Dziewczyny zza krat wiedzą, co to ból istnienia

"Nikt nie byłby mną lepiej. Koncert" - reż. Łukasz Chotkowski - Teatr Lubuski w Zielonej Górze

Prawda wypowiedziana prostymi słowami brzmi silniej i dobitniej niż nawet najpiękniej podana fikcja. Doskonale zdają sobie z tego sprawę twórcy najnowszego spektaklu Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze: Magda Fertacz dramaturg i Łukasz Chotkowski reżyser, którzy pozwolili swoim bohaterkom przemówić poprzez teatr.

"Nikt nie byłby mną lepiej. Koncert", to kompilacja osobistych przeżyć i przemyśleń sześciu więźniarek zakładu karnego w Krzywańcu. Spektakl jest wynikiem warsztatów, które Fertacz i Chotkowski przez rok prowadzili w więzieniu. Zaczynali z kilkudziesięcioma więźniarkami. Do końca wytrwało sześć najbardziej zdeterminowanych, które postanowiły uczynić swoisty coming out „sprzedając" swoją historię widzom. Są to: Ewa Kasińska, Mariola Sopel, Kasiulek, Kaśka D., Kret i Żmija. Dwie z nich są już na wolności, reszta wciąż przebywa za kratkami.

Ich historie, słyszane ze sceny, nie wzruszają, a przejmują. One same zaś nie budzą naszej sympatii, ale antypatii  również. W trakcie kolejnych monologów spod masek tych twardzielek stopniowo wyłaniają się twarze kobiet skrzywdzonych (najczęściej przez bliskich), które pewnego dnia nie wytrzymały bólu, napięcia, emocji i zła jakie wokół nich narastało i same stały się złem. Powoli staczały się na dno ludzkich zachowań. Nikt nie wyciągnął do nich pomocnej dłoni. Teraz odsiadują wyroki. Za rozboje, narkotyki i prostytucję... Nawet za zabójstwa. Jak twierdzą – nie zawsze żałują swojej przeszłości. Nie chciałyby inaczej przeżyć swojej przeszłości. Pozwalamy im opowiedzieć o tym, co zrobiły i dlaczego, choć całej prawdy zapewne nie poznamy nigdy.

Ale nie tylko o prawdę tutaj chodzi, lecz także o możliwość przeżycia nowego doświadczenia, które jest udziałem zarówno autorek jak i przybyłych do teatru nie zawsze świadomych i przygotowanych na takie przeżycia widzów. One, mają niepowtarzalną okazję uchylić rąbka tajemnicy swojego losu, widz, jest niespodziewanym świadkiem ich spowiedzi. Nie wie, co usłyszy i czy będzie w stanie to zaakceptować. Niepewnie wsłuchuje się w płynące ze sceny słowa, które zawierają złość, żal, nienawiść i gorycz. Uderzające jest, że owe emocje więźniarki zwracają przede wszystkim w stronę najbliższych: rodziny, krewnych, przyjaciół, byłego męża. Może nie oskarżają ale tam właśnie je kierują.

Te sześć opowieści słyszanych ze sceny, to dramaturgiczny majstersztyk. Magda Fertacz, która nadała im teatralnej kwalifikacji nie ingerowała w treści, a raczej ułożyła je w dramatycznie założonym porządku. Z jednej strony są one przerażająco prawdziwe, osobiste i nieuniknionej przenikające do zdumionego tą prawdziwością odbiorcy, a z drugiej – na tyle ogólnikowe, że pozwalają twórcom spektaklu ułożyć z nich uniwersalną przypowieść o zbrodni, winie i karze. Nie jest to jednak spójny, logiczny i poukładany wywód z tezą. To raczej, jak sugeruje tytuł spektaklu, koncert, wielogłos, zespół monologów, przerywanych hałaśliwą, czasami dotkliwą muzyką.

Losy więźniarek relacjonuje czworo aktorów przebranych w suknie pochodzące z czasów elżbietańskiej Anglii: dwie aktorki i dwóch mężczyzn. Jak mówił w jednym z wywiadów reżyser Łukasz Chotkowski, kostiumy te wyrażają bezpośredni związek zebranych historii z szekspirowskimi tragediami. Narzucają ciałom sztywność, kształtują w posągowe formy, przydają szykowności, która kłóci się z otoczeniem i z tym, co owe ciała mówią. Pusta, zimna scena może budzić skojarzenia z celą. Na środku kilka poduszek do siedzenia, stolik z boku krzesło i fortepian. Obok zespół rockowy Der Father, wnikający w toczące się na scenie monologi i rozmowy. Wokalistka „wcina" się swoimi piosenkami w tok opowieści, burzy go, szatkuje, komentuje. Śpiewom towarzyszy mocne gitarowe granie. Na umieszczonym w lewym rogu tylnej ściany sceny ekranie widz może z bliska oglądać detalicznie powiększone przez obiektyw kamery dodatkowe elementy przedstawienia. Jest chaotycznie i hałaśliwie. Zaplanowany harmider. Zaprogramowana wielowątkowość.

Momentem, w którym na chw niktnbzml_cho_zie_0ilę wszystko cichnie jest scena z udziałem publiczności. Na widownię wkracza nagi aktor. Przebiega przez jeden z rzędów krzeseł, po czym kieruje blask reflektorów na publiczność. Odbywa się sondowanie widzów. Aktorzy próbują wciągnąć najodważniejszego do gry. Wybierają jednego ochotnika, który na chwilę stanie się bohaterem krótkiej psychodramy. Jest potrzebny, by jedna z więźniarek odegrała na nim scenę złości. Rozebrany aktor stoi z boku i prowokuje swą nagością. Zaproszony na scenę widz improwizuje wedle wskazówek trzeciej aktorki. Dyskomfort tej sytuacji staje się nie do zniesienia. Nie wiadomo jednak czemu służyć ma ta scena. To groźna chwila w przedstawieniu, ponieważ przekroczona została granica stanowiąca strefę bezpieczeństwa widza. Nie tyle niesmakiem spowodowanym nagością przeciskającego się pomiędzy rzędami aktora ale zabraniem prywatnej przestrzeni niezbędnej dla zapewnienia komfortu i pogwałceniem zasad funkcjonowania w teatrze.

Ale to margines i szczegół całkowicie do naprawienia. Siła, agresywność i dynamika samego tekstu z powodzeniem wystarczają, by wywoływać zmieszanie, zdziwienie, złość, smutek, a także życzliwy uśmiech.

W ostateczności podziwiamy: aktorów, twórców i pomysłodawców spektaklu. I bohaterki, choć to niezbyt fortunne słowo, tego wydarzenia. Podziwiamy je oczywiście nie za to, czego dokonały, ale za to, że odważyły się opowiedzieć o popełnionych przez siebie zbrodniach. I przyjść na premierę do teatru. A po opadnięciu kurtyny wyjść razem z twórcami spektaklu na scenę pokłonić się publiczności.

„Nikt nie byłby mną lepiej. Koncert", to niespotykane wydarzenie sceniczne. Chyba po raz pierwszy doszło do tak bezpośredniej konfrontacji najprawdziwszych emocji po obu stronach teatralnej przestrzeni. Dyrektor Robert Czechowski nieustannie eksperymentuje z teatralną materią. Nie pierwszy też raz szokuje widza niecodziennymi inicjatywami, które same w sobie niosą zdziwienie, zaskoczenie i zdumienie nieoczekiwanie wymyślonym tematem, pozornym paradoksem zestawianych sytuacji scenicznych, czy niecodziennym, inaczej ułożonym, a przynoszącym interesujące efekty podejściem do relacji – rzeczywistość, dramat, scena, aktor, widz. Po przedstawieniach w Lubuskim Teatrze, nie wychodzi się obojętnie. Czasem z uśmiechem, czasem z refleksją, czasem z niepokojem ale najczęściej z przekonaniem, że to, co zobaczyliśmy i przeżyliśmy zostało zrealizowane  w jakiejś sprawie i z myślą publiczności, bez której żaden teatr istnieć przecież nie ma powodu.

 

Marta Odziomek
Dziennik Teatralny
24 maja 2014

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia