Dzieci matkonielubne

"Matki" - reż. Katarzyna Deszcz - Teatr Nowy w Zabrzu

Matka jest tylko jedna – ten frazes słyszymy natychmiast, gdy tylko zdarzy nam się chociażby pomyśleć coś złego o rodzicielce, która przecież niestrudzenie pierze, karmi, tuli, dogląda, pociesza i czuwa. W ten sposób zostajemy przywołani do porządku przez stojących na straży tradycji współbraci, z których każdy powołany został do życia przez matkę. A co z tymi, którym na samą myśl o niej robi się słabo? Bohaterami „Matek" w reżyserii Katarzyny Deszcz są niepoprawne politycznie dzieci matkonielubne.

Z ich mamą wszystko jest w porządku, można by nawet rzec – książkowo. Matka (Danuta Lewandowska) nie przejawia najmniejszych nawet cech patologicznych. Po matczynemu gotuje, pierze, sprząta, prasuje, wychowuje. I tu właśnie pojawia się problem. Wszechobecny duch Matki staje się dla dzieci nie do zniesienia. Bo Matka jest wszędzie, nawet gdy nie ma jej przy nich ciałem. Fizyczna nieobecność nie może stanąć na przeszkodzie jej wpływowi na życie dzieci. Nigdy nie będą same, bo ich pozycja została już zdefiniowana. Są jak Adaś Miauczyński z „Dnia świra" Marka Koterskiego, który „pół życia bał się jej, teraz boi się o nią". To właśnie przyjdzie zrozumieć bohaterom sztuki Piotra Rowickiego, którzy starają się za wszelką cenę pozbyć rodzicielki – w końcu pojmą, że są w stanie usunąć jedynie jej cielesność. Lecz Matka to idea, byt sankcjonujący i determinujący wszystko, co w ich życiu istotne. By unieważnić jej istnienie musieliby się unicestwić, bo przecież „każdy ma w niej początek, wszystko potem to ciąg dalszy, bez matki".

Ania (Joanna Romaniak) miała być stewardessą w British Airways - w rzeczywistości pracuje w British Tobacco, co oczywiście zataja przed najbliższymi. Zawodowy żołnierz Krzysiek (Dariusz Czajkowski) w oczach Matki jest idealną głową rodziny, ojcem dwójki dzieci i wspaniałym mężem. Przemilczał jedynie fakt, że żona podała go do sądu za znęcanie się nad nią. Natomiast Piotrek (Mateusz Lisiecki), który jest księdzem, notorycznie zagląda do kieliszka. Prócz tego, że są rodzeństwem, łączy ich coś jeszcze – nienawidzą swej Matki. To w niej, jak w lustrze, odbijają się wszystkie ich niedoskonałości. To wobec jej niespełnionych oczekiwań stają się nikim, to przez jej ambitne plany zostają nieudacznikami.  Nie pomaga oddanie Matki do muzeum, gdzie otaczają ją rupiecie jej pokroju - maszyna do pisania „Optima", zepsuty toster, żelazko, butelka z ceramicznym korkiem, stare radio, stacjonarny telefon i ścienna makatka, czyli symbole epoki minionej. Sprawy nie załatwia też postawienie Matki przed sądem, choć zarzuty są poważne – skasowanie dwóch kaset z filmami karate, wypranie telefonu komórkowego, przychodzenie pod szkołę, wytarcie nosa przy kolegach... - lista ciągnie się w nieskończoność, jak wpływy Matki, której dominacja nigdy się nie kończy. A jej śmierć nigdy nie jest ostateczna, o czym przekonują się bohaterowie zebrani nad szpitalnym łóżkiem, na którym leży ich unieruchomiona przez wylew rodzicielka. Mandarynki, kwiaty, słoik domowych przetworów – nawet wyrodne dzieci nie są na tyle odważne, by przyjść do nieprzytomnej Matki bez darów, bo to zapewne ona skutecznie wdrukowała im w mózg przekonanie, że nie wypada przyjść do kogoś „z gołą ręką". Tak właśnie Matka żyje w nich - przez wstyd, który czują dlatego, że nie są jak ta, która każdy problem potrafiła udźwignąć.

W spektaklu Katarzyny Deszcz scenografia okrojona została do minimum - ścianki z drewnopodobnej sklejki i kilka rekwizytów wystarczą, by zrozumieć istotę odwiecznej walki, która tym razem rozgrywa się na zabrzańskiej scenie. Muzycznym motywem przewodnim spektaklu jest piosenka „Our House" brytyjskiego zespołu Madness, w której matka - choć zmęczona - wysyła dzieci do szkoły całując je na drogę, prasuje koszule i wszystko robi na czas, właśnie dlatego, że jest matką. Schematyczne, trafnie dobrane stroje-ikony nie pozostawiają wątpliwości, czy mamy do czynienia z Matką Boską (Joanna Falkowska), Matką Wyrodną Suką (Renata Spinek) czy Matką Teresą od Kotów (Marian Wiśniewski). Zresztą pod jednym względem nie ma między nimi różnicy – migdałki ich dziecka zawsze będą dla nich ważniejsze niż wszystko inne.

Dla dzieci ojciec jest wielkim nieobecnym – w „Matkach" w jego imieniu do Ani, Krzyśka i Piotrka przemawia ojcowska Teczka (Marian Wiśniewski), której ekskatedralny ton sprawia, że pociechy za oczywiste przyjmują, że tata zawsze jest w pracy lub u kochanki, którą musiał sobie znaleźć, bo Matka śmierdziała skwaśniałym mlekiem i przez cały rok chodziła w tym samym szlafroku. Tu zastosowany w spektaklu zabieg okazał się bliski życia. Przez setki lat obecność matki była dotkliwie namacalna, podczas gdy ojciec przebywał w domu w postaci zapośredniczonej, objawiał się dzieciom poprzez swoje codzienne rekwizytorium, do którego należały okulary, stojące w korytarzu buty, leżące na stole gazety i inne drobiazgi. Przeciw ojcu nie ma się jak buntować, bo po pierwsze on buntu nie toleruje, on buntem się nie przejmie, a po drugie – zazwyczaj o nim nie wie, bo w domu bywa z rzadka. Ojciec nie jest więc dobrym tematem sztuki, nie jest tematem w ogóle, bo ojca nie ma i nie będzie. I kropka.

W tekście Rowickiego psychologia postaci została okrojona do minimum – bohaterowie narysowani są grubą kreską, nie przechodzą wielkiej, wewnętrznej przemiany, a niektórym żartom brak subtelności i lekkości. Jednak należy pamiętać, że mamy do czynienia z tekstem komediowym, którego nadrzędnym celem jest rozbawienie publiki. Przy takim założeniu nawet radosna nadekspresja zabrzańskich aktorów staje się atutem, wpisując się w przyjętą konwencję. Zastosowane skróty i uproszenia pozwalają na utrzymanie dynamiki przedstawienia, co w przypadku komedii jest sprawą szczególnie istotną. Spektakl zamyka metaforyczna scena, w której ubrana w białą kreację, górująca nad otoczeniem matka-diwa wyśpiewuje nieśmiertelny przebój Violetty Villas („List do matki" oczywiście), a dzieci owijają się w tren jej sukni, odzyskując utracone poczucie bezpieczeństwa. Słowem – świat się nie zawalił, matka została zrehabilitowana, a dzieci zrozumiały, że „nie ma jak u mamy". Jeśli przy tym udało się kogoś rozbawić, przedsięwzięcie uznać można za udane.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Katowice
17 września 2013
Portrety
Katarzyna Deszcz

Książka tygodnia

Bauhaus - nauczanie/nowy człowiek
Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego
red. Małgorzata Leyko

Trailer tygodnia