Fabryka nudy

"Brygada szlifierza Karhana" - reżyseria: Remigiusz Brzyk - Teatr Nowy w Łodzi

"Brygada szlifierza Karhana" w Teatrze Nowym w Łodzi to próba nawiązania do premiery, która odbyła się w tym teatrze 59 lat wcześniej. Wystawiany przez Kazimierza Dejmka produkcyjniak zostaje w najnowszym spektaklu Remigiusza Brzyka wzięty w cudzysłów, powstaje jednak pytanie: po co dziś wystawiać ten tekst? Twórcy zaznaczyli, że nie jest to parodia, ani pastisz tamtego spektaklu. Czym zatem jest łódzkie przedstawienie?

Spektakl otwiera monolog aktora-postaci, która z dejkowskiego spektaklu została skreślona przed premierą - nasuwa to skojarzenia z monologami bohaterów filmu „Ucieczka z kina Wolność” Wojciecha Marczewskiego, które zostały wykreślone przez cenzora, jednak żyją gdzieś w bezczasie, zapomniane i gotowe do upomnienia się o swoje racje. W tym spektaklu aktor-narrator przedstawia kolegów, których 59 lat temu publiczność mogła oglądać na deskach sceny. Tekturowe postaci (zdjęcia aktorów z dejmkowskiej inscenizacji) tworzą gąszcz reliktów minionej epoki. Chwilę później na scenie zjawiają się ich współczesne odpowiedniki, które maszerują mechanicznie, wyznaczając monotonny, zmechanizowany rytm spektaklu. Rytm fabrycznej rzeczywistości, ponieważ w fabryce Sokołowa produkującej motory Diesla prawie każdy z pracowników wyrabia 300 % normy aby nadrobić straty i dorównać maszynie, która zepsuła się w najmniej odpowiednim momencie. Nawiązanie do charakterystycznego dla współczesności wyścigu szczurów, czy pozbawiony głębi cytat z przeszłości?  

W przedstawieniu zastosowano szereg zabiegów mających uatrakcyjnić odbiór tekstu, który sam w sobie nie stanowi interesującego dzieła literackiego. Początek spektaklu, czyli wspomniany monolog, oglądamy na kilku telewizorach - to transmisja na żywo, aktor chodzi bowiem po teatralnym korytarzu. Nim pojawi się na scenie, zdąży przedstawić wszystkich bohaterów spektaklu oraz wyrazić oburzenie dotyczące zakazu palenia w teatrze, wymysłu naszych czasów. Postaci przemaszerowują przed nami wojskowym krokiem by chwilę potem zagłębić się w problemach swojej codzienności - trzeba więcej pracować, lepiej szlifować, szybciej działać, eliminować zwroty i niedoróbki. Scena, w której długo oczekiwana szlifierka bezkłowa wypluwa z siebie setki śrubek, a para bohaterów stoi pod ścianą sycąc się metalicznym deszczem, robi spore wrażenie. Śrubki z chrzęstem uderzają o podłogę - trwa to na tyle długo, by dać się unieść rytmowi i obserwować ekstazę bohaterów, którzy działanie maszyny traktują niemalże jak wydarzenie mistyczne.  

Takich momentów jest jednak w spektaklu niewiele. Dwie rywalizujące ze sobą brygady w pośpiechu realizują plan - aktorzy wbiegają na scenę z metalowymi wiadrami pełnym śrubek, które wysypują wprost na podłogę. Brak tu jednak wyszukanej wizualnej metafory, brak głębi. Mechaniczny rytm i powtarzalność, które początkowo wydawały się interesującym zabiegiem, kluczem do inscenizacji tekstu, po dłuższej chwili zaczynają nudzić. Nasuwa się pytanie - po co reżyser wystawił we współczesnym teatrze tekst tak głęboko zakorzeniony w innej rzeczywistości? Produkcyjniak bez drugiego dna, bez głębi, żadnym sposobem nie chce nabrać nowych znaczeń na scenie - nie dostrzegamy tu uniwersalnych problemów, metafizycznych przeżyć, ponadczasowych prawd. Realizowanie spektaklu dla samej chęci nawiązania do elementu historii teatru jest zabiegiem nie tyleż chybionym, co zupełnie niepotrzebnym. Trudno dorabiać ideologię do czegoś, co z założenia razi swym konkretem i topornością.  

Atutem spektaklu jest wysoki poziom gry aktorskiej oraz wspaniała warstwa muzyczna, która wyznacza rytm, będący najistotniejszym elementem spektaklu. Pomimo tego trudno zgodzić się z opinią dyrektora Zbigniewa Brzozy, który powiedział, że „po lekturze tego tekstu, wraz z reżyserem zdali sobie sprawę, że jest to tekst, przez który można czytać i współczesność”. Może i można, tylko czy naprawdę warto robić coś na siłę?  

Jeśli potraktujemy spektakl jako próbę przypomnienia widzom czasów powstania Teatru Nowego, można go uznać za ciekawy eksperyment. Jednak oceniając go jako swoiste, odrębne teatralne dzieło trzeba przyznać, że wypada dość blado. Nie pomogło rozszerzenie przestrzeni na teatralne korytarze (Brzyk stosował podobne zabiegi, lecz na większą skalę, w „Juliszu Cezarze” zrealizowanym w Teatrze Polskim we Wrocławiu), ani kilka pomysłowych rozwiązań. Cóż, w teatrze jak w fabryce - z kiepskiego tworzywa nie sposób stworzyć czegoś naprawdę wielkiego.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Łódź
30 marca 2009

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

12. Festiwal Sztuk Alt...
Paweł Wrona
Odkrywanie świata sztuk alternatywnyc...