FETA udana, ale bez olśnień

21. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Plenerowych i Ulicznych Feta

Za nami Festiwal FETA. Co zapamiętamy z 21. edycji festiwalu? Brutalny, przejmujący spektakl Biura Podróży "Silence. Cisza w Troi", szalonego Włocha Leo Bassiego, który wprowadzał widzów w hipnozę i przywiózł do Gdańska gigantyczną żółtą kaczkę oraz kontemplacyjny "Ovid`s Dream" zagrany na finał FETY. Impreza miała świetną frekwencję, z którą organizatorzy bardzo dobrze sobie poradzili, a deszcz spadł dopiero ostatniej nocy.

Ilu widzów, tyle festiwali

FETA jest niezwykła, bo tak jak w finałowym spektaklu (rozrzuconym na terenie Reduty Wilk na dziewięć scen, między którymi publiczność w dowolny sposób się przemieszczała), odbiór całej imprezy całkowicie zależy od widza. Jeśli ten niefortunnie wybierze słabsze spektakle, wróci z imprezy rozczarowany. Jeśli trafią mu się perełki, z pewnością dobrze je zapamięta. Można skoncentrować się na oglądaniu jak największej liczby spektakli, wykorzystać imprezę jako pretekst do spotkań z rodziną lub znajomymi lub po prostu przespacerować się po bardzo malowniczym terenie bastionów, Starego Przedmieścia czy Dolnego Miasta, z teatrami ulicznymi w tle. Inaczej postrzegają imprezę ci, którzy goszczą na niej co roku, inaczej tacy, którzy zaglądają na FETĘ sporadycznie lub przyszli na FETĘ po raz pierwszy.

Nocne spektakle z jedną pomyłką i bez fajerwerków

Największą uwagę budzą spektakle nocne. W tym roku zdecydowano się trzy spektakle zamykające wieczory od czwartku do soboty powtarzać pod koniec kolejnego dnia, co jest świetnym rozwiązaniem, umożliwiającym obejrzenie również tych przedstawień, których z jakichś przyczyn nie można było zobaczyć wcześniej. Czwartkowy "Carbón Club" hiszpańskiego Markelie okazał się zabawnym, pełnym energii, ale też bardzo nierównym przedstawieniem, żartobliwie ukazującym dramat śmierci górników z perspektywy ich rodzin oraz osobliwą wizję życia po śmierci, skojarzonego tu... z klubem gejowskim. O spektaklu, który zamknął piątek ("Silence. Cisza w Troi" poznańskiego Biura Podróży) można pisać bardzo dużo - przejmujący, wstrząsający, brutalny, efektowny - w moim odczuciu to najlepszy spektakl festiwalu.

W sobotę natomiast mieliśmy do czynienia z performerem Animal Religion, którego występ "Indomador" to niestety duże rozczarowanie. Performer i zarazem doskonały gimnastyk zaczyna energicznie, ale jego występ okazał się bardzo chaotyczny i nierówny, momentami niesmaczny, choć pokaz "samoujeżdżania" przy pomocą bata oraz ewolucje gimnastyczne wypadły imponująco. Największym problemem "Indomador" była jednak przestrzeń - to spektakl na znacznie mniejszą widownię niż tysięczny tłum zgromadzony przed i na Bastionie św. Gertrudy.

Festiwal zamknęło w niedzielę wyjątkowe widowisko, całkowicie odmienne od dotychczasowych finałów. Był nim spokojny, oparty na tańcu, ruchu i teatrze formy kontemplacyjny spektakl "Ovid's Dream" Teatru Anu.

W dziewięciu scenach pokazano metamorfozy rozumiane jako przepoczwarzanie się ciała, zmianę stanu naszego ducha (m.in. przez skosztowanie jabłka z drzewa poznania dobrego i złego) oraz wykorzystano wybrane wątki z mitologii greckiej (m.in. wejście do Hadesu w poszukiwaniu Persefony, mit o Prokne i Filomeli). Ten urzekający, wysmakowany wizualnie spektakl zaczarował Redutę Wilk. Jednak czy taki charakter powinien mieć finał FETY jest sprawą dyskusyjną - mimo wszystko brakowało silnej puenty na koniec, pewnego żywiołu i szaleństwa albo monumentalności, które niosły ze sobą spektakle finałowe ostatnich lat.

Szalony hipnotyzer i żółta kaczka

Nie można pominąć Leo Bassiego, który zaprezentował coś, czego dotąd na FECIE nie było - hipnozę, w którą wprowadził wybrane osoby z tłumu (w niedzielę zahipnotyzowana dziewczyna miała na hasło zapleść palce i nie móc ich samodzielnie rozpleść, a chłopak umieścić talerz z pianką do golenia na własnej twarzy - co oczywiście, ku zdziwieniu publiczności, bez trudu mu się udało). Bassi to klaun z przesłaniem - postuluje użyteczność i zastanawia się nad utratą niewinności (spektakl "Utopia"), a klaunów traktuje jako "aniołów niedoskonałości" ("Pato Gigante"). W swoich spektaklach bawi publiczność zupełnie inaczej niż typowy klaun. Lubi straszyć i przerażać (zabawa z ogniem i "benzyną"). Przez godzinę z lepszym lub gorszym skutkiem zagaduje widzów i przez mikrofon opowiada im o doli klauna.

