Figaro tu, Figaro tam...

"Wesele Figara" - reż. Laco Adamik - Opera Krakowska w Krakowie

Zawarte w tytule zawołanie pochodzi wprawdzie z "Cyrulika sewilskiego" Rossiniego, może się jednak odnosić także do przedstawianych równolegle na kilku scenach przedstawień "Wesela Figara" Mozarta - i o to właśnie w tym przypadku chodzi.

Przygotowany na zakończenie sezonu Opery Krakowskiej spektakl arcy-opery Mozarta pod niejednym względem zasługuje na szczere uznanie. Jest przejrzysty, logicznie skonstruowany oraz - co ważne, a ostatnio rzadko praktykowane - zgodny w ogólnych zarysach z treścią doskonałego libretta. Z zawiłościami Mozartowskiej partytury całkiem dzielnie, choć chwilami chyba w zbyt wolnych tempach, radził sobie młody kapelmistrz Tomasz Tokarczyk, a wśród protagonistów nie zabrakło artystów - z gwiazdorem Opery Metropolitan Mariuszem Kwietniem na czele - których śpiew mógł przynieść słuchaczom wiele wspaniałych wrażeń. A jednak... 

Po blisko czterogodzinnym spektaklu opuszczaliśmy krakowski teatr z uczuciem dziwnego niedosytu. Dlaczego? Może dlatego, że przedstawienie, choć biegło całkiem sprawnie i w dobrym tempie, na dobrą sprawę nie żyło pełnią życia, nie tryskało humorem, jakiego przecież są pełne sytuacje sceniczne w tej operze. Główni bohaterowie - oczywiście poza wspomnianym już Kwietniem, który stworzył znakomitą postać frywolnego hrabiego Almavivy, a i śpiewał pięknie, słusznie zbierając rzęsiste brawa za wielką arię "Hai gia vinta la cansa!" w trzecim akcie - zdawali się nie dość wyraziści, a swoje działania prowadzili jakby bez przekonania. Prawda, że Katarzyna Oleś-Blacha (Hrabina), Iwona Socha (Zuzanna), Robert Gierlach (Figaro), jak też Anna Bernacka (Cherubin) i Adam Zdunikowski (Basilio), śpiewali ładnie, ale to nie wystarczyło do sukcesu - tym bardziej, że większość widzów nie mogła się zorientować w szybkich zwrotach akcji, bo znajomość włoskiego nie jest w Polsce powszechna, a biegnące górą napisy były zbyt słabo podświetlone i przez to dla znacznej części widowni nieczytelne. Do pełnego szczęścia zabrakło więc niewiele, ale to "niewiele" ma w tym przypadku istotne znaczenie.

Zupełnie inaczej miała się rzecz z przedstawieniem tej samej opery 23 czerwca w Warszawskiej Operze Kameralnej, w ramach XXII (wierzę, że nie ostatniego) Festiwalu Mozartowskiego. Spektakl to nienowy, ale warto go chyba przypomnieć z uwagi na niepewny byt teatru, a także ze względu na jego całkiem odmienny charakter. Występującym w nim artystom udało się - co z pewnością w dużej mierze jest zasługą reżysera Ryszarda Peryta-wejść niejako w skórę kreowanych postaci, które dzięki temu stały się sugestywne i wyraziste, a ich uczucia i namiętności oraz wynikające z nich działania w pełni wiarygodne i wciągające widza. Oto teatr w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Od strony aktorskiej prym wiódł żywiołowy i pełen temperamentu Andrzej Klimczak w roli tytułowej. Pięknym śpiewem i wyrazistą ekspresją ujmowały przede wszystkim Marta Boberska jako Zuzanna oraz Anna Wierzbicka (Hrabina), a Jerzy Knetig w partii wścibskiego Basilia też zasłużył na szczerą pochwałę. Całością sprawnie dyrygował doświadczony Zbigniew Graca. Festiwalowej publiczności zgotowano tego wieczoru nie tylko ucztę artystyczną, ale i przednią zabawę. Oby można ją było powtórzyć następnego lata.

Józef Kanski
Ruch Muzyczny
7 września 2012

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia