Dziennikarska sensacja i Abraham

7. Festiwal Gorzkie Żale - "Wyznawca" - reż. Natalia Korczakowska - Teatr Studio w Warszawie

VII interdyscyplinarny festiwal wielkopostny, Gorzkie Żale/Nowe Epifanie, który rozpoczął się 10 lutego w Środę Popielcową i potrwa do 20 marca 2016, to kolejna próba refleksji nad podstawowymi pytaniami filozofii, teologii i kultury, ukazanymi przez pryzmat sztuki.

Co roku organizatorzy zapraszają na debaty, spotkania z tradycyjnym teatrem oraz nowoczesnymi formami scenicznymi, literaturą, filmem czy muzyką, ale za każdym razem wybierają inne hasło i motyw przewodni. Ideą tegorocznej edycji jest "ukazanie duchowego bogactwa naszej kultury poprzez skrzyżowanie wielowątkowej opowieści różnych artystów o zagubieniu człowieka, o skutkach podejmowanych przez nas decyzji i o sile wolnej woli". Cykl teatralny, w ramach którego obejrzymy adaptacje wykorzystujące religijne utwory staropolskie, w subiektywny sposób "przefiltrowane" przez pryzmat współczesności, otworzył spektakl Natalii Korczakowskiej pod tytułem "Wyznawca", oparty na prawdziwej historii Daniela "Dan" Burrosa, sekretarza Amerykańskiej Partii Nazistowskiej. Jak przyznaje autorka scenariusza i inscenizacji, oprócz filmu "Fanatyk" równie istotnym punktem wyjścia dla jej pracy był dialog pasyjny "O ofiarowaniu Izaaka".

W 1965 roku, w Nowym Jorku, na zgromadzeniu Ku-Klux-Klanu został aresztowany pewien mężczyzna, młody Żyd, członek Amerykańskiej Partii Nazistowskiej. Gdy dziennikarz gazety New York Times, John McCandlish Phillips, naświetlił sprawę i opublikował artykuł opisujący pochodzenie Daniela, mężczyzna popełnił samobójstwo, zgodnie z tym, co zapowiedział reporterowi. Historię wykorzystał reżyser Henry Bean i w swym filmie (mocno tendencyjnym zresztą) "Fanatyk" opowiedział o Żydzie, który odrzucił religię przodków, stał się antysemitą i neonazistą. Wszystko pięknie, materiał na dziennikarską sensację idealny, ale czy można go uczynić podstawą poważnych dyskusji na temat religii, wolności, poszukiwania własnej tożsamości? Szczerze mówiąc, niezależnie od tego, czy ktoś jest wierzący czy nie, szybko dostrzeże, że dylematy Daniela są wytworami chorego umysłu, zwichrowanej psychiki. Wychowany w wolnej, bogatej Ameryce młodzieniec, z udokumentowanymi zaburzeniami zachowania, który nie przeżył ani wojennej katastrofy, ani żadnej poważnej tragedii, w dzieciństwie podobnież cierpiał z powodu braku miłości i dokuczliwości kolegów. Pytanie, czy to może prowadzić do głębokich rozważań dotyczących racji religijnych, rodzić takie rozdarcie, konflikt wewnętrzny, by w końcu stać się usprawiedliwieniem dla faszyzujących poglądów? Uważam, że psychologiczne rozterki bohatera są mocno wydumane, a dramat niestabilnego emocjonalnie, psychopatycznego Daniela nie ma racjonalnego uzasadnienia.

Spektakl zrealizowano z duży rozmachem, wykorzystując możliwości dużej sceny Teatru Studio. Projekcje video, które przygotowali twórcy, nie są oczywiście czymś nowym, jednak elementem zgoła odmiennym i zaskakującym jest instalacja muzyczna współczesnego niemieckiego kompozytora Aloisa Spätha. Mini opera "Ofiarowanie Izaaka", w formie filmu, wpleciona została w spektakl. Po co? Jak wyjaśnia Natalia Korczakowska - "Daniel ma obsesję na punkcie historii Abrahama i Izaaka. Zauważa, że wszystkie trzy wielkie religie monoteistyczne oparte są na tym, że ojciec chce oddać w ofierze swojego syna. To jest jedno ze źródeł jego zwątpienia, ponieważ uważa, że nie można niczego dobrego zbudować na traumie". I właśnie ten element, rzekoma ślepa wiara, zgoda na bierność, której przykładem jest Abraham, popycha bohatera do konkretnych zachowań. Zdaniem Daniela Bóg, żądając od Abrahama tak niezwykle trudnego dowodu posłuszeństwa, jest okrutny i bezwzględny. W miarę upływu czasu początkowy bunt młodego Żyda przeradza się w nienawiść, prowadzi do odrzucenia wszystkich nakazów Tory, a ostatecznie czyni go skrajnym antysemitą.

Muszę przyznać, że spektakl wprawił mnie przede wszystkim w zdumienie. Spodziewałam się przedstawienia kontrowersyjnego, bowiem sama pani reżyser podkreśla, iż jest osobą niewierzącą, krytycznie nastawioną do religii. "To jednak nie oznacza z założenia negatywnego podejścia do sprawy. Nie chciałam tego bagatelizować, tylko podejść do tego z największym szacunkiem, jaki jest możliwy" - dodaje. Oczekiwałam głosu uzasadnionego, wnoszącego coś istotnego do dyskusji o wolności, fanatyzmie, o zagrożeniu odradzającym się faszyzmem. Mamy natomiast taki oto przekaz - biedny faszysta, głoszący swe rasistowskie, radykalne poglądy na eleganckich przyjęciach, zostaje skrzywdzony przez reportera, dla którego wiara i religia stanowią podstawę głoszonego światopoglądu i co za tym idzie - dziennikarskiej pracy. Młody nazista, inteligentny, z mocno skrzywioną psychiką, kipiący nienawiścią do słabszych, odbiera sobie życie z powodu artykułu autorstwa tego "złego fanatyka". Wszystko to podparte trudnym dzieciństwem i... mocno okrojoną historią biblijną, dotyczącą patriarchy Abrahama, ojca wiary całego Izraela i "przyjaciela Boga". Słabo! Historia w sam raz dla dziennikarza, gorzej z wydobyciem z niej dramaturgii na potrzeby spektaklu. Abraham, jako bezwolne narzędzie w ręku Pana, prowadzi niewinnego syna Izaaka na święte miejsce Moriah, by złożyć go w ofierze - tyle dowiaduję się z muzycznej opowieści. Ten mały wycinek ze Starego Testamentu, odbity w krzywym zwierciadle chorej psychiki Daniela, ma stanowić podstawę do rozważań nad dylematami wiary? Bez wątpienia to dość płytkie odczytanie fragmentu Księgi Rodzaju, wyłuskanie jednego elementu i wałkowanie go na różne sposoby.

Trzeba przyznać, że Natalia Korczakowska do pracy nad "Wyznawcą" zaangażowała dobrych aktorów i dzięki nim całość, choć przydługa, daje się jakoś znieść. Rola dziennikarza, prowadzącego swoje prywatne śledztwo, jest chyba najlepszą w tym trzygodzinnym przedstawieniu. Wojciech Żołądkowicz, jako John - narrator, radzi sobie znakomicie z mało sympatyczną postacią. Klarownie pokazuje racje swojego bohatera i od początku do końca wiadomo, o co mu chodzi. Oprócz przedstawiciela prasy, Phillipsa, pojawiają się inni - "neofaszysta w białych rękawiczkach" (Tomasza Wygoda), salonowiec, popijający whisky i dyskutujący o nowym obliczu nazizmu, takim na miarę naszych czasów. I kobiety - o pokrętnej psychice. Kobiety zawsze "ubarwiają" rozterki bohaterów, wnoszą zmysłowość i trochę emocji. Sam główny bohater, blondyn w mundurze ze swastyką na rękawie, jest rozdwojony - grają go dwaj aktorzy, Mateusz Król i Robert Wasiewicz (pierwszy, to wspomniany już nazista, drugi - młody żydowski chłopak, wierny judaizmowi). I już kolejny raz pojawia się pytanie - skąd u Daniela to wewnętrzne rozdarcie i problemy z własną tożsamością? Proponowana przez panią reżyser interpretacja wydaje się być mocno naciągana, monologi bohaterów nużące i niespójne. W dodatku razi mnogość pustej gadaniny, brak napięcia, a całość ginie w potokach słów i w muzyce. Dużo hałasu, mało treści.

Anna Czajkowska
Teatr dla Was
18 lutego 2016

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia