Garnitur z defektem

"Dynastia" - 3. Międzynarodowy Festiwal Teatralny BOSKA KOMEDIA

Od samego początku spektaklu wałbrzyskim aktorom towarzyszy chłopiec. W pierwszej scenie bardzo współczesny, w bluzie z kapturem i jeansach- bez blichtru i szaleństwa charakterystycznych dla kostiumów \'z epoki\' pozostałych grających. Obserwuje, szturcha, dotyka, przemieszcza się. Tak, jakby chciał się upewnić, czy to, co widzi, dzieje się naprawdę mimo swojej sztuczności i papierowości. Korczakowska podkreśla tym samym jednoczesną bliskość i dalekość mitu "Dynastii"- legendarnego serialu, symbolu lat \'80. Wykpiwa uwielbiany wtedy melodramatyzm i obnaża fałsz przykrywany przez lata białymi piórkami.

Ściany Sceny Kameralnej Teatru Starego (to tutaj grany był spektakl podczas Festiwalu Boska Komedia) zostały pokryte fantazyjnie udrapowaną czarną folią. Białe, sterylne schody przywołują skojarzenia z tymi z amerykańskich filmów i seriali. Zazwyczaj sunie po nich pani domu w pięknej sukni i z lampką szampana w ręce lub niepewnie schodzi córka, która ze swoim chłopakiem wybierze się na pierwszy w życiu bal. Pozorny splendor jest jednak przełamany, leżącym na jednym ze schodków, piankowym materacem, kojarzącym się raczej z ogródkiem działkowym. Korczakowska pokazuje, że, kultowe już, bogactwo Carringtonów jest tylko ładnym opakowaniem, skrywającym brutalne pęknięcia i brudy.

Podobnie w ciągu całego spektaklu funkcjonują aktorzy- wbici w żakiety z bufkami, garnitury
i wysokie obcasy, w pełnym makijażu, ale jednak z defektem. Znerwicowana Krystle, jej synowa z problemem alkoholowym i niepewnie stawianymi krokami, wyrzucający z siebie, jak karabin maszynowy, słowa Jeff i prawie nieustannie obecny wśród nich wspomniany chłopiec, teraz już w grzecznym mundurku. Postaci, przez swoją groteskowość, rozbieganie balansują między śmiesznością i strasznością- jest w nich coś z witkacowskiego ducha schyłku. Funkcjonują obok siebie, ale nie ze sobą- dialogi to raczej rzucane w przestrzeń słowa, wypowiadane, żeby choć na chwilę ulżyć sobie w cierpieniu. 

Jedynym bez maski błyskotek i pomadek, w brudnej koszulce i dresowych spodniach, jest Steve- pierwszy wykluczony (Krzysztof Zarzecki). Przez swój homoseksualizm, który widzów serialu miał uczyć tolerancji i uświadamiać, i chorobę (AIDS), został skazany na pobyt w zamkniętym ośrodku i odejście od świata dużych pieniędzy i podejrzanych interesów. Jego obecność obnaża jeszcze bardziej pozór szczęścia pozostałych. Bójki Alexis i Krystle, rozmowy o przyszłości rodzinnej spółki, białe uśmiechy stają się niczym wobec realnego cierpienia i bliskości śmierci. Korczakowska kontrastuje dwa światy: ułudy ubranej w kostium od Dolce&Gabbana i ten należący do Stevena, w którym zawiera się jedyna niepodważalna prawda- przemijania. Przewrotnie, to właśnie ten drugi świat oglądamy na dużym, podwieszonym pod sufitem, ekranie. Zarzecki, leżąc z tyłu sceny, na jednym z ostatnich schodków, trzyma w ręku kamerę, filmując swoją beznamiętną lub wykrzywioną w grymasie twarz. Wobec tego zabiegu trudno skupić uwagę na przekrzykujące się aktorki na pierwszym planie. Reżyserka chce nam pokazać to, czego nikt nie mógł zobaczyć w serialowej „Dynastii”. Daje symboliczny czas antenowy nudzie, monotonii i słabości- życiu bez podkoloryzowania.

Korczakowska użyła znanych wszystkim figur, żeby pobawić się konwencją, dokonać próby demontażu telewizyjnego mitu, dać szansę wybrzmieć wątkom, na które w serialu nie było miejsca. Wyszło przedstawienie sprawne, zabawne, trochę nieposkładane, ale chyba celowo - w końcu obnażające mechanizmy \'gotowej recepty na sukces\'. I tej na dużą oglądalność i tej na życie.

Katarzyna Pawlicka
Dziennik Teatralny Kraków
20 grudnia 2010

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...