Emocje na chwilę

"Zmierzch długiego dnia" - reż. Krystyna Janda - Teatr Polonia w Warszawie

Czteroaktowy dramat Eugene'a O'Neilla jest bezlitośnie szczery i ponury w wywoływaniu demonów własnej egzystencji. To niemalże ekshibicjonistyczny rozrachunek autora z tym, co działo się w jego własnej rodzinie. Janda całą rzecz opowiedziała w spektaklu ponad dwugodzinnym, odrzucając to, co mogło już dzisiaj zabrzmieć mało wiarygodnie czy wręcz obco. W ten sposób udało się jej na poziomie dokonanych skrótów, rezygnacji ze stylistycznych manieryzmów i wtórności myśli, wypreparować akcję konfliktu tak, by nie zgubić całego bogactwa psychologicznych motywów w działaniach czworga głównych bohaterów, które wydobywane na wierzch są w powolnym, mozolnym odkrywaniu kolejnych tajemnic tkwiących i skrywanych głęboko w duszach i świadomości członków rodziny Tyronów.

Momentami w Polonii udaje się nawet uczynić ze "Zmierzchu długiego dnia" zajmującą rodzinną psychodramę, w której ludzi od wewnątrz toczy wzajemnie dawkowana nienawiść, zmieniająca jeden rodzinny wieczór w piekło. Niestety psychologiczny realizm działa tylko chwilami.

Nierówności aktorskie, przy rozpisanych mistrzowsko rolach, są w niektórych scenach aż nazbyt widoczne. O ile Krystynie Jandzie i Piotrowi Machalicy - choć w poszczególnych aktach nie jest to normą - udaje się stworzyć naszkicowane mocną kreską postaci, nie pozbawione wnikliwości w próbie dotarcia do sekretnych przestrzeni w duszy człowieka, to mniej satysfakcji dostarczają role synów w interpretacji Rafała Fudaleja i Michała Żurawskiego (choć ten drugi - niczym bokser walczący wściekle z całym światem - próbuje ekspresją i ostrą zmiennością przeżyć nieco wypełniać brak niuansowania psychologicznego); zupełnym nieporozumieniem wydaje się zaś niewielka rola Patrycji Szczepanowskiej (Katarzyna) pozbawiona zupełnie oryginalnego tonu.

Piotrowi Machalicy udało się wyjść poza stereotyp prowincjonalnego aktora i tyrana-ojca, któremu nie pozostało nic innego jak nieudanie handlować nieruchomościami i oszczędzać na prądzie oraz chorobie wymagającego leczenia syna. Razić jednak może zbyt duża doza zdystansowania, która powoduje pewną monotonność i jednostajność w sposobie prowadzenia roli seniora rodu, który zaprzepaścił karierę i zgubił harmonię rodzinnego szczęścia.

Najbardziej autentyczna jest bez wątpienia postać Mary Tyrone stworzona przez Krystynę Jandę. Aktorka potrafi dyskretnie wyrażać huśtawkę nastrojów matki Edmunda i Jamiego, wiarygodnie pokazać całą zmienność stanów bohaterki, od utajonego spokoju po histerię, tkliwość, cierpienie i radość, w którą przecież nie wierzy, od chorobliwego ożywienia i odpływania w narkotyczne wizje po końcowe, pełne wyciszenia zejście w ślubnej sukni i odejście w poszukiwaniu ukojenia i utraconego raju do ogrodu.

Niestety, kolejne starcie Jandy z dramaturgią O'Neilla - wcześniej zagrała w Teatrze Telewizji Abbie w "Pożądaniu w cieniu wiązów" - jest tylko połowicznym sukcesem. Bardziej zresztą aktorki, niż reżyserki spektaklu. Nie udało się bowiem pokazać na tyle przejmująco całego rozedrgania wewnętrznego towarzyszącego tłumieniu i niszczeniu uczuć, atmosfery tajemnicy i grozy, a także narastającego napięcia i rozdarcia psychicznego bohaterów, ich tragicznych powikłań rodzinnych, walki z własną naturą i samounicestwienia, by spektakl pozostał na dłużej w mojej pamięci.

Wiesław Kowalski
Teatr dla Was
28 grudnia 2012

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...