szkotak w znaczny sposób zredukował ilość wątków (nie ma choćby Majstra, zwęglonych stóp, przygotowywania omleta, spotkania z wężem), kierując się możliwościami percepcyjnymi młodego widza. Jako że autor scenariusza dokonał jedynie kosmetycznych zmian w wybranych wątkach, nie uniknął moralizowania, co podchwytywali rodzice punktując poszczególne sceny wymownym: "Słyszałeś?", "Zapamiętaj!". O przewidywalności historii świadczyły także reakcje młodych widzów. Gdy Pinokio (Magdalena Żulińska) zapytał, czy powinien wyjechać z przyjacielem Knotem (Piotr Kłudka), dzieci jednogłośnie odpowiedziały "nie". Wiedziały, że przygoda zakończy się kłopotami. Jednak być może twórcom zależało na zaakcentowaniu symboliki Pinokia jako zabawki - przedmiotu poddanego fantazji potężniejszych, przepełnionego niemocą oraz brakiem wolnej woli, dlatego tylko pełne podporządkowanie autorytetom owocuje powodzeniem.

Wierność Collodiemu dała także dobre rozwiązania. Stuletni Świerszcz, niegdyś zabity przez Pinokia, powraca w kilku scenach pod postacią Ducha Świerszcza - wszechwiedzącego narratora. Wyważona ekspresja Andrzeja Żaka i maska, której używa (rodzaj kartonowego pudła imitującego owadzią głowę, wyraźnie inspirowanego estetyką American Crayon Company) uruchamiają skojarzenia z prezenterem telewizyjnym. Jednak nieco zniekształcony przez kostium głos oraz sposób funkcjonowania postaci w scenicznym świecie powodują, że bliżej mu do głosu sumienia czy filozofa.

Najciekawszym pomysłem Szkotaka było wydobycie tematyki rodzinnej. Przedstawienie otwiera projekcja starego, czarno-białego portretu rodzinnego: widać dziecko (Magdalena Żulińska), jego ojca Dżepetta (Jacek Majok), jedynie matka nie ma twarzy. Oniryczna klamra (główny bohater na początku przedstawienia śpi, by pod koniec obudzić się) sprawia, że zaakcentowana została metaforyczność prozy Collodiego. "Pinokio" staje się opowieścią o dziecku, które fantazjując, śniąc, dojrzewa, a jego przygody przenika chęć akceptacji, miłości, a przede wszystkim potrzeba odnalezienia rodziców. Dżepetto jest głównie nieobecny - ucieka od roli ojca, z którą sobie nie radzi, natomiast Mama przyjmuje kostium Wróżki i wychowuje dziecko przez poddawanie go różnym próbom.

Nieco przeszkadza gwałtowna przemiana Pinokia w finale, która sprawia, że rodzinny portret staje się kompletny i spójny z rzeczywistością. Pajacykowi dotychczas imponowały beztroskie zabawy i wątpliwe autorytety, więc skumulowane przejawy dojrzałości - chęć zaopiekowania się Dżepettem, powrót do szkoły, odrzucenie przyjemności i dobrowolne zrzeczenie się ciężko zarobionych pieniędzy na rzecz Wróżki - wydają się być nieprawdopodobne, bo są zbyt idealistyczne. Z drugiej jednak strony, psychologicznie oceniając zachowanie bohatera, da się dostrzec, że znalezienie się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia czy wręcz na tamtym świecie (w trzewiach potworach) może zaowocować spektakularną moralną przemianą. Nie można wykluczyć także zinterpretowania historii jako formy rytuału przejścia - zwłaszcza, gdy zwróci się uwagę na szereg tajemnych prób, którym poddawany jest Pinokio: symbolikę morza, a wreszcie finał, gdy dochodzi do ostatecznego rozdzielania Chłopca od drewnianego pajacyka.

Twórcy gdańskiego spektaklu nie unikają dydaktyzmu prozy Collodiego, jednak nadają jej efektowną formę inscenizacyjną. Scenografię Damiana Styrny tworzą cztery drewniane, surowe szafy, które - jak w kilku jego realizacjach - są wyposażone w drzwiczki, półki, okienka, elementy przesuwne, rozkładane blaty, a w innych miejscach skrywają skrzynie czy lustra. W oka mgnieniu można nimi wyczarować różnorodne światy. Scenograf wykorzystuje motyw z elementarza - wyświetlane obrazki wraz z pierwszą literą pochodzącą od słowa-symbolu ("w" obok węgla). Dekoracje to pomysłowe połączenie form rzeczywistych z projekcjami multimedialnymi (autorstwa Damiana Styrny i Eliasza Styrny, pokazywanymi najczęściej na bocznym ekranie bądź transparentnej kurtynie). W jednej z ciekawszych scen obserwujemy warstwy turkusowego materiału, które są rozciągnięte na szerokość sceny, imitując morskie fale, natomiast szczęki głębinowego potwora to efekt animacji, bliskiej kreskówce. Wielość wykorzystanych pomysłów jest imponująca - pojawia się estetyka gazety, filmów Tima Burtona (nawiązania do "Alicji w Krainie Czarów", ale też "Edwarda Nożycorękiego" w formie czarno-białych makijaży czy protez kończyn Świerszcza), szesnastowiecznych trup komediantów (kryzy są elementem kostiumu podczas wizyty w teatrze), a uważniejsze oko może dostrzec także rysunki inspirowane "Deutsche Pomologie" Wilhelma Lauche z 1882-1883.

Twórcy umiejętnie posługują się różnorodnymi strategiami: obok skrótu (szczęka bądź wnętrzności zastępują rekina) pojawia się realizm, zwłaszcza w kostiumach, choć i tutaj nie zabrakło wysmakowanej fantazji (Pudel, a zwłaszcza genialny Tuńczyk). Nierzadko artyści odwołują się do wyobraźni widza, dlatego kolejną morską podróż sygnalizują dźwięki generowane przy pomocy metalowego wiadra z wodą. Imponuje mnogość wykorzystanych technik: artyści grają w planie żywym, korzystają z masek, człekokształtnych lalek (Pinokio, Knot), pacynek (Gapie), płaskich lalek na patykach (wizyta w cyrku) czy tintamareski (Wróżka). Mimo wielości inspiracji nie odczuwa się nadmiaru czy niespójności, a feeria błyskawicznie zmienianych pomysłów wzmacnia dynamikę opowieści oraz sprawia, że zarówno mali i duzi widzowie z uwagą obserwują popis świadomości scenicznego rzemiosła gdańskich twórców.

Choć spektakl jest przeznaczony dla dzieci powyżej szóstego roku życia, należy docenić brak infantylizowania (zwłaszcza w muzyce Łukasza Matuszyka) oraz uładzenia mrocznych tematów Collodiego. Nie brakuje trudnych czy nawet brutalnych wątków, które są nieodzownym elementem życia: pogrzebowego orszaku Królików (choć trumnę jako niebezpieczny w teatrze rekwizyt zastąpiły nosze), przykrych doświadczeń (śmierć przyjaciela Knota/Osła), czy przemocy (powieszenia Pinokia na drzewie przez Lisa i Kota).

Sukcesu dopełnia wyrównany poziom aktorski. Na uwagę zasługuje zwłaszcza Magdalena Żulińska, doskonale animuje dużą lalkę i świetnie kreśli postać zawadiackiego, nieco niesfornego chłopca, który zjednuje sobie sympatię widzów. Imponuje także Edyta Janusz-Ehrlich, która jako Wróżka umiejętnie łączy sceniczne funkcje (raz jest dla Pinokia siostrą, innym razem sympatią, a czasami bliżej jej do matki) i kontrastowe emocje - jej świetny śpiew uruchamia liryczną błogość, która w okamgnieniu staje się upiornym niepokojem. Popkulturową dialogiczność widać w pomyśle Wojciecha Stachury, który jako nieoczywisty i przebiegły Kot inspirował się zapewne ekspresją Trzech Ślepych Myszek ze "Shreka".

Wszystko to sprawia, że "Pinokio" to święto teatralnej magii, które widzowie nagradzają długimi oklaskami. Szkoda jedynie, że twórcy pozostali nazbyt wierni Collodiemu, a przez to nie potraktowali młodych odbiorców jak równorzędnych partnerów, z którymi warto podjąć poważny dialog, zamiast tego zaserwowali im bezdyskusyjny kodeks dobrego zachowania i wychowania.

Wiktoria Formella
e-teatr.pl
22 czerwca 2019
Portrety
Paweł Szkotak

Książka tygodnia

Złoty garnek i inne opowiadania
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann

Trailer tygodnia