Dyrektura. Dyktatura

Felieton Łukasza Drewniaka

Istnieje pojęcie zwłoki celowej. Skoro nie ma decyzji o przyznaniu lub nieprzyznaniu dofinansowania, projekty leżą w zamrażarce.

Językoznawstwo dla opornych

Żaden ze mnie profesor Miodek czy Bralczyk, ale od czasu do czasu rąbnie mnie jakieś słowo po oczach, niechciane zagnieździ się w uszach. Najpewniej dlatego, że strasznie brzmi, zwyczajnie źle mi się kojarzy, a rozgrzebane przynosi zaskakujące znaczenia. Słyszeliście o dyrekturze? No właśnie. Ale po kolei...

Od zawsze żyłem w przekonaniu, że sprawowanie funkcji dyrektora w teatrze i w innych instytucjach użyteczności publicznej nosi nazwę dyrekcji. Dyrekcja Grabowskiego w Starym, dyrekcja Augustynowicz we Współczesnym, dyrekcja Englerta w Narodowym... Et cetera, et cetera... Wyskakuję od razu z tą złowróżbną łaciną, bo ona jeszcze w niniejszych rozważaniach powróci. Dyrekcja znaczy kierownictwo, urząd od wydawania dyrektyw, czyli poleceń i wskazań, ustalania kierunków – celów, metod, strategii. Kojarzy się to z angielskim direction, czyli kierunek i director – reżyser. Dyrektorem teatru może być dyrektor-reżyser, artysta, ale po angielsku artistic director to raczej kierownik artystyczny. U nas kierownik artystyczny nie jest dyrektorem, tylko jego podwładnym, bo kieruje sceną pod nadzorem dyrektora naczelnego. Prawdziwy dyrektor to ktoś, kto rządzi w sposób bezpośredni (direct), choć bywa, że przez pośredników. Mówi się często: „jednoosobowa dyrekcja", żeby podkreślić wyjątkowość czyjejś władzy, bo przecież słownikowo dyrekcja to „zespół osób z dyrektorem na czele". Wybiera się lub powołuje dyrektora, a on dobiera sobie zespół osób do zarządzania instytucją. Czyli słowo dyrekcja ma w sobie zawarty postulat kierownictwa „ponad- i szerzej-jednostkowego", to drużyna z liderem – kierownikiem i przewodnikiem.

Ale tu pojawiają się schody. Orkiestra może być pod dyrekcją, ale teatr raczej nie. Teatr bywa „za dyrekcji" kogoś – czyli jakby za plecami. Dyrektor nie dyryguje teatrem, choć go prowadzi jak conductor, czyli z łaciny i angielskiego – dyrygent. Dyryguje się twarzą do zespołu, a plecami do publiczności. U nas powinno chyba być odwrotnie: dyrektor z zespołem za plecami, zespołem popierającym, ale i czujnym wobec zmian kursu i tempa. No i z konduktorem mamy do czynienia nie w teatrze, a w kolejnictwie – to taka osoba, która jednak nie prowadzi pociągu, tylko sprawdza bilety pasażerom. Pociąg prowadzi maszynista. Maszynista w teatrze nic nie prowadzi, tylko obsługuje spektakl od strony technicznej. Spektakl prowadzi inspicjent. Inspicjent nie prowadzi teatru i nie ma nic wspólnego z inspekcją, ale inspekcji, czyli nagłej, niezapowiedzianej kontroli, boi się każdy dyrektor, bo najczęściej jest to jedyny sposób organizatora na sprawdzenie jakości dyrekcji. Organizator jest nazywany w świetle Ustawy o organizacji i prowadzeniu działalności kulturalnej organizatorem, bo organizuje teatrowi dyrektora, który ma zorganizować model pracy w teatrze i go poprowadzić. Dyrektor w teatrze nie jest konduktorem, bo raczej nie sprawdza biletów, chyba że na widownię wdarł się nielubiany krytyk i trzeba wyśledzić, kto go tu wpuścił, czy aby na pewno kupił bilet w kasie. W średniowiecznych misteriach przewidziano funkcję o nazwie ductor – dla fachowca prowadzącego widowisko (spectaculum) oraz dzieło (opera). Ductor sprawdzał, jak aktorzy-amatorzy „dukają", czyli dopiero uczą się wypowiadać swoje role. Przewodnik i najczęściej duchowny, bo tacy byli wtedy „uczeni w piśmie", stał przy jednym z mansjonów ze wskaźnikiem do czytania i czuwał w trakcie przedstawienia nad zgodnością wykonywanych działań i wypowiadanego tekstu ze scenariuszem misterium i Biblią. Dyrektor w teatrze nie ma takiego wskaźnika-pałeczki jako atrybutu władzy. Szpicrutę wycofano z obiegu. Choć mówi się o przekazaniu pałeczki dyrektorskiej po skończonej kadencji. Ma taką za to dyrygent, bo prowadzi orkiestrę, chór lub dzieło, czyli z łaciny operę. Tylko że po łacinie conductor operis directus to niestety nie (jak można by mniemać) dyrygent w operze, a „bezpośredni pracodawca". Tak samo dolus directus to nie dola lub niedola dyrektora, a „zamiar bezpośredni", czyli postać zamiaru w prawie karnym polegająca na chęci popełnienia czynu zabronionego. Stąd już blisko do skojarzenia dyrektor – dolus directus. Prokuratura strzyże uszami, bo – jak mawiali klasycy – „imię bohatera antycznego to jego los". Dyrektor teatru? Czyli potencjalny sprawca, czyli przestępca – na przykład malwersant, bo nie zachowuje dyscypliny finansowej podległej mu instytucji, działa ze stałym zamiarem jej przekroczenia. Kombinuje, jak umie, by dopiąć budżet. Dyrektor może mieć zamiar przekroczenia także innych przepisów prawa karnego. Jako bluźnierca, nepotysta, pechowy inwestor działający na szkodę instytucji, mobber, lobbysta. Jak na ironię w łacinie directus to przymiotnik określający człowieka prawego, bezpośredniego, prostego, który zawsze idzie przed siebie. Jak widać, łacina może być przekleństwem i zbawieniem teatru.

Wariantem terminu „dyrekcja" jest „dyrektorstwo". Nie użyłbym tego słowa w opisie żadnej dobrej dyrekcji teatralnej, bo ma wyraźnie pejoratywny odcień. Dyrektorstwo to dyrekcja sprawowana dla samej dyrekcji, napawanie się władzą nad ludźmi, absolutna wszechmoc w instytucji, próba zmiany funkcji publicznej w proceder pozyskiwania stałego dochodu: „Mój mąż z zawodu jest dyrektorem". Dyrektorstwo jest z urzędu nieusuwalne. Bywa, że i dożywotnie. Choć zdarzają się chwalebne dożywotnie dyrekcje, kiedy dyrektor zlewa się z instytucją, jego osoba staje się teatrem, wizytówką miasta. Usnąć takiego dyrektora, to zabić teatr, jaki uformował. Spalić pół dzielnicy. Postulowałbym wtedy nazywanie go „dyrekturem", a nie dyrektorem. Może nawet „dyrektórem", żeby brzmiało bardziej godnie i archaicznie.

Powoli dochodzimy do „dyrektury", słowa, które jest pretekstem tych quasi-językoznawczych rozważań i igraszek. Miałem kolegę historyka, który mylił francuski, przednapoleoński a postrewolucyjny Dyrektoriat, czyli kolegium Dyrektorów zarządzających Republiką po upadku jakobinów, z czymś, co nazywał Dyktoriatem, bo za sprawą niedokładnej lektury terminu myślał, że oni, ci z Paryża, dyktowali dekrety, dyktowali społeczeństwu, jakie ma być, jak powinno żyć w kolejnej fazie rewolucji francuskiej.

„Dyrektura" (jako termin określający dyrekcję teatralną albo pracę dyrektora w teatrze), pojawiła się w kontekście zmian i podsumowań pracy Pawła Wodzińskiego w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. O dyrekcji Jana Klaty w Starym mówił tak w audycji radiowej w Polskim Radio Jacek Cieślak. Zauważyłem, że paru dyrektorów w prywatnych i publicznych wypowiedziach także coraz częściej sięga po ten termin. Próbowałem sprawdzić, kto z krytyków pierwszy go użył. Internet podpowiada tropy: Łukasz Maciejewski w tekście o krakowskich dyrektorach Starego Teatru po Gawliku w 2012 roku, inny ślad prowadzi do roku 2010.

„Dyrektura" – niby legalny, słownikowy, choć dotąd rzadziej używany, synonim niebezpiecznie kojarzy się z dyktaturą. Dyrektor-dyktator sprawuje nie dyrekcję, a dyrekturę. Dyrektura jest bardziej autokratyczna niż dyrekcja. Słowo to wróciło do łask zapewne po to, by zaznaczyć, że z dyrekcją mamy do czynienia wtedy, gdy stanowisko dyrektora jest rozdzielone na szefa artystycznego i administracyjnego, a z dyrekturą, gdy dyrektor naczelny jest zarazem administracyjnym i artystycznym. A może trzeba sprawdzić, kto, który z dyrektorów używa jakiego słowa i w jakim kontekście? Wyjdzie, jak myśli o swojej roli w teatrze. Może zresztą „dyrektura" jako termin nieoficjalny ma od początku lekko ironiczne zabarwienie... Patrzcie, jaki ze mnie dyrektorek-dyktatorek! Sprawuję niestety dyrekturę... Stąd już tylko krok do skojarzenia: dyrektura – tektura, czyli dyrekcja fasadowa, słabo umocowana, bez poparcia zespołu lub organizatora; albo dyrektura – manufaktura, czyli taka dyrekcja, w której trzeba wszystko zrobić samemu: walczyć o pieniądze, widza, dogadzać pracownikom. To jeszcze dyrektura – dublura, czyli dyrekcja w dwóch instytucjach lub zdublowanie obowiązków kierowniczych przez dwa zwalczające się ośrodki władzy artystycznej. I tak dalej, i tak dalej... Ciekawe, czy dyrektura to chwilowy wykwit językowy, czy zostanie z nami na dłużej, jak została „reżyserka", która jeszcze do 2005 roku była tylko kabiną za plecami widowni, gdzie nie siedział nawet reżyser, a jedynie akustyk i „reżyserował", a raczej realizował dźwiękowo spektakl. Język teatralny jest polem dynamicznych zmian. Terminy dokonują zwrotu o 180 stopni, pączkują nowe. Tyle się dzieje, że zapominamy o wynalazcach i pionierach językowych. Warto już zabezpieczyć się na przyszłość. Niech więc potomność zapamięta, że gdzieś około roku 2005 w tłumaczonej na żywo rozmowie z Rimasem Tuminasem użyłem prekursorskiego terminu „reżysura". Była to nieświadoma kalka z języka rosyjskiego – tak mówi się w Moskwie i Pitrze na reżyserię, pracę reżyserską. W świetle niebywałej kariery słowa „dyrektura" ten lapsus nabiera całkiem nowego znaczenia. Reżysura – bezwzględna dominacja reżysera w procesie prób, dyktatura reżysera, reżyserski dyktat, reżyseria dyktatorska; ale niestety także chałtura reżyserska... reżyseria pośpieszna i sposobikowa. Podejrzewam, że byłaby groźną bronią w przypadku połączenia funkcji dyrektora naczelnego i głównego reżysera – dostawcy repertuaru, spektakli flagowych. Totalna dyrektura-reżysura zmieniłaby teatr w prawdziwy gułag. I znowu wszystko przez tych ruskich...

Ministerstwo nierychliwe

Wstrząsnęło mną oświadczenie wicepremiera profesora Piotra Glińskiego, że „ministerstwo kultury nie będzie wpierać inicjatyw, w których swój udział zaznacza prowokator Oliver Frljić, reżyser obrazoburczej Klątwy". Minister Dziedzictwa Narodowego i Kultury (kolejność zamierzona) postanowił, że nie podpisze decyzji o przyznaniu festiwalowi dofinansowania w wysokości 300 tysięcy złotych. Mimo obowiązywania trzyletniej umowy o wspieraniu i udziale Ministerstwa w projekcie. Nie da tych pieniędzy, bo chorwacki świętokradca jest u Michała Merczyńskiego jednym z dwóch kuratorów edycji poświęconej sytuacji polityczno-kulturalnej na Bałkanach. Gliński przyznaje, że Frljić jest zapewne ekspertem od spraw postjugosłowiańskich, ale każda jego wizyta w Polsce kończy się skandalem, podżeganiem do przestępstwa, złamaniem prawa i pogwałceniem uczuć religijnych wspólnoty narodowej. Minister podobnie jak premier Beata Szydło stosuje taktykę: „nie podpiszę, nie opublikuję, nie przekażę opinii na czas i co mi zrobicie?".

Malta pewnie da sobie radę bez tych pieniędzy, prezydent Jaśkowiak w proteście dorzuci coś festiwalowi, ale niewątpliwie mamy do czynienia z precedensem. Minister nie dzieli przecież pieniędzy prywatnych ani partyjnych. I nie rozdaje po uważaniu, tylko na podstawie procedur, systemu konkursów. Do tej pory współpraca wielu podmiotów z ministerstwem, dzielącym publiczne pieniądze, zakładała dobrą wolę urzędu, czyli respektowanie decyzji obiektywnych komisji artystycznych oceniających projekt. Profesor Gliński pokazał, gdzie dobra wola ma swoje granice. Obecne kierownictwo ministerstwa w przeciwieństwie do swoich poprzedników nie będzie finansować działalności wymierzonej w ten rząd i wspierające go organizacje polityczne i religijne. Jesteś przeciwko nam, działasz na naszą szkodę, to sam sobie za to zapłać. Albo z niemieckich, norweskich czy Sorosowych pieniędzy. Frljić oczywiście jest tylko symbolem, bo minister niedwuznacznie grozi palcem przede wszystkim rodzimym artystom: „Jednocześnie wielu polskich twórców angażuje się w politykę w sposób zupełnie nieroztropny. Prezentują w przestrzeni publicznej opinie oderwane od rzeczywistości, skrajnie emocjonalne, a na ogół po prostu wtórne, w całości «z zewnątrz sterowane»".

Zastanawiam się, jak można definiować określenie „nieroztropnie", użyte przez ministra? Nieroztropnie, czyli wbrew swoim interesom? wbrew naszym interesom? Robi się coś nieroztropnie wtedy, kiedy skutek tego działania obraca się przeciwko nam. Czyli profesor Gliński formułuje wyraźne ostrzeżenie: „nie atakujcie nas, nie mieszajcie się do walki politycznej, bo inaczej nie macie co liczyć na publiczne pieniądze. Nie bądźcie nieroztropni, bo weźmiemy was głodem. Padną festiwale, teatry, eventy, konkretne premiery".

W kontekście tej wypowiedzi i wyrażonej w niej wprost nowej polityki kulturalnej władz i partii rządzącej brak rozstrzygnięcia wielu konkursów ministerialnych i odwołań wniosków zaczyna wyglądać na celową strategię.

Przecież kiedy ministerstwo chce, to działa błyskawicznie – patrz sprawa gdańskiego Muzeum II Wojny Światowej czy odwołania szefa Instytutu Adama Mickiewicza. Teraz z jakiegoś powodu nie chce się spieszyć.

Tegoroczny tryb przyznawania grantów mógł jeszcze miesiąc temu wyglądać jak rezultat bałaganu w ministerstwie, efekt jednoosobowego zatwierdzania przez Glińskiego wszystkich decyzji o wsparciu w ramach priorytetów „Edukacja" i „Teatr". Ale chyba jest jeszcze groźniej. Istnieje pojęcie zwłoki celowej. Skoro nie ma decyzji o przyznaniu lub nieprzyznaniu dofinansowania, projekty leżą w zamrażarce. Nie można nic zacząć robić, podjąć jakiejkolwiek decyzji strategicznej. Projekty zaplanowane na pierwsze pół roku, zwłaszcza kwiecień i maj, już można spisać na straty albo zrealizować w wersji minimum; tym całorocznym właśnie dzwoni dzwonek alarmowy. Opisał tę sprawę w liście otwartym zespół i szefowie Teatru Szaniawskiego w Wałbrzychu. Maciej Podstawny wskazuje w nim, że placówce, której dotacja organizatora starcza ledwie na pokrycie kosztów stałych, milczenie ministerstwa paraliżuje wszelką działalność. Nie wiemy, co robić i za co, z kim. To nie jest strajk włoski ministerstwa, to działanie na szkodę podmiotów wnioskujących o dofinansowanie. Wałbrzych słusznie podnosi też inną kwestię: „kryteria oceny walorów strategicznych projektu wciąż pozostają niejasne" – piszą zaniepokojeni szefowie Szaniawskiego. Oceny strategiczne są przyznawane przez urzędników, a nie ekspertów i często stoją w sprzeczności z ocenami merytorycznymi. Wygląda na to, że ministerstwo utrudnia, jak może. Bierze niepokornych artystów i instytucje, w których pracują, na przeczekanie. A może nawet nie chodzi o tych niewygodnych, tylko zwyczajnie o wszystkich. Naciąga się terminy, nie stosuje się do przepisów, przekracza zasady dobrego obyczaju, łamie prawo wreszcie, żeby chodzący po prośbie skruszeli – poznali, kto Pan i Władca, kto daje i odbiera. Nie są z naszego kręgu? Nie mają podobnych poglądów? Nie siedzą cicho? To niech zdychają bez naszych pieniędzy, niech im będzie ciężko, niech się nauczą, żeby nie brykać. Dość podła to metoda, ale najpewniej skuteczna. Pisała o tym sposobie w wakacje w „Arcanach" hołubiona przez prawicę Elżbieta Morawiec. Skoro nie mamy wpływu na lewackie sceny, poronione eksperymenty, lans wrażych ideologii, niech instytucje padają, biedują, nie rozwijają skrzydeł. Po co tyle niesłusznych prowincjonalnych teatrów? Wystarczy teatr słuszny w objeździe. Zwlekanie i kręcenie ministerstwa w sprawie konkursów i dotacji to także forma nacisku na lokalne władze, w których gestii znajdują się teatry, by same dokonały przeprofilowania sceny, zmiany dyrekcji, a wtedy strumień pieniędzy powróci, ministerstwo sypnie groszem, a nawet złotem.

Idea tworzenia progresywnego teatru jest generalnie w Polsce w odwrocie. Pisałem niedawno o krachu scen w Kaliszu, Bydgoszczy i Łodzi – buncie widzów, organizatorów i niektórych zespołów wobec radykalnych strategii prowadzenia teatru, skutków społecznych przeprofilowanych drastycznie repertuarów. Programy oderwane od rzeczywistości muszą zostać skorygowane, bo inaczej teatr znajdzie się w izolacji. Ministerstwo, bo przecież pracują w nim ludzie inteligentni, próbuje skorzystać na tym trendzie i utrudnia życie tym, którzy, nie rezygnując z nowoczesnego teatru, próbują nadal działać w środowisku lokalnym. Jak Wałbrzych. Oczywiście kolejnym testem będzie reakcja ministerstwa na rozsądne i korektorskie plany dyrekcji Bartosza Zaczykiewicza i Łukasza Gajdzisa, odpowiednio w Kaliszu i Bydgoszczy. Czy już wystarczy tego ruchu ku centrum, czy trzeba będzie się jeszcze bardziej przesunąć na prawo? Odwlekanie w nieskończoność wydania opinii o możliwości odwołania dyrektora Morawskiego z Teatru Polskiego we Wrocławiu pokazuje, że władzy nie zależy na dobru placówki, tylko na jej profilu ideologicznym, zależności od urzędu i gotowości do współpracy czy wykonywania poleceń z góry. Opuszczony przez wszystkich Cezary Morawski ma już tylko premiera Glińskiego i PiS za sobą.

Jaki z tego morał? PiS-owskie ministerstwo lubi robić na złość, przeszkadzać i komplikować. Zawsze będzie można użyć argumentu, że samorządów nie stać na prowadzenie teatrów, że nie radzą sobie z problemami. Pójdzie więc ustawa o centralizacji i szlus. Nowy dyrektor do Wałbrzycha przyjedzie z Warszawy, z Nowogrodzkiej i ulic sąsiednich.

Oczywiście PiS nie wprowadzi cenzury, ale równocześnie nie przekaże środków na antynarodową i antypisowską działalność. I co mu zrobimy? Napiszemy kolejny list protestacyjny? O tym, czy coś jest antynarodowe i de facto antypisowskie, będzie decydował minister (oby tylko ten od kultury). Skoro większość ministrów i tak już rozmawia tylko z przyjaznymi mediami prawicowymi i rządowymi, nie będą się musieli tłumaczyć przed opinią publiczną. Oliver Frljić jest płachtą na byka, ale to tylko pierwszy sygnał, jak będą traktowani, jak są już traktowani, twórcy, którzy narazili się władzy, partii lub personalnie profesorowi Glińskiemu. Krystyna Janda, Maciej Stuhr, Krzysztof Mieszkowski, Julia Wyszyńska zajmują tak zwane pole position. Czy ktoś „roztropny" z prowincjonalnego festiwalu lub teatru wpisze do wniosku nazwisko Jandy, Stuhra, Wyszyńskiej? zatrudni na stanowisku selekcjonera, dyrektora artystycznego Mieszkowskiego? No nie zatrudni, bo na sto procent zrobi się to, co z Frljiciem. Prowokatorom nie dajemy!

W związku z zaistniałą sytuacją, w celu uniknięcia nieporozumień, apeli i bezskutecznych odwołań od decyzji doradzam ministerstwu stworzenie i opublikowanie czarnej listy osób, z którymi współpraca grozi odebraniem lub wstrzymaniem dotacji, których nie warto zatrudniać lub powoływać na kierownicze stanowisko. Jak będzie lista, wszystko będzie jasne. Wrogowie zostaną wskazani palcem, wszelkie kontakty z nimi skończą się źle dla placówek nieświadomych lub osób chwiejnych światopoglądowo. Granty lub ich brak to potężna broń. Skuteczniejsza chyba niż aresztowania. W komunizmie istniał zapis na nazwisko – dawało się człowiekowi zakaz występowania, publikowania; pilnowano, by oficjalnie nie można było zatrudnić czarnej owcy. Człowiek znikał, bo był zakneblowany. Senator McCarthy też patronował podobnej liście w Ameryce i identycznemu polowaniu na czarownice.

Profesorze Gliński, deklarujecie wierność europejskiej i narodowej tradycji, uczycie się od klasyków. Szkoda, że najwięcej od tych parszywych.

10.04.2017

Łukasz Drewniak
teatralny.pl
18 kwietnia 2017

Książka tygodnia

1968/PRL/Teatr
Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego
red. Agata Adamiecka-Sitek, Marcin Kościelniak, Grzegorz Niziołek

Trailer tygodnia