Gdynia prześcignęła Broadway

"Shrek" - reż. Maciej Korwin - Teatr Muzyczny w Gdyni

Gdynia prześcignęła Broadway, czyli chodzony musical. "Shrek" w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Największa w dziejach produkcja Teatru Muzycznego.

Musical to bardzo przystępny gatunek teatru muzycznego, który w swoisty sposób stara się zaadaptować każdą atrakcyjną fabułę. Musicale pisze się na podstawie filmu, książki, komiksu, gry komputerowej, w tym rozrywkowym z reguły gatunku powstają też od czasu do czasu dzieła sztuki. Gdy w 2001 roku na ekrany kin wszedł „Shrek” (oparty na książce Williama Steiga z roku 1990) jasnym się stało, że wcześniej czy później zobaczymy jego sceniczną wersję i faktycznie już w 2002 roku rozpoczęto prace adaptacyjne. Produkcji Davida Lindsay-Abaire\'a (libretto i teksty piosenek) oraz Jeanine Tesori(muzyka) towarzyszyło zrozumiałe zainteresowanie, jednak z pewnością oczekiwania były większe. Po premierze na Broadwayu w grudniu 2008 roku spektakl zdobył jedną statuetkę Tony\'ego (kostiumy) i skończył swój żywot na Broadwayu w pierwszej turze po 441 wystawieniach, co nie jest specjalnym osiągnięciem. Filmowy „Shrek” był hitem kasowym i artystycznym (pierwszy w historii Oscar dla pełnometrażowego filmu animowanego),  stworzył własny wzorzec animacji i, przede wszystkim, humoru, który tak jak kiedyś produkcje Disneya, zdominował współczesną, wysokobudżetową animację.

Pierwowzór

Musical „Shrek” nie wnosi nic nowego do historii gatunku, to dość schematyczna, nawet jak na musical, propozycja teatralna, oparta na pierwszej części filmowej tetralogii. Śledzimy historię tytułowego ogra, jego perypetie miłosne i przygody, do tego lord Farquaad, Osioł i Smoczyca – wszystko, co w pierwszej części opowieści, bez rozbudowanych i nowych postaci z następnych odcinków (np. Kota w butach). Gdyńska realizacja od początku była sensacją, a Maciej Korwin postanowił pójść na całość i zrobić bezprecedensową w dziejach swej sceny superprodukcję. Szczegółowo informowaliśmy o przygotowaniach do premiery, pokazując między innymi niezwykły wysiłek pracowni rzemieślniczych. Ogromna scena Teatru Muzycznego została prawie w całości zabudowana scenografią. Najefektowniej wypadły sceny na zamku rozerotyzowanej smoczycy, użycie pełnej maszynerii obrotowej Muzycznego robi duże wrażenie.

Ozdobą spektaklu Macieja Korwina są dwie kreacje aktorskie. Marta Wiejak (Fiona) to kolejne odkrycie z niekończącego wydawać by się mogło skarbca talentów kolektywu z Placu Grunwaldzkiego: świetnie śpiewa, kapitalnie tańczy i porusza się, przeistacza i zaskakuje. Rafał Ostrowski ujawnił po raz kolejny niezwykły kontrast, jaki powstaje w zderzeniu powierzchownych wyobrażeń i ostatecznych wrażeń. Warunki fizyczne mogłyby szufladkować go i ograniczać, ale sceniczna osobowość, talent oraz inteligencja, tak drogocenna w tym zawodzie, pozwalają mu tworzyć niezapomniane kreacje. Po raz kolejny zaskoczył niezwykły liryzm Ostrowskiego i choć jestem niewolnikiem filmowego, oryginalnego dowcipu, to konsekwencja, z jaką buduje swą postać niezapomniany Wokulski z Kościelniakowej „Lalki” przekonuje, wzrusza i budzi szacunek dla bogatego warsztatu aktora, który z pewnością nie powiedział ostatniego słowa. Wokalnie jak zwykle, chciałoby się rzec, rewelacyjna jest Marta Smuk (Smoczyca), a po stronie przewag swoją rolę może zapisać także Janusz Żak (Farquaad), rozczarował natomiast Kamil Dominiak w roli Osła. W epizodzie dał się zauważyć ostatnio mistrz mniejszych form (niezapomniany Lancelot ze „Spamalota”), czyli Marek Richter (Wilk okrutnie zły). W kilku momentach rewelacyjnie zagrały światła - brawa dla Pawła Kuchty.

Gdynia prześcignęła Broadway. Liczący każdego dolara kapitaliści z Nowego Jorku i Londynu wystawili „Shreka” dużo skromniej, niż miało to miejsce nad Bałtykiem. Na scenie TAM jest mniej osób, scenografia dużo uboższa, twarze Shreków zielone, ale bez topornych masek. Nie jestem fanem rubasznego dowcipu w stylu „Wolę swoje korniki, niż wasze owsiki” (gdyńska kwestia Pinokia w Shreku), opatrzyły mi się już grepsy w stylu Świętojańska-Broadway, Polak potrafi, Muchomorek kręci ze Żwirkiem czy stylizacja strojów tancerek na polskie stroje ludowe. Ogromne drzewa zagracają scenę, zamykając przestrzeń dla aktorów i tancerzy, tworząc z kipiącej energią historii zielonego amanta musical... chodzony: chodzą ludzie, chodzą drzewa.W ściganiu się na widowiska nie mamy szans – wystarczy zobaczyć jak wygląda dzisiaj widowisko muzyczne - kliknij). Lepiej odwoływać się do wyobraźni, zaprosić widza do współuczestnictwa, a nie zapychać scenę i wyobraźnię ogromnymi klocami kiczowatych drzew poruszanych przez zestresowanych montażystów.

Język teatru sprzed kilkudziesięciu lat razi, tandetna gigantomania dekoracji denerwuje, a nie zachwyca. Znika magia teatru, dosłowność zabija wyobraźnię i umowność, a przecież można inaczej, można robić rozrywkę inteligentną, na wysokim poziomie, nie rezygnując zupełnie z artystycznych ambicji, co reżyser „Chicago” mistrzowsko, w swoim stylu tradycyjnego musicalu, pokazał już wielokrotnie. Niestety, „Shrek” to najsłabsza realizacja Macieja Korwina od wielu lat. Bardzo trudny moment, w którym znajduje się obecnie teatr (rozbudowa i miliony problemów z tym związanych, ogólna, czasami zadziwiająco nieprzyjemna nerwowość widoczna dla postronnego obserwatora) na pewno nie pomaga. Szkoda, że dyrektor nie odważył się oddać „Shreka” w ręce młodego realizatora, który z werwą i świeżością porwałby młody, świetny technicznie i otwarty na poszukiwania zespół. Taki reżyser otworzyłby przestrzeń, roztańczyłby artystów, wpłynąłby na orkiestrację, dodał dużo niezbędnego, a nieobecnego w gdyńskim „Shreku” r\'n\'r (choćby I\'m A Believer mógłby brzmieć inaczej) i na przykład zrezygnował z niepotrzebnej ambicji tworzenia własnej maski dla Shreka, zamiast aktorów wbijać w strój nurka głębinowego z archiwalnego filmu „Wraki”. Już w kwietniu „Zły” Wojciecha Kościelniaka, a potem trudny dla Teatru Muzycznego i jego fanów finał rozbudowy, czyli ograniczenie lub zaprzestanie grania „dużych” tytułów.

Repertuar Dużej Sceny Teatru Muzycznego był przez ostatnie lata dwudzielny i realizowany przez dwóch mistrzów gatunku: wyrafinowanego i doskonałego technicznie, ale tradycyjnego w wyrazie Macieja Korwina oraz poszukiwacza nowych rozwiązań i twórcę autorskich propozycji Wojciecha Kościelniaka. Ostatnie trzy realizacje były rozrywkowe („Spamalot”, „Grease” i „Shrek”), przez co proporcje estetyczne w Teatrze Muzycznym trochę za bardzo przechyliły się na stronę rozrywki. Mam nadzieję, że nowy, wielki Teatr Muzyczny w Gdyni, wyposażony w trzy profesjonalne sceny, zadowoli każdego, nawet wybrednego odbiorcę.

Piot Wyszomirski
Gazeta Świetojanska1
15 października 2011

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia