Falstaff budzi sympatię

"Falstaff" - reż. Maciej Prus - Opera Nova w Bydgoszczy

Ostatnia opera Giuseppego Verdiego to arcydzieło kompozytorskiego mistrzostwa i muzycznego humoru. To jednak dzieło bardzo trudne: wymaga od wykonawców koronkowej wręcz precyzji i nie znosi niedokładności. Podziwiać wypada więc odwagę kierownictwa i zespołu Opery Nova, która zechciała włączyć Falstaffa do repertuaru.

Od strony muzyczno-wokalnej rzecz wypadła bardzo dobrze. Dyrygujący przedstawieniem Piotr Wajrak pomyślnie radził sobie z finezyjnymi niuansami partytury Verdiego, jakkolwiek niektóre epizody rysowały się pod jego batutą zbyt grubą kreską. Z przyjemnością słuchało się większości solistów, a zwłaszcza kreującego wieloznaczną tytułową rolę barytona Łukasza Golińskiego, w którego osobie chciałoby się jednak oglądać bardziej wyrazisty charakter. Godnym jego partnerem okazał się Sławomir Kowalewski jako pan Ford, podejrzewający żonę o chęć przyprawienia mu rogów z Falstaffem. Brawurowy duet obu barytonów w drugim akcie i następujący po nim kapitalny monolog Forda to z pewnością najświetniejsze epizody przedstawienia. W pozostałym gronie uczestników spektaklu wyróżniały się przede wszystkim panie: Magdalena Polkowska (jako udająca gorące uczucie do Falstaffa Alicja Ford), Aleksandra Wiwała (jako jej córka Nanetta) oraz Małgorzata Ratajczak (w roli wszędobylskiej i sprytnej pani Quickly).

Do nadania operze Verdiego sugestywnego scenicznego kształtu zaproszono doświadczonego reżysera Macieja Prusa. Przy współpracy scenografki Jagny Janickiej postanowił on rozegrać całą historię na dwóch poziomych płaszczyznach (górna była ruchoma), ograniczając dekoracje do ascetycznego minimum. Na pustej scenie pojawiło się jedynie kilka niezbędnych rekwizytów, a w finałowej odsłonie tajemniczy las w windsorskim parku symbolizowało pojedyncze bezlistne drzewo. Na tym tle akcja kolejnych obrazów biegła w dobrym tempie, sprawnie i precyzyjnie, co w tej akurat operze nie jest rzeczą łatwą. Rewelacją zaś okazał się sposób potraktowania tytułowego bohatera, który w ujęciu Prusa nie jest bynajmniej łasym na miłostki, obleśnym żarłokiem i opojem (jak się go najczęściej przedstawia), lecz postacią jak najbardziej pozytywną.

Lubi, i owszem, dobrze zjeść i wypić, chętnie słyszy brzęk złotych monet (zwłaszcza gdy jego sakiewka jest pusta), wdaje się w romanse, ale wszystko to robi z wdziękiem. Jest także po trosze filozofem, o czym świadczą jego kapitalne monologi: ten o nieprzydatnym do niczego honorze w pierwszym akcie i drugi, o nikczemności otaczającego świata w akcie trzecim. Jesteśmy nawet skłonni do współczucia, kiedy w rezultacie niefortunnych miłosnych zalotów spotykają go niemiłe przygody: wrzucenie do rzeki w pełnym brudnej bielizny koszu (którą to rzekę w bydgoskim przedstawieniu zastępuje kanał orkiestrowy) oraz złośliwy atak rzekomych złych duchów leśnych.

Być może nadmierna oszczędność scenerii budzi niedosyt. Być może rola ubiegającego się o rękę Nanetty doktora Caiusa kreowana przez Jakuba Zarębskiego jest nieco przeszarżowana. Ostatecznie przyznać jednak wypada, że zespół Opery Nova wyszedł zwycięsko z tej bardzo trudnej próby.

Józef Kański
Ruch Muzyczny
2 grudnia 2017

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia