Fedra

"Fedra" - reż. Grzegorz Wiśniewski - Teatr Wybrzeże w Sopocie

Pani w średnim wieku, żona szefa wszystkich szefów, woli syna szefa, swojego pasierba, ale jest problem, bo on jej nie. Bogowie, zsyłając żądzę od pierwszego wejrzenia, nie włączyli opcji, że "ze wzajemnością". Mąż w delegacji - co zrobi bohaterka? Czy się nie zabije? Ponadczasowa opowieść o tym, że i bogaci potrafią być biedni.

Teatr dzieli się na zrobiony i niezrobiony. Dobrze, że chociaż tyle - że się jeszcze dzieli, że są jeszcze jakieś opcje, że nie wszystko takie samo. A co to w ogóle znaczy "spektakl niezrobiony"? To znaczy na przykład NIC Garbaczewskiego (Stary Teatr, Kraków, premiera 28 marca). Wbrew plotkom widziałem cały, tylko że nie na premierze, wtedy "nie wstrzymałem". Spektakl pełen pustki, co brzmi jak komplement albo oksymoron, ale jest smutną diagnozą. Spektakl last minute, który nie miał czasu powstać, wykonany na kolanie, nieskonstruowany, czynna dekonstrukcja, wielka czarna dziura. Faszerowany żerem dla jurorów, krytyków i teatrologów, żeby oni wymyślili znaczenie spektaklu i je przekazali umysłom mniej wzniosłym. Robią to. Biorą na siebie rolę użytecznych mędrców, mocno pokrewną roli useful idiots. "Lista inspiracji" NIC-a (jak go deklinują twórcy) jest wiele mówiąca: wiele mówi o tym, co nasz teatr artystyczny myśli sam o sobie, a myśli o sobie, że jest awangardą. W 2019 - awangardą. Po Andym Warholu, po postmodernizmie, konceptualizmie, YouTubie - awangardą. "Leśmian, Kantor i Malewicz, i duchowość Wschodu".

Poprzedni akapit tylko trochę nie na temat. "Fedra" Wiśniewskiego z Teatru Wybrzeże tym, o czym pisałem, nie jest. Właśnie tym. Nie jest chaotyczna i nie jest anachroniczna. Nie jest niezrobiona. Nie ma czasu na fuszerkę. Jest zawodowo zrobionym spektaklem, o którym awangarda 2019 (coś jak Harlem Shake 2061) powiedziałaby, gdyby obejrzała, że taki teatr "nas nie interesuje".

"Fedra" Racine'a w reżyserii Wiśniewskiego jest zgodna z tytułem, zgodna z zapowiedzią: jest inscenizacją "Fedry". Przez pierwsze pół godziny miałem podejrzenie, że ktoś się nabija. Kto dzisiaj tak robi teatr? Tak się już nie robi! Już się nie bierze klasycznego tekstu pisanego wierszem na wielkie tematy i się go nie mówi wierszem. Raczej się tak robi, że chcesz spektakl o uchodźcach i nazywasz Lady Gaga. I każda kolejna postać - jeśli masz postaci - broń Boże nie odpowiada na kwestię przedmówcy, ale niestety nie milczy: mówi, jak najbardziej, tylko nie na temat. Więc to żywcem niemożliwe, żeby "Fedra" była po prostu o Fedrze, o królowej Aten. Zaraz pewnie się okaże, że the joke is on you, a twórcy tylko udają, że traktują teatr serio, że grają klasykę. Proszę Państwa: wytrzymali. Nikt się nie zgotował. Zrobili "Fedrę" niebędącą beką z Fedry ani beką z beki. "Fedrę" o Fedrze, nie o "sytuacji kobiet", "sytuacji mężczyzn", jakiejkolwiek sytuacji. Dlatego recenzji z tego przedstawienia dałem najprostszy możliwy tytuł, tytuł-wyróżnienie.

Fedra jest Fedrą, jest Fedrą, jest Fedrą.

Dodam, że popieram, jeśli to niejasne. Recenzja jest na tak. Popieram teatr chcący być teatrem, znający swe miejsce, się niepanoszący. Teatr myślący o widzu bardziej niż o sobie: Fedra w Wybrzeżu trwa te dwie godzinki i ma w środku przerwę! Przyjaźniej się nie da i uhonorowali fakt, że wyjście na spektakl, poza artystycznym, ma też wymiar towarzyski, trzeba dać ludziom zapalić, przeczytać powiadomienia. Fedra Wiśniewskiego jest bezpiecznym przedstawieniem o tak zwanych trudnych sprawach. Lepiej tak, niż robić odważne teatry o tak zwanym niczym.

Scenografia nie przeszkadza, jest ślicznym dekorem, tłem po prostu, tełkiem (por. Kiler: "solniczką, znaczy nakrętką, sitkiem, denkiem po prostu"). Po okresie piaszczystym przyszedł na scenografa okres metalowy, rdzawy. Mirek Kaczmarek, główny dekorator wnętrz polskiego teatru, montuje postaci w bezczas, gdzie mogą przeżywać swe ponadczasowe dramy. Twierdzi w rozmowie prywatnej, że dawno odzobaczył Oresteję Klaty i jeżeli widzę jakieś podobieństwo - Grecja, ścianka, monumental - to mam mniej oczu od niego.

A propos "przeżywać": jest przeżywane. Spektakl wykonano metodą psychologiczną, grzebaniem w postaci. Katarzyna Figura (Fedra) pięknie gra to przeżywanie (pierieżywanije): najpierw jest gwiazdą w kremowej lśniącej sukience od Ricka Owensa i w okularach przeciwsłonecznych od nie wiem kogo. To lubię: gdy postaci noszą pret-a-porter od znanego projektanta, a nie najnowszą kolekcję Caritas for Roban. Lubię teatr na bogato. No więc nosi, nosi, nosi, ale powoli to od niej odpada jak tynk z Tadź Mahalu, aż jej Fedra się osuwa do poziomu rozpacz. Na końcu jest goła, gdyby ktoś się pytał! Mogą Państwo nie zauważyć: wchodzi naga w przezroczystym płaszczu, ale te cholerne reflektory odbijają od tworzywa sztucznego i nie wszystko widać. Powstaje kwestia tak zwanych wycieczek, czyli uczniów na spektaklu. Ja bym brał, brałbym. Możecie iść na moją odpowiedzialność. Powiedzcie dyrektorce, że wycieczka jest na Fredrę.

Figura gra głównie głosem, który ma po przejściach, kruchy, lecz drapieżny, nie tylko z pazurem, ale z pazurami. Głos pełen powietrza. Wkracza na scenę powoli, jakby grała teatr n, i zresztą jakby w kimonie. Dzięki spowolnieniu oraz przyciszeniu nie popada w melodramat. Jest w końcu królową Aten, a nie drama queen, czyli histeryczką. Jej Fedra, rola popisowa dla każdej aktorki, wyszła pełnokształtna i pełnoplastyczna. W grze aktorskiej kocham pauzę i Grzegorz Wiśniewski również, bo jej w "Fedrze" nadużywa. Spektaklowi się nie spieszy i spektakl nie ciśnie. Bardziej niż przebiegiem jest spacerem po dramacie. Racine pisał wierszem, tym słynnym aleksandrynem, który u nas przechodzi w jedenastozgłoskowiec. Wiersz dobrze mówiony, tak gdzieś kiedyś przeczytałem, chyba w co drugiej recenzji dramatu granego wierszem, ma brzmieć "naturalnie". Tylko, że tak powiem, po co? Tutaj naturalnie nie brzmi, lecz brzmi poetycko, artystycznie, sztucznie. Brzmi scenicznie. Ta "Fedra" nie tylko jest "Fedrą", ale jest teatrem, który jest teatrem. Ten właśnie bezpiecznik, ten rodzaj nawiasu broni korki estetyczne przed wykorkowaniem.

Hipolit z gołą klatą la Aesyklos w filmie "300: Początek imperium". Arycja gotycka: czarne hery, czarne wdzianko (skórzane opinające), a twarz cała w mące. Tezeusz, gdy wraca, ażeby zobaczyć, co tu się, kurde, odbywa, prezentuje się wyjściowo w tym płaszczu przeciwdeszczowym. Powiem hurtowo, że grają w porządku, to znaczy przekonująco.

Co poeta miał na myśli? #miłość #śmierć #zazdrość #incest #suicide #przeznaczenie #SamoGęste. Mnie pasi, bo mimo ilości i wagi kontentu czuję brak przesłania. Da się o tym wszystkim pokazać historię i nie mieć tak grubych palców, by "wyciągać wnioski". Jakie niby by być miały? Że lepiej nie zdradzać męża, a jeśli już musisz, to lepiej nie z jego synem? Że kobieta uciśniona? Jak bogowie się uwezmą, to żywemu nie przypuszczą? "Fedra jest jednostką szlachetną, głęboko odczuwającą niewłaściwość swojego uczucia i wstyd z jego powodu" (Wikipedia). Z brakiem przesłania słabo sobie radzi krytyka teatralna, widzowie chyba lepiej, bo nie mają "doszukiwania się" w obowiązkach zawodowych. Szeregowy recenzent odczuwa silną potrzebę wytłumaczenia ci, o czym jest spektakl, bo sam byś nie wiedział.

Dramat w dobrym tłumaczeniu. Antoni Libera ma w teatrze mroczną sławę, znany jest ze swoich fochów, z tendencji do zdejmowania nie swoich spektakli, jeśli dać mu tę możliwość. Jest mroczną postacią, ale utalentowaną. Talent nie musi iść w parze z sercem i ja tego nie wymagam. Przekłady Libery są czyste, klarowne, wpadające w ucho, wchodzące jak woda. Są zrozumiałe. W spiczu na bankiecie było wspominane, że tłumacz przyjedzie w maju i to będzie sprawdzian. Nie zdejmie, nie zdejmie, ale się śpieszcie oglądać spektakle.

Waka-Waka pisze, że "Fedrą" (Wiśniewski), "Trojankami" (Klata) i "Śmiercią komiwojażera" (Stępień) Teatr Wybrzeże rośnie w potęgę, wychodzi na prowadzenie, staje się główną sceną sezonu 2018-2019. No tak. Zgadzam się z przedmówcą. Życzę sobie widzieć produkcję Wybrzeża na Boskiej Komedii, bo ostatnie, co tam było, to chyba "Virginia Woolf" chyba sto lat temu. Teatrologiczna młodzieży, nie masz czego szukać w Teatrze Wybrzeże, bo tam teraz grają wielką literaturę, wielkie tematy i wielkie tragedie, rzeczy dla Was "be". Wreszcie ktoś nie robi spektakli O POLSCE. Jak ja współczuję naszym reżyserom robiącym w innych ośrodkach, że muszą o Polsce. Kiedyś robiło się o Paryżu, o Atenach, o Wenecji, a teraz - o Polsce.

Wybrzeże, jak widać, jest już na granicy i nie musi tworzyć, jak się tworzy w interiorze. Dziękuję Wybrzeżu, twórcom i odtwórcom, bo dzięki takim spektaklom wiem, po co pykam te kilometry, po co chodzę do teatru, po co o nim piszę. Otóż z potrzeby piękna, a nie z potrzeby bycia pouczanym, nudzonym lub szantażowanym.

Maciej Stroiński
Przekroj.pl
8 maja 2019

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia