"Dziady" Adama Mickiewicza w Teatrze Narodowym

"Dziady" - reż. Eimuntas Nekrošius - Teatr Narodowy w Warszawie

Po "genialnych" realizacjach "Dziadów" Adama Mickiewicza, Michała Zadary w Wrocławiu i Radosława Rychcika w Poznaniu , przyszła kolej na "Dziady" w Warszawie W Teatrze Narodowym. Przygotowane przez wybitnego litewskiego reżysera Eimuntasa Nekrosiusa. "Mistrza i wizjonera teatru, znanego ze swego unikalnego języka teatralnego", jak głosi notatka biograficzna w programie do jego przedstawienia.

Kontakty Nekrosiusa z polskimi teatrami są długotrwałe. Datują się od roku 1986. Uhonorowano go nawet prestiżową nagrodą im. Konrada Swinarskiego w roku 1997, przyznawaną dotychczas polskim twórcom. Jego "Dziady" w Teatrze Narodowym, których premiera odbyła się w czwartek 10 marca b.r., do których przymierzał się od dawna, są kontrowersyjne. I choć te "Dziady" nie są uwspółcześnione, jak to zrobili wyżej wymienieni panowie, oglądałem je z mieszanymi uczuciami oraz pytaniami, na które nie umiałem sobie odpowiedzieć. Przede wszystkim są za długie. Trwają przeszło cztery godziny. Za dużo w nich pomysłów. Nie mają klimatu ani nastroju. Nie są do końca czytelne. Za dużo w nich pauz, pantomimy i niepotrzebnych gestów. Niektóre sceny wypadają wręcz kabaretowo. Wtedy słychać na sali śmiech. Aktorzy w ogromnej dyscyplinie podporządkowali się reżyserowi. Wykonują bezbłędnie jego polecenia. Niczego głęboko nie przeżywają. Często wykrzykują swoje kwestie.

"Dziady" to dramat narodowy. Rozgrywa się w czasach, kiedy nie było Polski na mapie świata. Była w niewoli. O losach Polaków decydował wszechmocny car. Reżyser interpretuje te wydarzenia beznamiętnie. Przykładem tego opowiadanie Sobolewskiego w celi Konrada. O kibitkach i wywożeniu na Sybir. Monolog ten w wykonaniu Kamila Mrożka nie robi wrażenia. Przechodzi bez echa. Słuchający go więźniowie niewiele się nim przejmują. Krzyczą głośno i wykonują jakieś dziwne ruchy. Zainteresowani są zjeżdżającymi z góry prętami, które mają stanowić celę więzienną.

Drugi przykład to dramatyczny monolog pani Rollisonowej (Kinga Ilgner). Zamiast na balu u Senatora (Arkadiusz Janiczek) przeniesiony został, nie wiadomo dlaczego, do jego sypialni. Niewidoma pani Rollisonowa, nieszczęśliwa matka, przyprowadzona przez opiekunkę Kmitową (Magdalena Warzecha), wskakuje nieoczekiwanie na plecy Senatora i wykonuje ruchy przypominające kopulację. Potem szarpie go w obecności niereagującej służby i krzyczy, aby uwolnił jej syna. Wygląda to dość groteskowo. Kolejna wątpliwość to widzenie Księdza Piotra (Mateusz Rusin), ubranego w jakieś brudne szmaty. Widzenia wprawdzie nie zauważyłem, ale zobaczyłem, jak nieporadnie wciąga na siebie czerwone rajstopy. Nie wiem, co to miało znaczyć. Nie wiem też, czemu służyć mają pojawiające się kilkakrotnie na scenie, ogromne, przesuwane na postumentach makówki. Co oznaczać mają w czasie obrzędu Dziadów i wywoływania duchów przez Guślarza (Marcin Przybylski) przypięte do ubrań uczestników wiszące części bielizny? Dlaczego salon warszawski to pole golfowe? A w Wielkiej Improwizacji znakomity aktor Grzegorz Małecki w roli Gustawa-Konrada jest zimny i beznamiętny? A przecież zapamiętałem go z czasów studenckich, kiedy grał wspaniale tę rolę w dyplomowym przedstawieniu, w reżyserii Macieja Prusa. Teraz jego rozmowa z Bogiem jest pusta. Nie przekonuje. Przeszkadzają mu przy tym jacyś faceci z paczkami. Wpychają go do budy zrobionej na oczach widowni z kawałka blachy. Wyjmują z tych paczek książki i okładają go egzemplarzami "Dziadów" Adama Mickiewicza? Do wyciągniętej z budy ręki wciskają ołówek i każą mu rozdawać autografy? Jest to nawet zabawne, ale czemu ma służyć, nie wiem. Denerwujące są dziewczynki w scenie z Księdzem z części IV (Piotr Grabowski) a potem kręcące się bez potrzeby w dalszych częściach. Ubrane w jakieś dziwne białe paczki, jak w balecie? Nie rozumiem także planszy z ośnieżonymi choinkami, po obu stronach sceny odsłanianymi i zasłanianymi kurtynkami. Tak się złożyło, że w swoim długim życiu widziałem kilka inscenizacji " Dziadów". Przed wojną w Teatrze Polskim w reżyserii Leona Schillera z Józefem Węgrzynem w roli Gustawa-Konrada i Edmundem Wiercińskim w roli Księdza Piotra. Potem w PRL-u w roku 1955, również w Teatrze Polskim, w reżyserii Aleksandra Bardiniego z Ignacym Gogolewskim i Stanisławem Jasiakiewiczem oraz słynne "Dziady" Kazimierza Dejmka w roku 1967 z Gustawem Holoubkiem w Teatrze Narodowym. Zdjęte z afisza po kilku przedstawieniach na polecenie pierwszego sekretarza PZPR tow. Wiesława Gomułki. Wszystkie one były klarowne i czytelne dla widza. Jeżeli więc ja, stary wyga, znający doskonale tekst i wielokrotnie z nim obcujący, mam tyle wątpliwości, to co z "Dziadów" zrozumie dzisiejszy widz, który pierwszy raz ogląda je na scenie? A zwłaszcza młode pokolenie, które nie interesuje się przeszłością?

Kiedy w przerwie rozmawiałem ze znajomymi, mieli podobne odczucia. Ale byli również tacy, którzy zachwycali się wizją reżysera. Do nich należy Jan Bończa-Szabłowski z "Rzeczypospolitej", który bywał na próbach i rozmawiał z aktorami .Wyjaśnili mu wiele rzeczy i pozytywnie wyrażali się o reżyserze. Wybitnie inteligentnym, wrażliwym artyście, potrafiącym ich przekonać do swojej koncepcji. Tak, tylko to są dwie różne sprawy. Nie mające ze sobą nic wspólnego. Przeciętny widz nic o tym nie wie. Ocenia to, co ogląda na scenie. A teatr jest po to, aby mu tę wizję przybliżyć. Jeżeli tego nie ma, to co?

Witold Sadowy
e-teatr.pl
16 marca 2016

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia