Frankenstein uwodzący

"Frankenstein. Ballada o przemocy" - aut. Mary Shelley - reż. Teatr Lalek Arlekin w Łodzi

Grudniowa premiera w łódzkim Arlekinie była szczególną, gdyż uświetniła obchody 75-lecia działalności teatru. Z tej okazji powstał spektakl „Frankenstein. Ballada o przemocy" na motywach XIX-wiecznej powieści grozy Mary Shelley.

Po produkcji jubileuszowej można by spodziewać się wysokobudżetowego spektaklu, stworzonego z wielką pompą, który samym tylko rozmachem zdoła zapaść w pamięć oglądających. Spektaklu, którego wartość merytoryczna może zostać przyćmiona przez okolicznościowe efekciarstwo. Na szczęście Teatr Lalek im. Henryka Ryla obrał zupełnie inną drogę. Nie rozmachem, a dojrzałością, subtelnością i mądrym przekazem uczcił tę okrągłą rocznicę. Pokuszę się na żartobliwe stwierdzenie, iż Arlekin zachował się tak, jak na jego wiek przystało.

„Frankenstein. Ballada o przemocy" to owoc współpracy wielu utalentowanych twórczyń i twórców. Za reżyserię odpowiedzialny jest dyrektor artystyczny rzeszowskiego Teatru „Maska" Przemysław Jaszczak, który jako reżyser specjalizuje się w produkcjach dla dzieci i młodzieży. W Łodzi tworzył już wcześniej - w Teatrze Pinokio można oglądać jego „Dzieci i ryby", a w Arlekinie „Wędrówkę Nabu". Przy „Frankensteinie" po raz kolejny miał okazję współpracować z kierowniczką literacką Arlekina, Magdą Żarnecką, która odpowiedzialna była za adaptację tekstu powieści Mary Shelley. Jaszczak i Żarnecka stanęli przed trudnym zadaniem - historia o doktorze Frankensteinie i Monstrum jest silnie osadzona w naszej kulturze, była już wielokrotnie przenoszona zarówno na ekran, jak i deski teatrów, powstało wiele produkcji inspirowanych powieścią, a nawet wariacji.

Czy można więc jeszcze opowiedzieć tę historię, tak by zainteresować potencjalne odbiorczynie i odbiorców (i to tych najmłodszych, a więc najsroższe krytyczki i krytyków)? Jeśli tak, to jak osiągnąć ten efekt? Co zrobić, by przedstawić tę przeszło dwustuletnią powieść świeżo i intrygująco dla współczesnych widzek i widzów? W przypadku „Frankenstein. Ballada o przemocy" zdecydowano się na uwspółcześnienie historii oraz zastosowanie atrakcyjnych środków audiowizualnych.

Akcję przeniesiono do czasów i przestrzeni bliżej nieokreślonych, ale czujemy, że choć fantastyczny, jest to świat nam bliski, znajomy. Bohaterowie poruszają się po przestrzeniach wyobrażających współczesne miasto, blokowisko, odwiedzają sklepy, ale i zapuszczają się do baśniowej chatki zagubionej gdzieś w lesie. Konfrontują się z typowo współczesnymi problemami, jak kreowanie wirtualnej tożsamości czy doświadczanie hejtu w internecie, ale także z tymi ponadczasowymi, jak potrzeba akceptacji, bliskości. To właśnie odrzucenie, w przypadku głównego bohatera, Monstrum, ze strony stwórcy-rodzica, jest przyczyną rodzących się w postaci wątpliwości, strachu, frustracji. W poszukiwaniu odpowiedzi na nachodzące coraz częściej pytania o poczucie tożsamości, Monstrum wikła się w znajomość z napotkanym duetem Gangusów. I tak zaczyna nakręcać się kreśląca coraz szersze kręgi spirala przemocy, nienawiści i fałszu.

Gdy wydaje się, że sytuacja jest beznadziejna i nie ma już powrotu z obranej przez bohaterów drogi pełnej zła, następuje akt zupełnie nieoczekiwany. Twórczynie i twórcy zdecydowali się na przerwanie akcji i przełamanie czwartej ściany. Bohaterki i bohaterzy przeistaczają się w aktorki i aktorów. Dostają szansę, by cofnąć się w czasie, zmienić bieg wydarzeń i zapobiec negatywnym następstwom swoich działań, bogatsi o wiedzę i doświadczenie. Przypomina to wszystkim osobom oglądającym, że nigdy nie jest za późno na refleksję, na zmianę postępowania, na reagowanie na zło i przemoc. Że nie jesteśmy marionetkami, a postawa biernego obserwatora jest pozorna – zawsze mamy wybór, mamy moc, by zapobiegać. Bądź odwracać wzrok i udawać, że nie widzimy.

Tak jak Monstrum składa się z wielu części - połączonych w całość fragmentów różnych ciał - tak i spektakl jest składową warstw. Przedstawienie, by żyć potrzebuje również, prócz fabuły oczywiście, warstwy wizualnej i audialnej. A w przypadku „Frankenstein. Ballada o przemocy" składowe te są nad wyraz udane. Piękna, jakże spójna scenografia Zuzanny Srebrnej po prostu uwodzi. Prosta, niedosłowna, nieraz sprowadzająca się do zgeometryzowanych konstrukcji oddziałuje na wyobraźnię. Zapoznaje młode oglądające i oglądających z istotą teatru – z umownością. Przestrzeń sceny nasączona jest intensywnymi kolorami, energetycznie ze sobą kontrastującymi. Głównym motywem są czerwień i odcienie niebieskiego, odcinające się na tle teatralnej czerni. Wciąż żywe pozostają we mnie sceny ucieczki Wiktora Frankensteina i Agaty, jego żony, gdzie dekoracja sprowadza się do zawieszonego napisu „hotel" oraz intensywnego światła padającego na tył sceny, zatapiając salę w agresywnej czerwieni zwiastującej niebezpieczeństwo. Reżyserce i reżyserowi światła, Małgorzacie Sendke i Stanisławowi Durajskiemu, należy się wyróżnienie, gdyż swoją pracą nadają spektaklowi klimatu grozy, niebezpieczeństwa. Otoczeni wszechobecną czernią, oświetleni skąpo światłem bohaterki i bohaterowie, zdają się mroczniejsi, robią wrażenie. Światło wspomaga oszczędną scenografię, wydobywając z niej wszystkie zalety i tworząc ją niezwykle atrakcyjną dla oka. Na uwagę zasługuje również kostium Mary Shelley, postaci wyłamującej się z kanonu.

Pojawiająca się co jakiś czas na scenie autorka powieści, ubrana jest w beżowy prochowiec, jeden z symboli kina grozy (do którego spektakl odwołuje się również w grze świateł). Bohaterka odcina się od stylistyki steampunkowo retrofuturystycznej, w której osadzone są pozostałe postaci. Postać Mary Shelley jest bowiem kreatorką całego zamieszania w świecie fabuły – wchodząc na scenę, wchodzi w zmaterializowaną przestrzeń swojej imaginacji, podglądając tworzone przez siebie bohaterki i bohaterów. Bardzo doceniam zabieg zaakcentowania w kostiumie, tego że bohaterowie wywodzą się z różnych poziomów narracji. Również elektroniczna muzyka Urszuli Chrzanowskiej to element, bez którego spektakl nie budziłby takich emocji, które skutecznie podkręca co jakiś czas wybrzmiewając. Określiłabym ją jako filmową, co ciekawie pokazuje jak nowsze formy mieszają się ze starszymi, tworząc interesujące połączenia.

I choć spektakl kierowany jest do młodszej widowni (od lat 12), spodoba się widzkom i widzom w każdym wieku. Każdy odnajdzie element, którym się zachwyci – ciekawą, aktualną historię z przesłaniem, dobrze prowadzoną akcję, a osoby szukające doznań wzrokowych również nie wyjdą z teatru rozczarowane, gdyż spektakl grubą linią oddziela się od banalności wizualnej spektakli młodzieżowych i dziecięcych.

Kamila Pietrzak
Dziennik Teatralny Łódź
15 lutego 2024

Książka tygodnia

Bieg po linie
Wydawnictwo MANDO
Maria Malatyńska, Jerzy Stuhr

Trailer tygodnia