Esencja Viana

Dada von Bzdülöw - "Czerwona trawa" - 13. Międzynarodowe Spotkania Teatrów Tańca

Gdański Teatr Dada von Bzdülöw w spektaklu "Czerwona trawa" przeniósł nas do świata powieści Borisa Viana pod tym samym tytułem. Czy warto było z nimi ruszać w tę podróż?

Chociaż „Czerwona trawa” powstała z inspiracji książką Viana, to dalece wymyka się pojęciu inscenizacji znanemu z teatru dramatycznego. Utwór został całkowicie przystosowany do środków wyrazu, jakimi dysponuje taniec. Nie znajdziemy w spektaklu odtwarzanego scena po scenie porządku fabularnego powieści, a tylko kilka, zaczerpniętych z niej i potraktowanych z dużą swobodą, zdarzeń. Taneczne sekwencje odpowiadają m.in. budowaniu przez mężczyzn maszyny, czy spontanicznie zorganizowanej imprezie z tańcami. To subiektywny wybór sytuacji, które zdaniem artystów najlepiej oddają istotę Vianowskiej narracji. Według mnie jak najbardziej trafiony.

Tancerze rezygnują z użycia słowa, ale ruch nie jest tu przecież jego prostym zamiennikiem, jak w kalamburach czy pantomimie. Taniec pozwala im wyrazić te treści i wrażenia, które pozostawiła w nich na trwałe lektura „Czerwonej trawy”. Nieprzewidywalność językowych skojarzeń autora zastępuje więc nieobliczalność posunięć aktorów. Jedyną ustną wypowiedź słyszymy w video-przemowie powieściowego mera miasta (w tej roli gościnnie Cezary Rybiński). I choć odczyt sam w sobie jest zabawny, to sądzę, że ta część spektaklu może dla odbiorcy nieznającego tekstu Viana pozostawać bez większego związku z tym, co zobaczył na scenie.

Tym, co przenika relacje między wszystkimi niemal postaciami, jest erotyka. W jej krąg tancerze włączają nawet reprezentantkę publiczności, która staje się na moment obiektem adoracji dwóch bohaterów (Leszek Bzdyl, Radek Hewelt). Sfera intymności wkracza do spektaklu zrazu tylko lekko zaznaczona niby-przypadkowym splotem ciał, to znów jawna i zamierzona w pocałunkach. Dotyczy zarówno łatwo zmiennych układów damsko-męskich, jak i par tworzonych w obrębie jednej płci. Artyści ani razu nie przekraczają granicy dobrego smaku – o co łatwo, poruszając się w tej tematyce, nie silą się też na kontrowersje. Seksualność traktuje się tu jako naturalny element życia, oczywisty i niezbywalny, a zarazem podnoszący jego atrakcyjność. Potwierdzają to choćby niekończące się wymiany uśmiechów między postaciami.  

Na scenie panuje nastrój bliski sielankowemu i ta beztroska radość udziela się również publiczności. Zwłaszcza w scenie, gdy męscy bohaterowie kończą swój wyścig, sami jakby zaskoczeni tym faktem, na… widowni. Zaczynają się kręcić po sali czegoś szukać i – dosłownie! – stają na głowie, żeby to znaleźć (tuż przed twarzami zdziwionych widzów). Ostatecznie, pośród ogólnego chichotu trafiają na czerwoną sukienkę, którą nałożą wspomnianej już wybrance z publiczności. Tym samym skutecznie odwracają uwagę od partnerek, które nadal tańczą na scenie, nic sobie z braku mężczyzn nie robiąc (łagodna kobiecość i wdzięk w czystej postaci: Katarzyna Chmielewska, Ula Zerek plus rozbrajająca i rozrabiająca Tatiana Kamieniecka).

Swoboda zachowań, brak skrępowania, bliski kontakt postaci – to wszystko elementy dobrej zabawy, ale posunięte o krok za daleko generują napięcia między bohaterami. Wprowadzają niepokój, zaburzają widziane wcześniej obrazy harmonii. Choć całość sprawia wrażenie urokliwej zmysłowej zabawy, to tkwi w niej jakieś ziarno goryczy, którego pochodzenie ciężko wskazać.

Muzyka Mikołaja Trzaski bezbłędnie wydobywa klimat poszczególnych scen. Beztroskiej zabawie towarzyszy regularnie pulsująca elektronika, która ze wzrostem napięcia zostaje wyparta przez jazz. Gdy sięga ono najwyższego poziomu, dźwięki rozjeżdżają się, tworząc jazgotliwy dysonans. Oprawa muzyczna spektaklu trafiła w mój gust, ale sądzę, że w uznaniu dla jej autora nie jestem odosobniona.

W spektaklu z wyczuciem dozowana jest prowokacja, nonszalancja i humor – również autoironiczny. Dystans pomiędzy aktorem a widzem zmniejsza się w skutek bezpretensjonalnych zachowań tancerzy. Ale jeszcze nie na tyle, by ktokolwiek odważył się dołączyć do tańczących – z rozmów po spektaklu wiem, że nie tylko ja miałam na to chęć. A gromkie brawa dla zespołu Dada von Bzdülöw potwierdzają, że wspólną wycieczkę po odrealnionym świecie należy uznać za udaną.

Kaśka Piwońska
5 ściana
20 listopada 2009

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia