Farsa to przygoda

Rozmowa z Witoldem Mazurkiewiczem

Witold Mazurkiewicz, zanim został reżyserem, imał się różnych zawodów. U nas, w Teatrze Dramatycznym wyreżyserował "Mayday". I trafił w dziesiątkę. - Uznałem, że nie jest to - ot tak, zrealizować farsę i, że nie trzeba się tego wstydzić. Wymaga to niezwykłego skupienia, przygotowania, precyzjiCo jakiś czas mierzę się z farsami. Mamy z tego mnóstwo radości.

Z Witoldem Mazurkiewiczem, aktorem teatralnym i filmowym, reżyserem teatralnym, dyrektorem Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, rozmawia Jerzy Doroszkiewicz z miesięcznika Magnes Kurier Poranny.

Jerzy Doroszkiewicz: Te długie włosy to symbol pokolenia?

Witold Mazurkiewicz: - Już nawet nie pamiętam, ale od momentu, kiedy moja mama walczyła z moimi nauczycielami, żebym mógł te włosy nosić, do dziś - z bardzo małymi przerwami, wynikającymi głównie z ról, które grałem -takie noszę i chyba już się z nimi...położę.

Ale jakie to było pokolenie?

- Jestem rocznik 1960, czyli lata 70. XX wieku

To raczej chyba kropka koło oka. Nie było u was gitowców?

- Byli, ale w Bielsku-Białej, z której pochodzę, to był element napływowy, głównie z powodu rozbudowującej się Fabryki Samochodów Małolitrażowych, tej od "malucha". Byliśmy pokoleniem dzieci- kwiatów. Bielsko-Biała jest konserwatywna do dziś.

To kim byli rodzice, skoro mama była po pana stronie w sprawie długości włosów?

- Była nauczycielem, ale nauczycielem... oświeconym, ojciec również był nauczycielem.

Całe pana zawodowe i artystyczne życie zaczęło się od Białegostoku?

- Nie do końca. Po maturze byłem dwa sezony adeptem w Teatrze Lalek Banialuka w Bielsku-Białej. Namówiony przez pracujących tam aktorów zdałem egzamin do szkoły teatralnej w Białymstoku.

To wojsko się o pana nie upomniało?

- Złapali mnie listem gończym w garderobie Teatru im. Andersena tuż przed ukończeniem 28 lat. Wcześniej wiele rzeczy służyło jako przykrywka. Skończyłem optykę w Katowicach, protetykę dentystyczną. A czas studiów w Białymstoku wspominam bardzo ciepło.

A wykładowców?

- Żył jeszcze Jan Wilkowski, dziekanem wtedy był już Tomek Jaworski, którego bardzo ciepło wspominam. Był moim pierwszym dyrektorem po ukończeniu studiów - w teatrze w Lublinie. Do dziś mam bliskie kontakty z Waldkiem Śmigasiewiczem, który ostatnio reżyserował u mnie "Wujaszka Wanię". Zawsze podkreślam, którą szkołę kończyłem. Bardzo dużo absolwentów tej szkoły jest rozsianych po Polsce. Są i aktorami i reżyserami, i widać różnicę w ich przygotowaniu, w pewnym podejściu formalnym do zawodu.

Kiedy zdecydował się pan na studia reżyserskie w Pradze?

- Na ostatnim roku studiów w Białymstoku. Wcześniej rozmawiałem o tym z Krzysztofem Rauem. Ale nie skończyłem tych studiów. Po paru semestrach dostałem propozycję od Tomka Jaworskiego, żeby przyjechać do Lublina. I nie zachowałem czujności. 17 grudnia mam urodziny, a kilka dni wcześniej żandarmi wyprowadzili mnie z garderoby na podstawie listu gończego i pojechałem do jednostki do Szczecina. Najdalej jak było można mnie wysłać od Bielska-Białej. Potem był Gubin i 10 miesięcy jakoś minęło.

20 lat temu reżyserował pan wybitne dramaty Witolda Gombrowicza i Tadeusza Różewicza, a ostatnio komedie - to znak czasu?

- Całe życie spędziłem w "mrokach" literackich tekstów Gombrowicza, Dostojewskiego, Camusa i tak dalej, a od paru lat zacząłem reżyserować przede wszystkim musicale. To mi daje dużo radości. Odkrywam nowe tereny w rzemiośle teatralnym, w uprawianiu sztuki reżyserii. Przypadek sprawił, że reżyserowałem farsę na Sylwestra. Od wielu lat takie przedstawienia są w Bielsku-Białej bardzo popularne. Padło na farsę Camolettiego "Boeing, Boeing". Przedstawienie stało się niezwykłym przebojem kasowym. Myślę, że dla pewnej części widzów - także przebojem artystycznym. To było moje odkrycie tego gatunku, a moi młodzi aktorzy zagrali rewelacyjnie. Co roku w lokalnych plebiscytach, widzowie wybierają tę farsę spektaklem roku. Wtedy zorientowałem się, że to niezwykła przygoda, dająca mnóstwo radości, ale też cholernie wymagająca. Uznałem, że nie jest to - ot tak, zrealizować farsę i, że nie trzeba się tego wstydzić. Wymaga to niezwykłego skupienia, przygotowania, precyzji. Od tamtej pory co jakiś czas mierzę się z farsami. Mamy z tego mnóstwo radości, a i ja zmieniłem swoje poglądy.

A jaki był pana ulubiony zespół w latach 70.?

- Słuchaliśmy grupy Queen. Chodziliśmy do kolegi, który miał "Fonomastera" i słuchaliśmy.

Teraz rozumiem skąd sentyment do musicali. Freddie Mercury śpiewał praktycznie wszystko.

- To była część mojej drogi. Słuchałem też nagrań wielu musicali ze świata, z Broadwayu, z West Endu. Fascynowały mnie, bo sam... słabo śpiewam. Patrzyłem z zachwytem na ludzi śpiewających i dla mnie to coś, co podziwiam. Zająłem się reżyserią musicali dlatego, że mam w teatrze dramatycznym w Bielsku-Białej genialnie śpiewający zespół. W teatrach muzycznych zwykle realizacje musicali kładą większy nacisk na stronę muzyczną, a aktorska i reżyserska jest na drugim planie. U mnie to jest równorzędne i stąd mamy znakomite, mięsiste spektakle.

Kto wpadł na pomysł wystawienia "Mayday" w Białymstoku?

- Dyrektor teatru - Piotr Półtorak. Wiedział, że ja się tym param z radością i złożył mi taką propozycję. Proponowałem też inne tytułu, ale przystałem na propozycję gospodarza, tym bardziej, że "Mayday" wcześniej nie reżyserowałem.

To tekst często przywożony do Białegostoku jako objazdówka. która miała ściągać widzów pogodnym charakterem i nazwiskami warszawskich gwiazd.

- Fenomen "Maydaya" polega na tym, że te setki premier tego tytułu świadczą o tym, że ludzie chcą to oglądać. Przepraszam, że wracam ciągle do Bielska-Białej, ale u nas też ten tytuł został zagrany kilkaset razy. I znów pojawi się w repertuarze. Fenomen polega również na tym, że wszyscy którzy psioczą na ten rodzaj teatru, moim zdaniem, zupełnie nie mają racji. Pomijam miasta, w których jest jeden teatr, bo one musza mieć eklektyczny repertuar, ale i Teatr Polski we Wrocławiu grał i gra "Mayday" i teatr Krystyny Jandy. Ludzie chcą się śmiać i trudno z tym dyskutować.

Co zdecydowało o doborze aktorów do białostockiego "Mayday*?

- Obejrzałem sobie tu kilka spektakli i było mi blisko do właśnie takiej konfiguracji. Widziałem "Balladynę", "Królewnę śnieżkę" i "Seks nocy letniej". Z "Seksu" wybrałem Sławka Popławskiego, Bernarda Banię i Justynę Godlewską-Kruczkowską. Wypatrzyłem panią Arietę Godziszewską w dość komicznej, brawurowej roli w "Balladynie". Pan Franciszek Utko z racji aparycji, pewnej takiej szlachetności pasował mi do postaci starszego brytyjskiego inspektora policji. Marka Tyszkiewicza znam od dawna. Wiedziałem, że będę mógł z nim pracować. Nic nie zostało mi narzucone.

Sam pan dobierał muzykę? Tak, ale kierując się wskazaniem autora sztuki. To będzie "Love and Marriage". Kto pamięta czołówkę ..Świata według Bundych" od razu się uśmiechnie.

Uważam, że każde pchanie palców, w to co zrobili mistrzowie farsy, powoduje później kolejne perturbacje. Dlatego też mógł pan sam zająć się scenografią, by być oddać wymagania didaskaliów? Od wielu lat robię scenografię. Kiedy wiem bardzo precyzyjnie, co jest potrzebne, nie wymagające metafory, nie dopowiadające niczego więcej mogę się tym zająć. Tu scenografia służy akcji.

Najważniejsze to przeliczyć ilość drzwi?

- Oczywiście. I jeszcze zadbać, żeby wygodnie się otwierały i zamykały. W Białymstoku cała estetyka plastyczna jest bardzo pastelowa, użytkowa i dość geometryczna. W tym całym chaosie akcji sztuki zachowuje pewien porządek.

W każdej farsie muszą trzaskać drzwi?

- Z tymi, z którymi ja się spotykałem - tak. "Boeing, Boeing", który reżyserowałem, czy "Z twoją córką? Nigdy!" Antona Prochazki, czy ostatnio "Wszystko w rodzinie" - też Raya Cooneya, to totalna jazda po bandzie, totalny absurd i dziki, dziki śmiech na widowni.

Przed II wojną światową publiczność szturmowała kina. które grały polskie komedie, oparte właśnie na zabawnych omyłkach czy mistyfikacjach jak w przypadku "Mayday" - myśli pan. że to renesans komedii?

- Nie! Poczynając od antyku mieliśmy zapotrzebowanie na komedię, tak i teraz mamy. Obserwuję zapotrzebowanie na wszystkie gatunki teatru. Repertuar musi być taki, jakie jest społeczeństwo. Zróżnicowany. Każdy oczekuje czegoś dla siebie, a wszyscy, którzy poprzez podatki na ten teatr łożą, mają jakieś swoje oczekiwania. Chętnych do oglądania lżejszego repertuaru jest oczywiście więcej. Produkując te sztuki w sposób uczciwy, reżyserując z zaangażowaniem, z dobrze grającymi aktorami, można przyciągnąć ludzi zadowolonych z wizyty w teatrze na inne tytuły. Na teatr środka, czyli klasykę poczynając od "Nocy i dni", "Lalki" po "Makbeta" czy "Idiotę". Obejmując cztery lata temu teatr w Bielsku-Białej miałem frekwencję na poziomie 50 tysięcy widzów, w tej chwili mam 82 tysiące. Wydaje mi się, że taka strategia programowa i repertuarowa przynosi wymierne efekty. Podchodzimy do tego z całym zespołem z dużą pokorą i wsłuchujemy "co w trawie piszczy". I stąd co jakiś czas pojawiają się farsy, ale nie opuszczamy widza, który chce sztuki wysokiej. Stąd klasyka, wielka literatura światowa i coś eksperymentalnego typu "Dybuk" Passiniego czy wcześniej "Królowa Margot".

Po wschodnim pograniczu błąka się duch Wschodu Kultury, takiego festiwalu, tymczasem pan stworzył Festiwal Teatrów Europy Środkowej "Sąsiedzi" promujący współpracę artystyczną z sąsiadami Polski

- Prawdę mówiąc, nie słyszałem o Wschodzie Kultury. Raz przez 12 lat udało mi się zdobyć na ten festiwal pieniądze z programów transgranicznych. "Sąsiadów" finansowało miasto Lublin i ministerstwo. Wiem o czym pan mówi - nie był stworzony, żeby zdobywać pieniądze. Miałem potrzebę i wciąż ją mam, stworzenia festiwalu ulicznego. Nasi sąsiedzi -Ukraina, Słowacja, Czesi byli w tym swego czasu bardzo dobrzy, przez ileś tam edycji udawało mi się ściągać bardzo dobre spektakle. Potem postawiłem wielki namiot cyrkowy na głównym placu Lublina. To był znak rozpoznawczy festiwalu. Ściągaliśmy inne ciekawe, wcześniej niewidziane teatry, a wszystko pod hasłem "Cyrk w teatrze, teatr w cyrku". Po 12 latach formuła się wyczerpała, zacząłem chodzić wokół własnego ogona, a w końcu, kiedy wyjechałem do Warszawy, do Teatru Rampa, zrezygnowałem. Żeby nie robić czegoś ze szkodą dla innej działalności.

A słyszał pan o festiwalu teatralnym "Wertep". Objeżdżą właśnie z teatrami ulicznymi małe miejscowości w Podlaskiem?

- To piękna idea. Uważam, że to świetny pomysł. Podobnie jak pomysł "Teatr Polska", skądinąd idea Osterwy, który obwoził spektakle po całym kraju ma w sobie coś fantastycznego. Dociera się do miejsc, w których teatru nigdy nie było.

Jak udało się panu pogodzić obowiązki dyrektora teatru w Bielsku-Białej z reżyserowaniem w Białymstoku?

- Jestem tu na urlopie wypoczynkowym, nie wyobrażam sobie, bym pracując u siebie w teatrze, wyjeżdżał do obcego miasta robić spektakl. Jako dyrektor mam bardzo dużo zaległego urlopu. Z rodziną jestem na telefonie, szczególnie z dziećmi.

To jest pan uzależniony od reżyserii?

- To taki mój żywioł od wielu, wielu lat. Czasem zazdroszczę kolegom, którzy są na scenie. Gdyby ktoś mnie zaprosił, chętnie bym zagrał na scenie.

___

Witold Mazurkiewicz - urodzony w 1960 w Bielsku-Białej aktor i reżyser. Od 2011 roku pełnił funkcję kierownika artystycznego Sceny Kameralnej w Teatrze Rampa na Targówku. Wcześniej grał w Teatrze Andersena, współpracował z Teatrem Provisorium, był twórcą i reżyserem Kompanii Teatr. Od 2013 jest dyrektorem Teatru Polskiego w Bielsku-Białej.

Jerzy Doroszkiewicz
Kurier Poranny
29 września 2017

Książka tygodnia

ahat ilī. Siostra bogów. Sceny dramatyczne
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Olga Tokarczuk, Zbigniew Mikołejko

Trailer tygodnia

11. Międzynarodowy Fes...
Wiesław Czołpiński
To będzie twórcze spotkanie młodych l...