Jednak największą uwagę budziła jego monstrualna 15-metrowa żółta kaczka, którą w sobotę przy pomocy widzów bez trudu zwodowano w opływie Motławy. W niedzielę jej 8-metrowy "syn" nie trafił do wody. W zamian sam Bassi oblał się miodem (by być najsłodszym z klaunów) i pierzem (by upodobnić się do anioła), a potem poszedł śladem "sobotniej" kaczki wykąpać się w Motławie.

Wojna i uchodźcy w centrum uwagi

Dramat wojny, porzucenia domostw i ucieczka oraz sprzeciw wobec przemocy zdominowały tegoroczną FETĘ. Bezpośrednio i za pomocą szeregu symboli ukazano pełnię okrucieństwa wojny w "Silence. Ciszy w Troi" Biura Podróży - "martwy" autobus, dręczenie cywili z podbitych rejonów, zagazowanie ich w komorach gazowych, czy upokarzanie i morderstwa wraz z próbą funkcjonowania w takiej sytuacji miejscowej ludności cechują ten spektakl o jawnie antywojennym przesłaniu. Z kolei "Andante" grupy Markeline wykorzystuje buty, bezpańskie, porzucone, czy zapomniane do ukazania dramatu uciekinierów przed wojenną zawieruchą.

Pacyfistyczne przesłanie ma brawurowa slapstikowa komedia "The Passifists" Holendrów z De Jongens, którzy w żartobliwy sposób przedstawiają bunt wobec wszechobecnej manipulacji, agresji i wojnie, wypowiadając - nomen omen - wojnę sprawcom opresji. Temat wojny i agresji spod znaku terroryzmu odnajdziemy też w bardzo ciekawym "Causa Fatalis" Teatru Novogo Fronta. Migawki z uchodźcami z Syrii znalazły się również w niestety nieudanym spektaklu Teatru FETA "Mane, tekel, fares", inspirowanym "Sądem Ostatecznym" Memlinga.

Pogoda dopisała, ale tradycji stało się zadość

Już wydawało się, że po raz pierwszy od wielu lat cały festiwal "ujdzie nam na sucho". Jednak po godz. 21 ostatniego dnia imprezy zaczęło kropić, a dwie godziny później padać. Na szczęście udało się bez trudu dokończyć festiwal bez konieczności odwoływania spektakli, choć finałowy "Ovid's Dream" z powodu deszczu skończył się pół godziny szybciej niż planowano.

Co dalej? Zmiany w Plamie i nowa dyrekcja festiwalu

Tegoroczna FETA była ostatnią, której dyrektorem był szef klubu Plama GAK (organizatora festiwalu) Szymon Wróblewski. Nie wiadomo kto przejmie po nim Plamę i tym samem dyrektorowanie festiwalem. Wiadomo jednak, że FETA pozostanie na Starym Przedmieściu, Dolnym Mieście i bastionach i wydaje się to bardzo dobrą decyzją, bo drugiego tak rozległego, urozmaiconego i inspirującego terenu w pobliżu centrum Gdańska po prostu nie ma.

Pomimo ogromnej ilości widzów, wyraźnie przekraczającej w tym roku poprzednie edycje, podczas większości spektakli nie było tłoku. Działo się tak, ponieważ w kulminacyjnym momencie (godz. 18-20) grane były równolegle trzy różne spektakle w odległych od siebie lokalizacjach, a pozostałym czasie po dwa. Problem był jedynie z wejściem do namiotu, w którym Muzikanty wystawiali dowcipne "Objazdowe nieme kino". Po piątkowym zamieszaniu, szybko nad tym zapanowano, wprowadzając bezpłatne wejściówki na każdy z pokazów w sobotę i niedzielę, dodając specjalne otwarte pokazy dla dzieci.

Wydaje się, że warto wrócić do edycji tematycznych, skupionych wokół istotnego tematu. Być może to dobry moment by rozdzielić funkcję dyrektora festiwalu i dyrektora Plamy. Kuratorski model festiwalu sprawdzał się już za dyrekcji Elwiry Twardowskiej. Impreza przyciągająca kilkadziesiąt tysięcy widzów zasługuje na jakąś myśl, która uporządkuje bogaty, różnorodny, ale chyba też nieco chaotycznie konstruowany program festiwalu.

Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
18 lipca 2017

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Edyta Stein" - Synago...
Roberto Skolmowski