Esencja baletowej zabawy

"Don Kichot" - reż. Henryk Konwiński - Opera Śląska w Bytomiu

Balet Opery Śląskiej w Bytomiu po całkowitym niemal odświeżeniu i wzmocnieniu swojego składu osobowego może się poszczycić drugą już (po "Szeherezadzie" i "Medei" w choreografii Roberta Bondary) udaną premierą baletową.

Nowi, młodzi tancerze, pełni zapału do pracy i chęci "wytańczenia się" otrzymali spektakl barwny, widowiskowy, wymagający od nich nie tylko wirtuozerii technicznej, lecz także umiejętności budowania wyrazistych, stylowych postaci. Podołali temu zadaniu w sposób niemal znakomity, a przede wszystkim tchnęli życie w liczne scenki rodzajowe, które często decydują o powodzeniu "Don Kichota" u publiczności. W przedstawieniu przygotowanym (ponownie po szesnastu latach, można je więc w jakiejś mierze nazwać rzeczywiście premierą) przez Henryka Konwińskiego i Lilianę Kowalską nie brakuje niczego, z czym publiczność zwykła kojarzyć ten tytuł. Jest taneczny popis na granicy akrobatyki, wszystkie ikoniczne pas, żywiołowość i humor, a także słoneczna i chwytliwa muzyka Minkusa w dobrych tempach zagrana przez orkiestrę pod batutą Arifa Dadasheva.

"Don Kichot" w tradycyjnej wersji choreograficznej Mariusa Petipy do muzyki Ludwiga Minkusa jak może żaden inny balet doskonale łączy pierwiastek komiczny z klasycznym popisem technicznym wyśrubowanym do granic możliwości. I tak należy go wystawiać oraz tańczyć, w tym jest jego esencja. Głównymi bohaterami nie są tu postaci wzniosłe czy romantyczne, książęta i zaczarowane księżniczki, ale wesoły, acz ubogi cyrulik Basilio i córka karczmarza Kitri.

Towarzyszy im galeria postaci: od Gamacha, bogatego fajtłapowatego zalotnika Kitri poczynając, na pełnym temperamentu torreadorze Espadzie skończywszy. Wśród nich pojawia się także tytułowy Don Kichot i jego giermek Sancho Pansa, którzy w swej wędrówce pełnej przygód trafiają na zakochaną parę. Rycerz Smętnego Oblicza jest tu jednak postacią zdecydowanie drugoplanową, aktorską, nie tańczoną, a jego sprawczość objawia się tylko w dwóch momentach: gdy, używając argumentu siły, przekonuje ojca Kitri do pobłogosławienia jej związku z rzekomo umierającym Basiliem, oraz gdy potłuczony po walce w wiatrakiem zasypia. Dzięki temu twórcy baletu mogli wprowadzić do niego klasyczny "biały akt", rozgrywający się we śnie Don Kichota, pełen driad i amorków, wśród których Rycerz dostrzega swoją Dulcyneę.

Poza tą sceną balet skrzy się od tańców i melodii stylizowanych na hiszpańskie i cygańskie, ogniste, namiętne lub nostalgiczne. Każda postać dostała też swoje pięć minut, by zaistnieć w świadomości widza: przyjaciółki Kitri mają wariacje w finale, torreador i jego dwie partnerki: Tancerka Uliczna i Mercedes także, do popisowych epizodów należą tańce Królowej Driad i Amorka, taniec cygański i inne. Wszystko to znalazło swoje miejsce w bytomskiej realizacji, choć na malutkiej scenie Opery Śląskiej dziesięcioro tancerzy to. już tłum, a solistka nie może wykonać bezpiecznie więcej niż dwa skoki szpagatowe (grand jęte) po przekątnej sceny. Za to wszyscy soliści nie tylko sumiennie, ale i z niezbędną wirtuozerią wykonali piruety i podnoszenia, m.in. słynie finałowe pas de deux głównych bohaterów, często wykonywane podczas gal baletowych.

Scenografia i kostiumy projektu Ireneusza Domagały odrobinę się wprawdzie miejscami zestarzały w swojej rozbuchanej, kolorowej, niemal jarmarcznej estetyce hiszpańskich wachlarzy i połyskliwych materiałów, ale akurat w "Don Kichocie" nie razi to aż tak bardzo. Czasem również w choreografii pojawia się przesyt i, niezamierzony zapewne, bałagan, gdy Henryk Konwiński, dbając o wypełnienie przestrzeni za plecami solistów, dodaje kolejne plany. Jest to wprawdzie imponujące, ale nie zawsze dobrze się sprawdza, co było zauważalne głównie w pierwszym akcie. Nie wszystkie też pozy w tańcach hiszpańskich były stylistycznie trafione (zwłaszcza w układach dla torreadorów), ale żarliwość wykonania pozwalała zapomnieć o tego typu mankamentach. Zdecydowanie udanym zabiegiem jest natomiast dodanie na początku drugiego aktu intymnego duetu miłosnego Kitri i Basilia, rozegranego niemal na samym proscenium i opartego przede wszystkim na pozach i podnoszeniach.

Przy tych zaletach wrażenie nie byłoby jednak tak dodatnie, gdyby nie wykonawcy głównych partii. Na scenie króluje Michalina Drozdowska jako rezolutna Kitri. Zachwyca linią ciała w skokach, ale równie dobrze radzi sobie w popisowych piruetach i nawet jeśli jeszcze nie wszystko wychodzi jej w stu procentach, w pamięci pozostaje wrażenie niezwykle udanej kreacji scenicznej. Partneruje jej z prawdziwą wirtuozerią pochodzący z Brazylii Douglas De Oliveira Ferreira. Tancerz o świetnej prezencji, silny i o dobrym przygotowaniu technicznym czasami dawał się trochę ponieść temperamentowi, tracił więc na precyzji wykończenia skoku czy pozy, ale też stworzył postać Basilia ze wszystkimi smaczkami interpretacyjnymi, włącznie z komicznie odegraną sceną rzekomego samobójstwa. Niesamowitym skokiem i wyrazistą interpretacją wyróżniał się także Keisuke Komori jako Espada, a Ai Okuno świetnie wypadła, odtwarzając w jednym akcie Tancerkę Uliczną, w drugim zaś wcielając się w Królową Driad.

Piękną interpretację tańca Mercedes z chustą dała Ellen Bremer, rozkosznym Amorkiem była Kurara Ushizaka. Wreszcie kontrastowa para Don Kichot i Sancho Pansa poprowadzona została odmiennie od większości inscenizacji. Smętny Rycerz (Daniil Alexandrov) był bardzo uduchowiony, wręcz nieobecny, za to Sancho (Wojciech Paczyński) - niezadowolony, ale pogodzony ze swoim losem giermek - w towarzystwie pięknych Hiszpanek ożywiał się do tego stopnia, że fikał salta i kozły, a swoją mimiką wywoływał szczery śmiech widowni.

Zabawa i zachwyt to idealny konglomerat wrażeń, jakie powinno się wynosić z baletowego "Don Kichota", i bytomski spektakl to gwarantuje.

Katarzyna Gardzina-Kubała
Ruch Muzyczny
31 maja 2019

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia