Gdyby Edith Piaf spotkała Johna Barrymore'a

31. Gorzowskie Spotkania Teatralne

Dwie wielkie osobowości, dwa niezwykłe życiorysy pełne tajemnic i intrygujących zwrotów, dwie wybitne aktorskie kreacje na deskach Teatru im. Juliusza Osterwy – oto bilans piątego i szóstego dnia tegorocznych Gorzowskich Spotkań Teatralnych.

13 listopada b.r. gorzowska publiczność obejrzała musical „Piaf", opowiadający o losach jednej z najbardziej barwnych i charyzmatycznych śpiewaczek w historii nie tylko Francji, ale całej Europy. Wyreżyserowany przez Jana Szurmieja spektakl, oparty na sztuce angielskiej dramatopisarki, Pam Gems, spotkał się z dużym uznaniem publiczności. Zachwyt wzbudziła przede wszystkim odtwórczyni głównej roli – Anna Haba, która przez cały czas trwania przedstawienia (pełne 3 godziny!) ani na chwilę nie opuściła sceny. Perfekcyjna i niewiarygodnie skoncentrowana aktorka doskonale wcieliła się w Edith Piaf, oddając kolejne przemiany bohaterki i akcentując złożoność jej osobowości. Jednego dnia towarzyska i roześmiana, rozładowująca napięcie poprzez opowiadanie pikantnych dowcipów, innego – kapryśna i introwertyczna, raz odważna i pewna siebie, raz zagubiona, zakompleksiona i stremowana – taka była Piaf i tak odmalowała ją Haba, która na scenie dosłownie zamieniła się w pieśniarkę. Transformację tę ułatwiły aktorce jej wyjątkowe wokalne umiejętności. Podczas całego przedstawienia Haba wykonała na żywo aż dziewięć piosenek z repertuaru Piaf, doskonale radząc sobie z trudnymi zmianami tonacji i dykcyjnymi zawijasami wynikającymi z przetłumaczenia piosenek na język polski. Jej zaangażowanie, praca nad rolą i niezaprzeczalny talent, stawia ją niemal na równi z aktorkami broadwayowskich musicali, których grę miałam niedawno okazję podziwiać na żywo, i sprawia, że oglądając spektakl ma się ochotę zakrzyknąć: Edith Piaf żyje!

Pozostali aktorzy zielonogórskiego teatru również udźwignęli ciężar przydzielonych im ról. W pamięć zapada stworzona przez Annę Chabowską kreacja Toine – prostytutki, przyjaciółki Piaf oraz Ernest Nita, który, wcielając się w Marcela, wymierzał bokserskie ciosy z taką samą wiarygodnością, z jaką oddawał zauroczenie wybranką swego serca. Mimo niewątpliwych wysiłków, stanowili oni jednak wyłącznie tło dla Haby, która skradła całe przedstawienie.

Na uznanie zasługuje ascetyczna scenografia Wojciecha Jankowiaka, nieprzysłaniająca prezentowanych wydarzeń, a jednocześnie – zarysowująca najważniejsze elementy otoczenia i ich związek ze światem przeżyć wewnętrznych postaci (wielokrotnie pojawia się tu np. toaletka, podkreślająca kompleksy Piaf, która spędzała długie godziny na oglądaniu się w lustrze i popadała w coraz większą frustrację). Niezrozumiała jest natomiast w moim odczuciu decyzja Marty Hubki (kostiumograf), by ubrać Habę w jedną prostą czarną sukienkę, w której aktorka występuje przez cały czas trwania spektaklu, niezależnie od zmian statusu swojej bohaterki. Ten zabieg odrealnia nieco prezentowaną historię i może być dla widza irytujący w kontekście częstych zmian kostiumów pozostałych postaci, bo Piaf jawi się przez to jako jedyna zawieszona w czasie postać.

Chciałabym natomiast pochwalić pomysł Szurmieja polegający na wykorzystaniu polskich przekładów piosenek Piaf autorstwa Andrzeja Ozgi. Słuchając wyśpiewywanych przez Habę utworów, które zwykle słyszy się wszędzie w oryginale, można z łatwością przenieść się wyobraźnią na gwarne paryskie ulice pachnące pieczonymi kasztanami, rojące się od żebraków, cyrkowych akrobatów oraz sprzedawców baloników i cukrowej waty. Śpiewana na bis piosenka o parze kochanków rozdzielonych przez pędzący tłum, wywołuje zaś u widzów prawdziwe wzruszenie.

Następnego dnia, poruszona historią Piaf, publiczność Gorzowskich Spotkań Teatralnych miała okazję zapoznać się – z nie tak popularnym, nieutrwalonym w świadomości przeciętnego odbiorcy, lecz równie fascynującym – życiorysem Johna Barrymore'a. W spektaklu wyreżyserowanym przez Krzysztofa Jasińskiego zderzyły się dwie wybitne aktorskie osobowości – John Barrymore i wcielający się w niego Jerzy Trela, którego niebywałe sceniczne obycie i wypływająca z niego naturalność pozwoliły stworzyć wrażenie, że oto znudzony teatralną próbą, znad szklanki Jacka Danielsa snuje on opowieść o sobie samym.

„Wielki John Barrymore" to – złożona z serii chaotycznie opowiadanych anegdotek – historia życia Cudownego Dziecka Hollywood, które zaprzepaściło swój talent, rzucając się w wir niebezpiecznych romansów, hazardu i alkoholu. Owo poruszające studium jednostki, ujęte w formę retrospektywy, ukazuje człowieka wyniszczonego życiem, wygnanego z raju, do jakiego dano mu tylko chwilowy dostęp (na co wskazuje ustawiony w centralnej części sceny kosz jabłek – nędzna pozostałość po Arkadii), doszczętnie spalonego przez pasję, która kazała mu zatracać się w kolejnych odgrywanych przez siebie rolach – zarówno w teatrze, jak i w życiu. Kiedy widzowie „poznają" Barrymore'a jest on już tylko starym zgorzkniałym alkoholikiem cierpiącym na zaniki pamięci. Bierze udział w próbie do spektaklu o Ryszardzie III, podczas której przypomina sobie rozmaite drobne historie z czasów, kiedy był jeszcze młodym przystojnym hulaką. Siedząc na królewskim tronie w starej żelaznej zbroi, cytuje monologi z szekspirowskiego dramatu i przeplata je z opowieściami o papudze, którą nauczył przeklinać oraz o tym, jak ozdobna donica z pokoju pewnej damy posłużyła mu za pisuar. Doprowadza tym do szału reżysera spektaklu (w tej roli Aleksander Fabisiak), pragnącego zobaczyć w aktorze dawnego wspaniałego Barrymore'a – twórcę niezapomnianych kreacji Hamleta, Don Juana czy Sherlocka Holmesa. Niestety, ubranemu w za dużą koronę Barrymore'owi bliżej jest do błazna niż do Ryszarda III.

Pełna sarkazmu i gorzkiego śmiechu przez łzy historia wielkiego aktora, przytłoczonego przez własny talent oraz namiętności zbudowała ciekawy dialog z zaprezentowanym dzień wcześniej przedstawieniem o Edith Piaf, którą również spaliła pasja i nieumiejętność oddzielenia prawdziwego życia od scenicznej kreacji. Owo niezwykłe połączenie sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać: co by było gdyby Edith Piaf spotkała Johna Barrymore'a? Czy jeden nadwrażliwy artysta delikatny niczym żywa, pozbawiona osłony tkanka mógłby wzmocnić i uratować drugiego? A może przeciwnie – wznieciłby w nim jeszcze większy ogień, doprowadzając tylko do szybszego upadku i zatracenia? Na te pytania nigdy nie uzyskamy już odpowiedzi. Sama wizja takiego spotkania dwóch kruchych i delikatnych osób, które przeżywały każdy kolejny dzień tylko dzięki ukrywaniu prawdziwej twarzy pod maską siły i charyzmy, wydaje się jednak niezwykle kusząca.

Agnieszka Moroz
Dziennik Teatralny Szczecin
17 listopada 2014

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia

700. Krakowski Salon P...
Anna Dymna
W najbliższą niedzielę 23 stycznia, j...