Emocjonalna jazda bez trzymanki

"Kto się boi Wirginii Woolf " - reż. Maria Spiss - Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieznie

Dwie pary, jedno mieszkanie i litry alkoholu. W takich okolicznościach widz poznaje Marthę i George'a oraz Skarbie i Nicka. Ludzi, którzy są razem, a jednak osobno. Powinni się znać, lecz nie chcą pogłębić relacji. I w końcu rywalizując na każdym kroku, obrzucają się emocjonalnym bluzgiem oraz szermierką słownych złośliwości.

Tyle na początek, a zanim będzie konkretniej, parę słów ogólnych. O tym, że "nowy" Teatr im. Aleksandra Fredry, przyzwyczaił nas w tym sezonie do tego, że każda premiera była wydarzeniem, chyba nie trzeba przypominać. Jednak czy koniec "wieńczący dzieło" okaże się tak efektowny, długo nie było wiadomo. Dopiero w maju bowiem dyrekcja placówki oficjalnie poinformowała, że udało jej się nabyć prawa do pokazania dramatu Edwarda Albee'go pt. "Kto się boi Virginii Woolf?" i to od razu w nowym tłumaczeniu zatwierdzonym przez autora oraz w wygranej rywalizacji z Warszawą i Krakowem.

To zaś co działa na plus i potwierdza uniwersalność całej historii (wystawianej przecież od lat 60. na scenach świata, a nawet zekranizowanej w 1966 roku przez Mike'a Nicholsa), to z pewnością będąca fetyszem współczesnych dramaturgów mała scena, która w Gnieźnie została stworzona po raz pierwszy i jest w istocie laboratorium aktorstwa. Na takiej przestrzeni bowiem nie da się ukryć żadnych niedociągnięć i fałszywych gestów, gdyż widz je wychwyci. Aktor zatem musi być perfekcyjny w swojej grze, ale też może czuć się swobodniej, bo znika ten cały dystans i patos towarzyszący często dużej scenie. W takiej konfrontacji zaś najlepiej, czyli kapitalnie wypada występująca gościnnie Małgorzata Łodej-Stachowiak jako Martha. Jej postać, żądna sukcesu kobieta w średnim wieku, więc "zgodnie z oryginałem" obdarzona jest silnym charakterem i perwersyjną fantazją, ale też skrywa w sobie uzależnienie od alkoholu i frustrację. Kroku zresztą dotrzymuje jej "nasz" Bogdan Ferenc jako stłamszony, ale niezahukany mąż George. Bo choć jest bardziej spokojny, to jego riposty potrafią ranić bardziej niż ostrze noża, a dawna impotencja w zrobieniu uczelnianej kariery i brak zwykłej odpowiedzialności, staje się podłożem okrutnego cynizmu. Tej ostatniej cechy za to pilnie uczy się już Nick, młody wykładowca biologii i wraz z małżonką - gość obrzucającej się inwetywami starszej pary. I chociaż w tym wcieleniu Maciej Hązła, ma swoje "momenty" (głównie słowne utarczki z George'm), to w większości gra trochę sztywno, a do tego został za mało "wykorzystany" przez reżyserkę spektaklu Marię Spiss. Jego stosunek do życia i kobiet nie jest bowiem zbyt konkretnie nakreślony, więc oprócz wskazówek George'a, które determinują jego działania, tak naprawdę widz niewiele o nim wie. Podobnie jest ze Skarbie, czyli Martyną Rozwadowską, której kwestie i zachowanie też mogło być wyraźniejsze, tym bardziej, że aktorka błysnęła swym talentem w "Szpaku Fryderyku". Innymi słowy, młodsza para chowa się w cieniu starszej.

A co w takim razie o bohaterach mówi ich historia? Mamy zatem rzecz o związkach w rozpadzie i pustce wypełnionej pretensjami, bo przecież każda ze stron chce się usprawiedliwić. I już nawet nie atomizację społeczeństwa, lecz ludzkich par. W dodatku ten brak porozumienia podlany jest alkoholem, który jak wiadomo dodaje odwagi i "rozplątuje języki". Używka więc staje się "katalizatorem" brutalnej terapii poprzedzonej emocjonalną jazdą bez trzymanki, czyli wzajemnym "dogadywaniem". Można nawet uznać, że to w pewien sposób wyzwala bohaterów, bo w końcu są wobec siebie szczerzy. Choć z drugiej strony, kiedy po inscenizacji kolega mówi mi, że podobnie zachowują się po "spożyciu" jego rodzice - trudno nie dojść do wniosku, że człowiek nie potrzebuje piekła, bo potrafi je sobie stworzyć sam. Natomiast ważne są też jego powody, a te dyktuje wybujała ambicja, konsumpcja i władza. Tylko jakoś nie do końca pasuje tu uczelniane środowisko, które dziś nie tylko w Polsce nie przynosi wielkich pieniędzy ani prestiżu. Lepiej więc te realia trzeba było zastąpić "korporacyjnymi standardami", gdzie bardziej do szydery nadaje się obraz George'a nieudacznika, który nie potrafił wykorzystać sprzyjających okoliczności (Marthy, córki rektora) by sięgnąć po wyższe stanowisko, a teraz ma na swojej drodze młodego wilczka Nicka. Ponadto szkoda, że pragnienia kobiet zostają zamknięte w dusznej i konserwatywnej narracji o macierzyństwie. Fantazmatycznej wierze w to, że dziecko (dla Marthy wymyślone lub to które straciła wiele lat temu, a dla Skarbie takie, którego nie chce i być może nawet zrobiła aborcję?) uleczy wszelkie spory i relacje z partnerem. Tak jakby ludzie mający dzieci nigdy się nie kłócili, a wcześniej nie potrafili kochać, przyjaźnić się lub zgadzać bez potomstwa. Trochę naiwne to, ale może prawdziwe, skoro już nie tylko nie umiemy tworzyć społeczeństwa, ale nawet zgodnych tandemów...

Kamila Kasprzak
Przemiany na Szlaku Piastowskim
21 czerwca 2014

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia