Felieton (prawie) wakacyjny

Przeczytane... zasłyszane... obejrzane...

Giewont był najmłodszym synem Smoka i Magury. Postanowił zostać rycerzem, by chronić swoje liczne rodzeństwo. Potrzebowała tego przede wszystkim Osobita, jego śliczna siostra. Zalecał się do niej król Mróz, władca krain północnych. Giewont pobił okrutnie wysłanych przez niego posłów. Mróz ze swoją siostrą Zimą postanowili pozbyć się rycerza. Trzeba było użyć fortelu. Zima, pięknie ubrana, zbałamuciła go, a Mróz zamroził mu ziemię pod nogami, obalił i przykuł lodowymi łańcuchami. Giewont zasnął. Wówczas Zima, bardziej litościwa, okryła go chustą ze śnieżnych płatków. Rycerz śpi do dziś, a po przebudzeniu znowu stanie w obronie sióstr: Świnicy, Zolto, Niebieskiej, Skrajnej, Pośredniej, Zadnio, Osobitej, i braci: Hawrania, Murania, Garłucha, Krywania, Wołoszyna... Czyli Tatr!

Legend związanych z masywem Giewontu jest bez liku. O rycerzach śpiących wewnątrz góry w jednej z jaskiń, którzy na znak dany przez pradawnego władcę Tatr powstaną i przywrócą porządek na ziemi. O Kubie, juhasie, który szukając zagubionej owieczki trafił do groty pod Giewontem i spotkał owego króla i jego świtę, a ci nakazali mu czynić dobro i bronić pokrzywdzonych. I o Jaśku, co skarbu szukał i przeżył podobną co Kuba przygodę, a od jednego z rycerzy dowiedział się, że gdy nadejdzie czas wstaną, aby bronić polskich gór i polskiej ziemi. A później od starego górala usłyszał, że największym skarbem, którego trzeba strzec jest wolność. Albo o tym, że rokrocznie na Wawelu zbierają się wszyscy polscy królowie pod wodzą Bolesława Chrobrego, by obradować nad losem narodu i państwa, a dzwon Zygmunta nakazuje śpiącemu w jaskiniach wojsku galopować do Krakowa z pytaniem „czy już czas?". I o innym Kubie, z Kościeliska, który tym rycerzom konie podkuwał. Literackie wersje legend stworzyli m.in. Kazimierz Przerwa – Tetmajer i Jan Kasprowicz.

Znowu jadę do Zakopanego. Widać Giewont! Moje wspomnienia stąd pochodzą z wczesnych lat młodości, umieściłem je w książce „Podróż do kresu pamięci". Opisałem tam pierwsze wyjazdy z ojcem na narty, na Halę Kondratową i wiele okoliczności temu towarzyszących. Jakby to było wczoraj!

Zakopane to miejsce magiczne. Jest kolebką wielkich rodów góralskich, których wielu przedstawicieli, znakomicie wykształconych, pięknie zapisało się w polskiej kulturze, w malarstwie, rzeźbie, architekturze, muzyce. Ale też przystanią dla twórców „z nizin", którzy tutaj osiedlili się na krócej lub dłużej i Zakopanemu zawdzięczają pomysły i natchnienie. To bodaj największy w Polsce rynek produkcji i sprzedaży oscypków i bryndzy, a także miejsce powstawania wspaniałej sztuki regionalnej. Miejsce ludzi chytrych i przebiegłych, ale również wielkodusznych i honorowych, niebanalnie oryginalnych. Miejsce wyczynów wielkich sportowców i niezwykłych heroicznych akcji GOPR-u. Miejsce oszałamiającego folkloru taneczno-muzycznego i skutecznej pijackiej bijatyki „na zabij". Pięknej ludowej poezji i komercyjnych kuligów, wożących ceprów z pochodniami i gorzałką za ciężkie dutki. Lokalnej solidarności, ale też niezgody i zawziętych kłótni o przysłowiową miedzę. Drogich knajp, w których z namaszczeniem podają moskaliki, niegdyś symbol galicyjskiej nędzy. Niebotycznych cen za wynajem pokoi i gęstych oparów smogu pochodzącego z niskiej emisji. Restrykcyjnych zakazów Tatrzańskiego Parku Narodowego, a równocześnie zgody na podkopanie zbocza Antałówki pod hotel Radisson. Pensjonatów, willi i kaplic pobudowanych w stylu zakopiańskim (m.in. przez Stanisława Witkiewicza) i naśladujących je okrutnych potworków, a także bezstylowych budynków z wielkiej płyty. Zakopane to miejscowość wypoczynkowa, w którym przez Krupówki trudno w sezonie się przecisnąć. Miejsce wielkich fortun i biznesowych przekrętów, skandali towarzyskich i obyczajowych, a równocześnie wzór żarliwej pobożności. Uzdrowisko, które pobiera od turystów specjalną opłatę klimatyczną, a jednocześnie zajmuje 45. miejsce na liście WHO najbardziej zatrutych miast w Europie.

Mimo tych sprzeczności (a może właśnie dla nich) kocham Zakopane, zapewne nie ja jeden. Moje uczucia pozbawione są snobizmu. Wiem dużo o tym mieście i nie muszę zaglądać do przewodników. Ale może warto przypomnieć kilka historycznych faktów. Rozkwit Zakopanego rozpoczął się mniej więcej w połowie XIX wieku za sprawą Tytusa Chałubińskiego, który zaczął popularyzować jego właściwości klimatyczne. W 1886 roku osada została uznana za uzdrowisko. Polskość tym terenom przywrócił hr. Władysław Zamoyski, który w 1889 roku kupił dobra zakopiańskie wraz z dużą częścią Tatr na licytacji (za 460 002 złote reńskie i 3 centy). Przeprowadził modernizację techniczną, rozbudował infrastrukturę miejscowości, stworzył podwaliny parku narodowego. Na przełomie XIX i XX wieku rozpoczął się rozwój kulturalny Zakopanego. Przebywali tu na stałe lub czasowo Henryk Sienkiewicz, Władysław Orkan, Stanisław Witkiewicz i Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy), Stefan Żeromski, Kornel Makuszyński, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Jan Kasprowicz, Karol Szymanowski, Mieczysław Karłowicz i wielu innych. Prawa miejskie uzyskało Zakopane w 1933 roku. W latach międzywojennych nastąpił fantastyczny rozwój turystyki i taternictwa. Tutaj osiedlała się polska inteligencka, która asymilowała się z coraz bardziej wykształconą inteligencją góralską. Ciekawa jest historia zakopiańskiego teatru. W 1900 roku założono stały teatr amatorski (jego kierownikiem był Aleksander Zelwerowicz!), cztery lata później powstał sezonowy zespół zawodowy. W sali hotelu Morskie Oko występowali m.in. Helena Modrzejewska, Antonina Hoffman, Irena i Ludwik Solscy, Karol Adwentowicz. W tejże samej sali w latach 1925 – 1927 działał Teatr Formistyczny Witkacego. W latach II wojny na Zakopanem położył się cień kolaboracji niektórych mieszkańców z Gestapo (w ramach projektu Goralenvolk), a jednocześnie chlubą miasta był skuteczny opór wobec hitlerowskiego okupanta, odwaga kurierów tatrzańskich, którzy stąd zaczynali szlak przerzutowy na Słowację i na Węgry. W piwnicach hotelu Palace Gestapo zorganizowało tzw. katownię Podhala, gdzie stosowano okrutne tortury wobec miejscowej ludności. Potem tereny te stały się obszarem inwigilacji NKWD. A „za komuny" organizatorem urlopów w górach był przede wszystkim Fundusz Wczasów Pracowniczych. Zbiorowe wyjazdy (bardziej usportowione) organizowało też Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze. W licznych domach pracy twórczej odpoczywali pisarze i artyści z różnych dziedzin. Zakopane przeżywało wówczas snobistyczny boom za sprawą komunistycznych elit.

Pozostańmy przy teatrze. W 1985 roku otworzył podwoje Teatr im. Stanisława Ignacego Witkiewicza. Zakopane zawdzięcza tą placówkę determinacji dwóch absolwentów Wydziału Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST, przede wszystkim szefowi i pomysłodawcy - Andrzejowi Dziukowi, ale także Julii Wernio oraz zapałowi grupki studentów Wydziału Aktorskiego, którzy wraz z nimi udali się na zakopiańskie „zesłanie". Nie było to proste, ale idea tak frapująca, historyczne korzenie kulturowe tak fascynujące, że trwają do dziś, tylko Julia Wernio powróciła na niziny. Teatr rozwinął się wspaniale, zyskał sławę i uznanie, jego infrastruktura techniczna stała się prawdziwie nowoczesna. Niezniszczalny Andrzej Dziuk nadal nadaje mu ton.

Już widzę krzyż na nosie śpiącego rycerza. Potężną konstrukcję stalową wnieśli i zamontowali na szczycie Giewontu zakopiańscy parafianie w roku 1901. Stała się ikoną Tatr, ale też gigantycznym piorunochronem, zagrożeniem dla turystów zabłąkanych w tamtym rejonie podczas burzy. Skręcam na Chramcówki, do Teatru Witkacego, a tu nic mi nie grozi, bo ten teatr służy przede wszystkim publiczności, a nie samemu sobie – co dzisiaj nie jest ani modną, ani powszechną praktyką.

Spektakl Andrzeja Dziuka „Takie małe nic – variétés" to przeboje z polskich filmów międzywojennych w interpretacji dwójki aktorów: Doroty Ficoń i Jacka Zięby-Jasińskiego. Aranżacji dokonał i muzycznym zespołem kieruje Jerzy Chruściński. Niby nic wielkiego (jak w tytule), skromne, bezpretensjonalne przedstawienie, świetnie przyjęte przez widzów wypełniających do ostatniego miejsca salę kawiarnianą teatru (scena Atanazego Bazakbala). Pierwszeństwo mają tekst, muzyka i interpretacja aktorska piosenek, bez nadmiernych udziwnień i ozdobników. Spektakl – zrealizowany trochę z boku głównego nurtu repertuarowego – przygotowany jest starannie i dopracowany w szczegółach.

A potem rozmawiamy. Zadaję Andrzejowi pytanie, czy podejmując w 1984/85 roku decyzję o artystycznej emigracji do Zakopanego myślał w kategoriach „na życie" i czy nigdy nie żałował. Otóż liczył się z tym, że na całe życie, bo tworzenie teatru z niczego było zbyt poważnym przedsięwzięciem, by traktować je jako epizod w karierze. I nie żałował, mimo, że po drodze zdarzały się momenty bardzo trudne. Dlaczego tak postanowił? Bo uciekał od powszechnego w tamtych latach marazmu w sztuce (tak to wówczas oceniał) i chciał osiągnąć poczucie pełnej wolności twórczej. Zdumiewające! Teraz – kiedy wołanie o wolność artysty przemienia się często w manifestacyjny wrzask – warte przypomnienia jest to, że wolność trzeba stworzyć w sobie i wokół siebie, trzeba jej szukać, zabiegać o nią i ją chronić.

Początki Teatru Witkacego nie były łatwe. Zespół występował w trzech miejscach, w tym na Chramcówkach, gdzie wreszcie znalazł stałą siedzibę. Magiczne miejsce! Dawne zakłady wodolecznicze dr. Andrzeja Chramca (pierwszego górala z wyższym wykształceniem, dzięki wsparciu hr. Zamoyskiego). To było nie tylko sanatorium, ale również miejsce spotkań zakopiańskiej bohemy. Dziuk mówi, że z duchami przeszłości trzeba umieć żyć!
W tych pierwszych latach za wszystko trzeba było płacić: za wynajem sali, sprzętu, obsługi technicznej itp. Potem (od 1991 r.), kiedy Teatr Witkacego przejęło Województwo Małopolskie było już łatwiej. Ale zespół Andrzeja zna wartość pieniądza, a starsi aktorzy doskonale pamiętają pierwszą skromną „działówkę", jaką dostali od szefa po podliczeniu kosztów przedstawienia i przychodów za bilety. To też jest ewenement – dzisiaj, kiedy powszechnie wykrzykiwane jest hasło „nam się należy"!

Wielokrotnie ogłaszano kres projektu Dziuka. Wynikało to raczej z pobożnego życzenia (inicjatywa Andrzeja zawsze była solą w oku dla niektórych), niż z realnej oceny sytuacji. Tymczasem Teatr Witkacego funkcjonuje już 32 lata i nic nie wskazuje, by znajdował się w kryzysie. Ma zagorzałych widzów i rzeszę przyjaciół. Andrzej mówi, że Zakopane to nie jest łatwy teren, ani łatwi ludzie. Trudno ich oswoić, poczuć się jednym z nich. Ale można zyskać ich przychylność z pozycji „innego", który nigdy nie będzie swojakiem, ale można obdarzać go szacunkiem i akceptować jego odrębność. I to się udało! A turyści? Wierzą, że wyjazd do Zakopanego to obowiązkowo Kasprowy, Gubałówka, Giewont, Krupówki, ale też wizyta w Teatrze Witkacego.

Pytam o dawne pozycje repertuarowe. O to co najtrwalej zapisało się w pamięci twórcy. Dziuk wymienia „Doktora Faustusa" Marlowe'a, „Życie jest snem" Calderona, „Np. Edyp" wg Sofoklesa, „Czarodziejską górę" Manna, „Caligulę" Camusa, „Cabaret Voltaire. Seans dadaistyczno-surrealistyczny" oraz „Sic et non" (oba przedstawienia na podstawie scenariuszy Dziuka). A gdzie Witkacy? Do jego spuścizny, utworów artystycznych i teoretycznych, Andrzej ma stosunek szczególny. Nie wolno jej nadmiernie eksploatować, zwłaszcza, gdy nie ma się pomysłu. Ale duch i myśl patrona unosi się nad wszystkimi poczynaniami teatru. To ważne, bo rozpowszechnione mity mówią o repertuarowej monotematyczności (i że tutaj komuna i narkotyki!) – nic bardziej mylnego! Witkacy i europejska awangarda to nurt poszukiwań najbardziej artystycznych. Ważny jest też nurt misteryjny, pojmowany jako swoiste wtajemniczenie człowieka (i aktora), jako refleksja nad światem. W teatrze Dziuka przewijają się ważne tematy: wolność realizowana w granicach absolutu, rola artysty i cena jaką płaci za swoje posłannictwo (motyw faustowski), a także wierność sobie, problemy z cielesnością. Zakopiańskie przedsięwzięcie Andrzeja Dziuka ma charakter teatru autorskiego, ale czasami reżyserują w nim inni twórcy. Żeby mistrz mógł odpocząć, ale przede wszystkim, żeby aktorzy poznali „inny charakter pisma", co zawsze działa odświeżająco. Pytam o kryteria pozyskiwania reżyserów z zewnątrz. Andrzej odpowiada, że muszą wtopić się w zespół, przyjąć jego duchowość, zaakceptować ideę teatru i wnieść coś od siebie.

Jaki jest ten teatr wierny sobie od tylu lat? Nie ma w nim miejsca na aktualnie modne, efekciarskie eksperymenty formalne, szkoda czasu na bełkotliwą współczesną dramaturgię. Teatr posługuje się klasycznymi tekstami, w klasycznej formie, ale zawsze jest świeży, swobodnie miesza konwencje i style. Potrafi być wspaniałą sceniczną zabawą, tryskającą absurdalnym, surrealistycznym humorem, a równocześnie zadumać się nad kondycją człowieka i świata.

Podczas wakacji zajrzyjcie do tego mądrego teatru. Spotkacie wspaniały zespół aktorów, na którego tle błyszczą ciekawe indywidualności. Czeka na was przeżycie i wyciszenie. Idea zespolenia widzów i artystów w wymiarze duchowym. Jednym słowem – znana z dawnych lat – normalność, o którą w dzisiejszych czasach nie jest łatwo. A taka konsekwencja możliwa jest tylko tutaj, nieco na uboczu ringu, na którym rozgrywają się ogólnonarodowe teatralne potyczki.

Krzysztof Orzechowski
dla Dzienika Teatralnego
10 czerwca 2017

Książka tygodnia

1968/PRL/Teatr
Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego
red. Agata Adamiecka-Sitek, Marcin Kościelniak, Grzegorz Niziołek

Trailer tygodnia