Dziady polskie

"Dziady" - reż. Michał Zadara - Teatr Polski we Wrocławiu - reż. Radosław Rychcik - Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu

Ubiegły sezon przyniósł dwie ważne, głośne i co istotne, całkowicie odmienne inscenizacje "Dziadów". Z dramatem zmierzyli się znany z błyskotliwych interpretacji klasyki, Michał Zadara oraz wciąż jeszcze uchodzący za niegrzecznego chłopca polskiego teatru Radosław Rychcik.

Betonowy szkielet budynku pośrodku ciemnego lasu. W niemodnym kapeluszu, z reklamówką w ręku, drobny cwaniaczek Guślarz (Mariusz Kilijan) rozpoczyna swe "czary". Wylękniony tłum biednie ubranych ludzi wypatruje kolejnej zjawy. Oto nagle na ostentacyjnie widocznej linie z sufitu zlatuje Dziewczyna (Sylwia Boroń). W ortalionowej kurtce, z petem w ustach, prosi młodzieńców, by ściągnąwszy ją w dół choć raz pozwolili "dotknąć ziemi".

Groteskowo uśmiechnięty geniusz zbrodni rodem z komiksu o "człowieku nietoperzu" przyzywa kolejną ze zjaw. Na scenę wkracza filigranowa blondynka, w białej koktajlowej sukience, z pieprzykiem na policzku. Wspomina kolejne błahe miłostki.

Ubiegły sezon przyniósł dwie ważne, głośne i co istotne, całkowicie odmienne inscenizacje "Dziadów". Z dramatem zmierzyli się znany z błyskotliwych interpretacji klasyki, Michał Zadara (Teatr Polski we Wrocławiu), oraz wciąż jeszcze uchodzący za niegrzecznego chłopca polskiego teatru Radosław Rychcik (Teatr Nowy w Poznaniu). Obydwa spektakle zapewne przejdą do historii, z zupełnie różnych jednakże powodów.

Muzeum literatury kontra amerykański sen

Na długo przed premierą, mówiło się że wrocławski spektakl stanie się wydarzeniem - oto po raz pierwszy w historii, publiczność zobaczy na scenie w całości, i bez skrótów trzy części "Dziadów". Michał Zadara podkreślał szczególną pozycję mickiewiczowskiego dramatu, stanowiącego fundament polskiej kultury. Fundament, który należy traktować poważnie, a więc wystawiać w całości i bez skrótów. Wskazywał także potrzebę współczesnych realizacji polskiej klasyki.

I faktycznie udało mu się stworzyć spektakl monumentalny, nowoczesny i efektowny, a jednocześnie najzupełniej wierny literackiej partyturze. Zachwycający przede wszystkim rozmachem inscenizacji, sugestywną i nowoczesną scenografią Roberta Rumasa, który w sposób niezwykły przenosi nas z pokoju Dziewczyny do ponurego lasu, w mroczny świat tajemnego obrzędu, wreszcie w niedostępne szczyty, do górskiej chaty Księdza, oraz plejadą aktorskich kreacji, ze znakomitym monologiem emocjonalnie rozchwianego, schizofrenicznego Gustawa/Konrada, w wykonaniu Bartosza Porczyka, na czele.

A jednak, mimo całej tej formalnej wirtuozerii oraz ogromu pracy twórców trudno pozbyć się wrażenia, że czegoś wrocławskim Dziadom zabrakło. Zabrakło mianowicie tej błyskotliwej, charakteryzującej twórczość Zadary, interpretacji. Szacunek wobec dzieła literackiego, graniczący z czołobitnością, okazał się być pułapką. Ciąg precyzyjnie skonstruowanych, wysmakowanych estetycznie, a nierzadko nawet przejmujących scen, które jednak ostatecznie, wbrew żarliwym zaklęciom twórców, nie łączą się w jakąś niezwykle ważką i rewolucyjną całość. Blisko pięciogodzinny spektakl obejmujący I, II i IV część dramatu oraz wiersz Upiór rzuca wyzwanie, przede wszystkim, percepcyjnym zdolnościom widza. Dlatego zapewne towarzyszy nam po wyjściu z teatru to dziwne uczucie, jak po wizycie w muzeum. Co prawda nowoczesnym, interaktywnym i efektownym, acz ostatecznie służącym jedynie eksponowaniu przytłaczającej ilości artefaktów dawno minionej przeszłości.

Radosław Rychcik z kolei, nie tylko przepuścił fundament rodzimej mitologii przez zainfekowaną popkulturowymi kliszami ponowoczesną świadomość, lecz także zestawił romantyczne dzieje z burzliwą historią Ameryki.

Rzecz rozgrywa się na znanej z tysiąca filmów sali gimnastycznej typowego amerykańskiego liceum (zaprojektowanej przez Annę Marię Karczmarską), gdzie teatralną inicjację przeżywają podstarzałe gwiazdy szkolnej drużyny koszykówki i rozchichotane cheerlederki.

Scenę zaludniają bohaterowie zbiorowej wyobraźni. Ewą/Dziewczyną jest u Rychcika Marylin Monroe (wspaniała Gabriela Frycz), Guślarzem barokowy i sarkastyczny Joker (znakomity Tomasz Nosiński), raczej z filmu Burtona, niż Nolana, a Józio i Rózia to hipnotycznie wpatrzone w ekran teleodbiornika bliźniaczki z "Lśnienia" Kubricka.

Swoje "Dziady" reżyser zadedykował Johnowi Kennedy'emu, Martinowi Lutherowi Kingowi, Malcolmowi X, ikonom walki o prawa czarnych.

Rychcik podjął tym samym dość ryzykowną grę. Historia popkulturowych odczytań romantycznej klasyki, jest w Polskim teatrze dość długa.

Pokusa uwspółcześnienia, bądź uniwersalizacji dramatu przez sięgnięcie do rezerwuaru masowych wyobrażeń zawsze niesie z sobą ryzyko spłycenia, banalizacji, zwłaszcza, gdy proste skojarzenia służą głównie parodii, tudzież powierzchownemu efekciarstwu maskującemu intelektualną bezsilność w zderzeniu z niełatwą literaturą.

Tymczasem za sprawą wszystkich tych bezczelnych pomysłów, odległych asocjacji, pozornie ryzykownych odwołań powstał w Teatrze Nowym w Poznaniu spektakl znakomity, zachwycający, wybitny - jeden z najważniejszych w ostatnich latach w polskim teatrze. Tym spektaklem Rychcik ostatecznie uwolniwszy tekst Mickiewicza z więzów narodowej martyrologii, na powrót uczynił go częścią, wspólnej ludziom każdego miejsca i czasu opowieści o pragnieniu wolności, niezgodzie na zło oraz sprzeciwie wobec wszelkiego ucisku, stanowiącej fundament kulturowego dziedzictwa zachodu.

Gdy z afisza Teatru Narodowego zdjęto zimą 1968 roku "Dziady" w reżyserii Kazimierza Dejmka, wybuchły protesty, które stały się bezpośrednią przyczyną wydarzeń marcowych. Mocno osadzony we współczesności spektakl ówczesnego dyrektora Teatru Narodowego, wydobywający rewolucyjną siłę dramatu, nie pozbawiony wątków społecznych, odczytano jako polityczną manifestację wymierzoną w Związek Radziecki oraz Partię.

">>Dziady<< to genialny utwór zrodzony z nienawiści, ale jest to nienawiść przeciwko niewoli" - pisał z kolei w 1973 roku, przed premierą swojego najważniejszego spektaklu Konrad Swinarski. Ostrzegając jednocześnie przed niweczącą geniusz dzieła zbytnią konkretyzacją źródeł owego zniewolenia.

Zestawiając losy bohaterów dramatu, z historią emancypacji czarnoskórych amerykanów Rychcik odnajduje w "Dziadach", tę samą rewolucyjną moc, która fascynowała Dejmka. Nie przypadkiem w drugiej części spektaklu, umieszcza reżyser wspaniały manifest wyrosłego z niezgody na zło prometejskiego humanizmu - Wielką Improwizację, w genialnej interpretacji Gustawa Holoubka, którego głos dobiega z pogrążonej w ciemności sceny. Szkoda, że ów niezwykły hołd reżysera złożony wielkiemu artyście teatru, jak zwykle dość pokracznie zinterpretowali oburzeni obrońcy tradycji. Zaś Gustaw/Konrad (świetny Mariusz Zaniewski) przemawia do nas ze sceny nie mniej poruszającymi słowami Martina Luthera Kinga, o wspaniałym śnie o równości.

Wiele jest w tym spektaklu scen olśniewających. Z jakąś zupełnie nową, niezwykłą wprost siłą wybrzmiewają słowa oskarżenia Widma (Maciej Zabielski), gdy wykrzykuje je ciemnoskóra dziewczyna (Sibonisiwe Ndlovu Sucharska), a Zły Pan przypomina plantatora z południa. Przejmujący, pełen goryczy jest czarny blues, w którego rytm nadzy i wynędzniali filomaci, wespół z afrykańskimi niewolnikami, śpiewają o "Zemście z Bogiem lub mimo Boga" przy brzęku łańcuchów i kajdan.

Jednocześnie nie brakuje Rychcikowi tej romantycznej ironii, jaką w bolesnym nierzadko zderzeniu poezji z rzeczywistością odnajdował Swinarski. W krwawym niczym ostatnia z uczt Tytusa Andronikusa finale, Pani Rollisonowa - ciemnoskóra mamka z Przeminęło z wiatrem (Maria Rybarczyk), traci wiarę w zbawczą moc słów. Ten fascynujący spektakl, czeka bez wątpienia w nadchodzącym sezonie triumfalny pochód przez najważniejsze krajowe festiwale.

Jak na dzieło kanonicznie, narodowy arcydramat Adama Mickiewicza na scenach krajowych gości nie często - nawet, gdy wziąć pod uwagę wszystkie te nudne, szkolne odczytania lektury, powstające zwykle po to jedynie, by pędzić ponury żywot scenicznej przedpołudniówki, na którą z odwrotnym od zamierzonego skutkiem, ciągają znudzonych uczniów pełni pasji pedagodzy. A szkoda bo nawet jeśli Dejmek nieco przesadził, ogłaszając Dziady największym rewolucyjnym dziełem literatury światowej, tekst Mickiewicza pozostaje bez wątpienia, czego dowodzi spektakl Rychcika, najwspanialszym, w całej polskiej literaturze, hymnem na cześć wolności.

Michał Centkowski
Newsweek
3 listopada 2014

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...