Elektryzujące i bolesne

"Stop the Tempo!" - reż. Jarosław Tumidajski - Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy

Kiedy sztuka się rozpędza, wali widza w łeb obuchem niewygodnej prawdy. Nie zostawia suchej nitki na świecie skoncentrowanym na zdobywaniu rzeczy, kasy i władzy, a także na nas, którzy sami sobie ten świat stworzyliśmy.

Na scenie trzy barowe krzesła. Chłopak pod ścianą (Bartosz Bulanda) pali papierosa. Naprzeciw skulona w fotelu kobieta (Joanna Gonschorek). Z klawiatury telefonu nerwowo wybiera jakiś numer i jak w transie powtarza: "gówno!". Jest i trzecia postać (Magda Skiba) - jej mała czarna i nabita ćwiekami "dermoszpanka" to sygnał, że dziewczyna wie, jak robić wrażenie i być cool. Każde z nich jakby z innej bajki, ale wspólnie tworzą trójkąt, który daje widzowi teatr elektryzujący i bolesny.

Praca, pogoń za pieniądzem, wyścig szczurów, ciągły stres i społeczny imperatyw, by odnieść sukces i być kimś. Brzmi znajomo? Nie, to nie dzisiejsza Polska, ale Rumunia sprzed blisko dekady widziana oczyma dramatopisarki i reżyserki teatralnej Gianiny Carbunariu.

Tekst "Stop the tempo!" krytyka uznała za najlepsze dzieło młodej generacji rumuńskich dramaturgów. Carbunariu, uchodząca za enfant terrible rumuńskiej sceny, przygląda się w nim mrocznym stronom postkomunistycznej rzeczywistości, mechanizmom drapieżnego kapitalizmu i wyścigowi ku nowemu światu, który choć wyobrażony jak ziemia obiecana, w istocie zabiera więcej niż może dać.

Premierowe "Stop the tempo!" to tak naprawdę drugie spotkanie trójki legnickich aktorów z dramatem rumuńskiej autorki. Tekst kilka lat temu przełożyła na język polski romanistka Radosława Jankowska-Lascar i właśnie ona zachęciła twórców spektaklu, by przenieśli go na scenę. W maju aktorzy prezentowali fragmenty sztuki w formie udramatyzowanego czytania, otwartej dla publiczności próby i dopełniającej całości etiudy scenicznej.

Czy świat oszalał?

Wówczas widzowie dostali zaledwie zapowiedź tego, co dzieje się na scenie w czasie "Stop the tempo!". Pięć miesięcy to czas wystarczający, aby projekt dojrzał, a reżyser - Jarosław Tumidajski - mógł wystawić przedstawienie, w które widz wpada trochę jak w kołowrotek z promującego spektakl plakatu. Kiedy sztuka się rozpędza, wali widza w łeb obuchem niewygodnej prawdy. Nie zostawia suchej nitki na świecie skoncentrowanym na zdobywaniu rzeczy, kasy i władzy, a także na nas, którzy sami sobie ten świat stworzyliśmy. Autorzy spektaklu nie szukają recept, nie jątrzą. Pokazują, jak jest. Niektórym świat "Stop the tempo!" wyda się być może przerysowany, dla innych będzie jednak lustrem, w którym zobaczą siebie z teraz lub niedalekiej przyszłości.

Witajcie w Space

Zaczyna się, gdy troje bohaterów dramatu spotyka się w Space, jednym z modnych bukaresztańskich klubów. On (Bartosz Bulanda) jest didżejem. Zagrał kilka koncertów i nagle świat o nim zapomniał. Dziewczyna, z którą był, zostawiła go dla innego, bo nie mogła się dłużej lansować, gdy przestał dostawać propozycje. Młoda dziewczyna (Magda Skiba) ma trzy prace. Marzy o dobrym mężu, własnym domu i psie, ale rodzina oczekuje, że będzie kobietą sukcesu. Zarobi na pralkę z bąbelkami, wielką plazmę, samochód i inne gadżety, które trzeba mieć, aby być cool. Najstarsza z nich (Joanna Gonchorek) pracuje jako copywriterka. Jej slogany reklamują wszystko: zdrową żywność, ubezpieczenia na życie, nawet środki na przeczyszczenie. Tę trójkę wolnych strzelców, samotne w tłumie atomy, łączy przypadek, wypadek i frustracja. Wściekłość na świat zewsząd atakujący sloganami: wykup abonament, wyślij SMS-a, włącz się.

Niech ktoś zatrzyma ten cyrk

Spektakl grany jest na teatralnym strychu. Pomieszczenie zaaranżowane na modny klub zdaje się kpić z własnej nazwy. W tym przypadku Space to przestrzeń niewiększa niż 30 m kw. Nie ma sceny. Widownia to fotele, krzesła, sofy i siedziska z europalet. Widzom, którzy biorą tę konwencję za dobrą monetę, pod koniec rzedną miny. Twórcy spektaklu świadomie skrócili dystans do minimum. Wejście na widownię oznacza wejście do klubu, uczestnictwo w obłędzie. To lekcja o życiu tyleż ciekawa, co bolesna, bo chociaż w sposób bezpieczny, niemal od razu zmusza do refleksji - gdzie w tym wszystkim jesteśmy?

Świat spektaklu to niewielka przestrzeń, oszczędna scenografia i trzy życiorysy. Kreślone pospiesznie, jakby fragmentaryczne, a jednak wyraziste. Każda z kreacji mogłaby posłużyć do budowy osobnego monodramu, ale aktorsko "Stop the tempo!" to bardzo zespołowe przedstawienie. I choć trudno wyróżnić w nim kogoś w sposób szczególny, nie sposób nie docenić Joanny Gonschorek. Siła jej bohaterki to już nie bunt młodości, ale doświadczenie, które w tym przypadku jest wartością dodaną.

Całości dopełnia oprawa muzyczna, którą przygotował Andrzej Janiga. Spektakl ogląda się dobrze, choć co wrażliwsze ucho może mieć problem z niewybrednym językiem tej sztuki. Aktorzy nie przebierają w słowach, ale wiadomo, że nie chodzi o bezsensowne szokowanie. To sól i mięso tego przedstawienia, bez których bezkompromisowa diagnoza Carbonariu byłaby hochsztaplerką i udawaniem. Naprawdę polecam. Tym wnerwionym, oburzonym i zdegustowanym. Buntownikom i konformistom. Wszystkim, bez wyjątków.

Katarzyna Gudzyk
Tygodnik Regionalny Konkrety
29 października 2015

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia