Dzisiejszy teatr jest inny

Rozmowa z Haliną Jarczyk

Nie oczekuję teraz fajerwerków, ponieważ nauczyliśmy się żyć w czasach niepewności, ale jestem bardzo kontenta, że uprawiam zawód, który lubię. Praca w teatrze sprawia mi olbrzymią przyjemność.

Z Haliną Jarczyk - krakowską skrzypaczką, wokalistką, producentem muzycznym, realizatorem dźwięku, a od 2002 roku kierownikiem muzycznym Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie - rozmawia Beata Zwierzyńska.

Beata Zwierzyńska: Ostatni Krakowski Salon Poezji był Salonem o tyle szczególnym, że urodzinowym - „U rodziny Haliny". Czy poezja jest ważna w Pani życiu?

Halina Jarczyk: Bardzo ważna. Jestem tzw. Muzycznym Aniołem Krakowskich Salonów Poezji Anny Dymnej od bardzo dawna. Salony to wiele wspaniałych momentów w moim życiu. Człowiek sięga czasem po tomiki poetyckie, ale nie jest to nasza codzienna potrzeba. Kiedy jednak muszę sprawdzić np. jaki jest scenariusz i jaką muzykę należy dobrać do Salonu to zaczynam się w poezji „rozsiadywać". To jest niedługo będzie 700 Salon Poezji! Przez ten czas poznałam wielu poetów i dowiedziałam się o rzeczach, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Znałam też osobiście krakowskich artystów, łącznie z Leszkiem Aleksandrem Moczulskim, z którym bardzo się lubiliśmy. Oczywiście moją domeną i drogą zawodową jest muzyka, ale dzięki Salonom wiele dowiedziałam się o poezji - co bardzo mnie cieszy. Jestem purystą jeśli chodzi o język polski, cierpię z powodu zubażania go na co dzień. Kiedy ktoś mi mówi, że coś jest „mega super" to nie wiem o co chodzi.

Jacy są Pani ulubieni poeci?

- Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ jest tylu wspaniałych poetów. Uwielbiam Tuwima, Baczyńskiego, Apollinaire'a, polskich romantyków, Rilke czy sonety Petrarki. Nie umiałabym wskazać jednego. Niedawno dostałam książkę z poezją Leonarda Da Vinci. To również była bardzo interesująca lektura. Jeżeli poezja jest dobra to jest i piękna. Każdą kocham.

Jak wyglądały Pani początki w teatrze?

- Pierwszy raz trafiłam do Teatru Rozmaitości w Krakowie (obecnie Teatr „Bagatela" im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego) gdy miałam 21 lat. Miałam bardzo wybitnego brata - jazzmana i kompozytora Jana Jarczyka. Skomponował on muzykę do spektaklu „Fircyk w zalotach". Brat postanowił wrzucić mnie na głęboką wodę. Miałam uczyć aktorów śpiewać jego piosenki. To był mój pierwszy kontakt z teatrem. Kolejnym teatrem był mój obecny dom, czyli Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, gdzie zagrałam w spektaklu „Karykatury" Jana Augusta Kisielewskiego w reż. Piotra Paradowskiego. W 1969 roku otworzono telewizję w Krakowie. Tam zrealizowałam bardzo dużo programów. Mieliśmy zawodową grupę skrzypków, do której należeli m.in. Zbigniew Wodecki, Zygmunt Kaczmarski. Wtedy okazało się, że mam zdolności nie tylko do muzyki klasycznej. Z tego wynikła moja obecność w Teatrze STU w Krakowie. Poprzedni skrzypek miał problemy zdrowotne i nie mógł wybrać się w wiekszą podróż w kraje egzotyczne razem z teatrem, więc zadzwonili do mnie. Jeszcze wtedy nie czułam wagi Teatru STU, ale od początku ciągnęło mnie do tego, że odpowiadać za siebie na scenie, a nie grać w orkiestrze symfonicznej. I tak jest do dzisiaj. Materiał do spektaklu dostałam 28 czerwca, a 1 lipca już robiliśmy nagrania na Krzemionkach. Był to Spektakl „Exodus". Wyjechaliśmy na FAMĘ, a potem graliśmy przez cały miesiąc na Barbakanie. W teatrze STU zostałam jeszcze na wiele lat.

Pracowała Pani z wieloma grupami muzycznymi o bardzo różniej stylistyce. Od poetyckiej Anawy z Markiem Grechutą do heavymetalowego zespołu Turbo. Czy któryś z gatunków muzycznych był dla Pani wyzwaniem?

- To prawda, przez 8 lat pracowałam jako asystent muzyczny w studiu nagraniowym. Zajmowałam się tam różnymi nagraniami sesyjnymi. Natomiast największym wyzwaniem, którego nie zapomnę do końca życia był akustyczny koncert w Paprocanach, który zagrałam z Dżemem na 10 rocznicę śmierci Ryśka Riedla. Bałam się okropnie. Był Dżem, czyli zawodowcy w swojej drodze muzycznej i ja z zupełnie innej planety. Pojechałam do nich na próbę i dostałam kasetę z piosenkami, których miałam się nauczyć. Przed występem nie mieliśmy nawet próby. Po prostu podłączyli mi skrzypce i powiedzieli gdzie mam stanąć, a cały koncert zaczynał się ode mnie. Na początku wymyśliłam medley. Stałam boso w punktowym świetle, bo miałam taki styl, że grałam zawsze na bosaka. Usłyszałam tłum krzyczący moje imię, dookoła były światła zapalniczek. To było najwspanialsze przeżycie w mojej karierze. Wymyśliłam taki riff do „Detoxu", że nawet Jurek Styczyński mi zazdrościł! Następnym wielkim wydarzeniem dla mnie była „Królowa Nocy" z Januszem Radkiem. Do „Królowej Nocy" robiłam wszystkie aranże piosenek, w różnych stylach - i bluesowych, i rockowych. Trochę to do mnie wróciło po naszym ostatnim spektaklu „Ameri Cane", do którego również tworzyłam aranże do utworów Freda Buscaglione. Aż mi dusza rośnie, gdy o tym myślę!

Bez wątpienia jest Pani artystyczną osobowością świata kultury. W swojej pracy artystycznej spotkała pani bardzo wielu artystów najwyższej zawodowej próby. Zapewne każdy z nich miał swój wkład w wykształceniu pani „artystycznego kręgosłupa". Czy wyróżniłaby Pani któregoś z artystów na swojej drodze artystycznej?

- Było wiele wydarzeń, z których czerpałam mnóstwo satysfakcji. Niezależnie czy ja się uczyłam, czy uczyłam kogoś. Od wielu lat jestem z dwóch stron barykady. Z jednej strony jako wykonawca na scenie, a z drugiej jako ta, która pilnuje wykonawców. To jest szalenie rozwijające. Doskonale rozumiem muzyków, ponieważ sama nim jestem, ale też jako szef muszę wymagać. Akurat jeśli chodzi o Janusza Radka to ja z reżyserem Łukaszem Czujem wymyśliliśmy żeby śpiewał piosenki kobiece. Za to występ z Dżemem rzeczywiście bardzo poszerzył moją głowę. Myślę, że każdy ma wyobraźnię, ale jest ona abstrakcyjna. A ja musiałam tę wyobraźnie przełożyć na język muzyczny. Tu się zaczyna trudność.
Raz pracowałam z pianistami, między którymi była ogromna rozpiętość wiekowa. Najmłodszy Mateusz Krystian miał 25 lat, a najstarszy Leopold Kozłowski prawie 100. Jeśli miałabym kogoś wyróżnić to na pewno byłby to właśnie Leopold Kozłowski, który nauczył mnie słuchać i przekładać na muzykę stare pieśni galicyjskich Żydów. Bardzo długo razem pracowaliśmy - przy koncercie „Rodzynki z migdałami" oraz wielu nagraniach. Bez wątpienia to postać bardzo ważna w moim życiu. Być może wynika to z faktu, że moim nauczycielem gry na skrzypcach był koncertmistrz Filharmonii Krakowskiej Artur Tenenbaum, który również był pochodzenia żydowskiego. Nie uczył mnie on techniki, tylko muzyki.
Innym młodym człowiekiem, z którym uwielbiam grać jest Michał Wierba. Nieprawdopodobny talent z kręgów jazzowych. Mam też ulubionego pianistę muzyki klasycznej, wykładowcę na Akademii Muzycznej Jacka Bylicę. Razem wymyślamy np. co zagrać na kolejnym Salonie Poetyckim.

Zanim trafiła Pani do teatru była przede wszystkim muzyka. Umuzyczniona rodzina, szkoły muzyczne. Co dała Pani muzyka, a co zmienił teatr?

- Rzeczywiście, moja rodzina była bardzo muzyczna, począwszy od mojego dziadka Jana Jarczyka. U mnie w domu wisi pismo z 15 stycznia 1921 roku, które dostał z Pierwszej Dywizji Weteranów Jenerała Józefa Hallera. Na końcu napisano: „Po sprawdzeniu umiejętności Jaśnie Wielmożnego Pana Jana Jarczyka powierzamy mu ster kierownictwa orkiestry dętej". Potem mój ojciec Jan Jarczyk II prowadził orkiestrę dętą MPK jako kapelmistrz. Natomiast Jan Jarczyk III, mój brat, ukończył Szkołę Muzyczną i Liceum Muzyczne w Krakowie przy ul. Basztowej oraz studia wyższe na kompozycji. Potem wyjechał z Polski i był dziekanem wydziału jazzowego na Uniwersytecie McGil w Montrealu. I w końcu ja - Halina Jarczyk. Również skończyłam Szkołę i Liceum przy ul. Basztowej, a później Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną przy ul. Starowiślnej. Byłam kształcona w muzyce klasycznej, ale ponieważ mój brat interesował się jazzem dochodziły do mnie różne dźwięki, które nie miały nic wspólnego z klasyczną muzyką. Miałam również nauczyciela, który pozwalał mi dobierać sobie repertuar. W związku z tym oprócz koncertów Mozarta mogłam grać np. „Tańce Rumuńskie" Bartoka czy kawałek koncertu Grażyny Bacewiczówny. Kręciły mnie energetyczne utwory. Był taki profesor, który nazywał się Adam Kaczyński. Założył on w Krakowie fantastyczny, wywrotowy zespół muzyki współczesnej MW2. Występowali w nim różni aktorzy m. in. Bogusław Kierc, póżniej Mikołaj Grabowski. Członkowie zespołu organizowali happeningi, grali muzykę Bogusława Schaeffera. Trafiliśmy właśnie w ręce profesora Kaczyńskiego i założyliśmy kwartet Lobo. Razem z Lobo pojechaliśmy na konkurs muzyki współczesnej Gaudeamus w Rotterdamie, byliśmy na warsztatach w Szwecji, graliśmy najróżniejsze, dzikie kompozycje, pisali dla nas młodzi kompozytorzy. Potem powstało Stowarzyszenie Artystyczne „Muzyka Centrum", które działa do dziś z Markiem Chołoniewskim na czele. Wszyscy należeliśmy do „Muzyki Centrum" i graliśmy koncerty w „Krzysztoforach". Odkrywaliśmy Cage'a, Weberna, robiliśmy przeróżne rzeczy, włącznie z teatrem, który wychodził poza czystą muzykę. A z teatrem było tak, że zawsze chciałam w nim być. Może nawet zdawałabym do szkoły teatralnej, ale rodzice stwierdzili, że jestem za mała i potem będzie bieda, więc lepiej będzie jeżeli pójdę do szkoły muzycznej. Nie żałuję, potem teatr i tak do mnie przyszedł - całe lata spędziłam w Teatrze STU i 20 lat w Teatrze im. J. Słowackiego.

Czy coś przez ten czas zmieniło się w teatrze?

- Miałam do czynienia z tyloma wybitnymi reżyserami, że zabrakłoby papieru żeby ich wszystkich wymienić. Teatr się bardzo zmienił. Czasem nie do końca rozumiem współczesnych reżyserów, dlaczego dany spektakl wygląda tak, a nie inaczej. Moje pytanie brzmi: dlaczego? Ostatnio usłyszałam, że będzie grana „Halka" bez muzyki Moniuszki i jestem tym zdumiona. Uwielbiam muzykę Moniuszki, uważam że jest zupełnie niedoceniany. Moniuszko jest dla nas jak Verdi dla Włochów. Co prawda nasz spektakl „Ameri Cane" z poezją Charles'a Bukowskiego jest absolutnie wywrotowy, ale ciężko mi czasem zrozumieć dzisiejszy teatr. Nie wiem czy te zmiany są złe, czy dobre. Tego nie można ocenić. Czas reguluje pewne rzeczy. W teatrze również czas zweryfikuje, czy zostają dane spektakle. Dla mnie teatr to magia, dlatego nie lubię jak w teatrze pokazują mi ulicę. Ulicę mam na co dzień, a ja chciałabym żeby w teatrze była jakaś tajemnica. Dzisiejszy teatr nie jest zły lub dobry. Jest inny.

Jakie są Pani plany artystyczne na najbliższą przyszłość?

- W czerwcu chciałabym zorganizować wieczór wspomnień o Leopoldzie Kozłowskim z uczestnikami „Rodzynek z migdałami". Z moim towarzyszami z teatru planuje zagrać koncert piosenek filmowych i hitów z „Minia-tour. Muzyczne Biuro Podróży" na rynku w Alwerni. Mamy też do zagrania wspomniane „Ameri Cane", które do tej pory udało nam się zagrać tylko 3 razy. Nie oczekuję teraz fajerwerków, ponieważ nauczyliśmy się żyć w czasach niepewności, ale jestem bardzo kontenta, że uprawiam zawód, który lubię. Praca w teatrze sprawia mi olbrzymią przyjemność.

__

Halina Jarczyk - Urodzona w Krakowie w muzycznej rodzinie, siostra Jana Jarczyka. Ukończyła studia w Akademii Muzycznej w Krakowie na Wydziale Instrumentalnym w katedrze skrzypiec. Już na pierwszym roku brała udział w nagraniach dla Telewizji Polskiej. 25 lat związana była z Teatrem STU, gdzie pracowała przy przedstawieniach: „Exodus", „Sennik polski", „Operetka", „Pacjenci", „Król Ubu", „Tajna misja", „Pan Twardowski", „Kur zapiał". Przez 8 lat współpracowała jako skrzypek z Markiem Grechutą i Anawą oraz śpiewała bossa novy w zespole Combo Pikantne. Miała również okazję wystąpić z Patem Methenym w klubie Pod Jaszczurami oraz z zespołem Dżem. Została także asystentem muzycznym w istniejącym przy Teatrze STU studiu nagraniowym. Brała udział w licznych nagraniach muzyki filmowej i teatralnej. Od 1992 roku współpracuje z Janem Kantym Pawluśkiewiczem jako dyrektor artystyczny Nieszporów Ludźmierskich, Harf Papuszy, Przez tę ziemię przeszedł Pan oraz Ogrodów Jozafata, jest także producentem muzycznym jego albumów: Nowy Radosny Dzień, Consensus, Nieszpory Ludźmierskie, Harfy Papuszy. Ponadto w studiu i na scenie pracowała z wieloma wykonawcami, m.in. z: Beatą Rybotycką, Beatą Malczewską-Starowieyską, Maciejem Zembatym, Jackiem Wójcickim, Stanisławem Sojką, Grzegorzem Turnauem, Januszem Grzywaczem, Januszem Radkiem, Leopoldem Kozłowskim, a także z zespołami: Pod Budą, Wały Jagiellońskie, Maanam, Chłopcy z Placu Broni, Turbo.

Beata Zwierzyńska
Dziennik Teatralny Warszawa
30 kwietnia 2021
Portrety
Halina Jarczyk

Książka tygodnia

Czas zdrajców
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marek Krajewski

Trailer tygodnia