Gdzie kończy się sens, zaczyna się "Madagaskar"

"Żołnierz królowej Madagaskaru. Re-remix" - reż. Cezary Tomaszewski - Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu

W twórców najnowszego kaliskiego spektaklu łatwo byłoby ciskać gromy. Poprowadzili go w stronę czystego błazeństwa i nonsensu. Kłopot w tym, że w przypadku "Żołnierza królowej Madagaskaru" oryginał tonie w pomroce dziejów, a wszystkie późniejsze odczytania były w mniejszym lub większym stopniu dowolne. I też błazeńskie

I z Madagaskarem zawsze mieliśmy problem. Dawno temu swoje perypetie przeżywał tam hrabia Beniowski. Później ta wielka wyspa miała stać się polską kolonią. Na tę okoliczność powstała nawet Liga Kolonialna i Morska, a przy okazji antysemickie zawołanie "Żydzi na Madagaskar!". Ostatecznie jednak Francuzi nie zgodzili się na odstąpienie nam swojej kolonii. A szkoda, bo powojenna historia Polski mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.

Czy Stanisław Dobrzański, XIX-wieczny autor "Żołnierza królowej Madagaskaru" mógł przewidzieć, że tak się stanie? Należy w to wątpić, tym bardziej że nie przewidział nawet losów własnego tekstu. Każdy, kto się za ten utwór brał, wyrabiał z nim, co tylko przyszło mu do głowy. W latach 30. Julian Tuwim i Tadeusz Sygietyński przerobili farsę Dobrzańskiego na wodewil. O literackim pierwowzorze Tuwim wypowiadał się z dużą dozą nonszalancji. Najwyraźniej nie przejmował się zamysłem autorskim i potraktował całą rzecz jedynie jako pretekst do stworzenia kilku własnych kupletów i piosenek. W roku 1939 na podstawie "Żołnierza..." nakręcono film, a w roku 1958 następny. Jakby tego było mało, w roku 1991 Jerzy Gruza pokusił się o ponowne odczytanie sceniczne. Kiedyś dane mi było obejrzeć wspomniany film z roku 1958. Robił sympatyczne wrażenie, miej-

scami był nawet zabawny. Ale naprawdę nie przypominał tego, co w minioną sobotę reżyser Cezary Tomaszewski do spółki z dramaturg Justyną Wąsik pokazali nam na deskach kaliskiego teatru.

Mazurkiewicz słucha o boskiej Kamilli

Nie znając wcześniej zasadniczego zarysu fabuły, trudno byłoby się domyślić, na czym w tym spektaklu polega intryga, kto jest kim i ku czemu zmierza akcja. Postać Mazurkiewicza, młodego i nieśmiałego adwokata z prowincji - choć dowcipnie zagrana przez Dawida Lipińskiego - jest zaledwie zarysowana. Widz raczej domyśla się niż jest świadkiem jego przeżyć na warszawskich salonach. Niezbyt wyraźnie widzimy też zmysłową i niepokojącą Kamillę, wokół której rzekomo kręci się cała intryga. Wypada w to wierzyć na słowo, bo zdarzenia sceniczne raczej tego nie ukazują Ale też nie miały ukazywać. - Twórcy obecnej wersji sztuki - usprawiedliwia się i uprzedza Justyna Wąsik -wycięli z wersji poprzednich większość istotnych wątków fabularnych, a w ich miejsce powstawiali kawałki obrazów z filmów, seriali, programów rozrywkowych, reklam i różnego rodzaju dlużyzn. " Re-remix "jest więc złożony z rozmaitych skrawków, jakie codziennie dochodzą do nas z rzeczywistości, i ma nadzieję być opowieścią o sekretnym doświadczeniu nierozumienia - o tym, jak to jest żyć pod ostrzałem nieistotnych informacji, w świecie ciągłego deja vu, w którym wszyscy staramy się, od czasu do czasu, poskładać te informacje w jakiś prowizoryczny sens i znaleźć drogę przejścia...

Po takim manifeście wiadomo już wszystko. Czyli wiadomo, że nic nie wiadomo i że wszystko jest możliwe. Dobrzański przewraca się w grobie i Tuwim z Przyborą może też, ale od tej pory nie zajmujemy się już nimi, tylko naszymi kawałkami, skrawkami i zlepkami.

Od Sabiny do Iwony, od Iwony do"kupy"

Jedną z kluczowych postaci w tym spektaklu jest Sabina grana przez Nataszę Aleksandrowitch. Kluczową także dlatego, że została karykaturalnie przerysowana i budzi odległe skojarzenia z Iwoną Księżniczką Burgunda. Takich - świadomie lub nieświadomie - Gombrowiczowskich tropów jest w tym przedstawieniu więcej. Scena zbiorowego klepania Sabiny w cztery litery zapada w pamięć nie tyle z racji samego klepania i miejsca, które jest oklepywa-ne, ile dlatego, że może stanowić przykład Gombrowiczowskiej "kupy", gdy jeden nieoczekiwany gest, choćby najbardziej absurdalny, pociąga za sobą następne, tworząc serię, a w końcu konieczność. W takich i podobnych sytuacjach widzowie bawią się dobrze i właśnie humor jest tym, co ratuje spektakl Tomaszewskiego. Ożywiajągo również piosenki śpiewane przez kaliskich aktorów lepiej lub gorzej, ale zawsze wprowadzające nieco świeżego powietrza w opary absurdu,

które grajątu rolę dania głównego? Tytułowy Madagaskar jest dla tych harców tylko odległym tłem. Kilka maszkar nawiązujących swoim wyglądem do murzyńskich masek i totemów, a do tego wielki żyrandol z kiści bananów to zaledwie rzadka i egzotyczna przyprawa do dania głównego. Trudno mieć o to pretensje, bo tak było już u Dobrzańskiego i Tuwima. Właściwym miejscem akcji jest przecież warszawski salon, a nie odległa wyspa. W przypadku kaliskiej inscenizacji miłośnicy salonowych intryg musząjednak wziąć na wstrzymanie i nastawić się na coś całkiem innego. Nie warto też silić się na szukanie w tym spektaklu głębszego czy w ogóle jakiegokolwiek sensu. Dobra rada jest prosta i tylko jedna: spróbujmy dobrze się bawić i nie przegapić tych kilku naprawdę zaskakujących scen, jakie udało się stworzyć reżyserowi i aktorom.

I jeszcze jedno. Mazurkiewicz rzeczywiście wywodził się z Radomia. Nic mi jednak nie wiadomo, by w którejkolwiek z wcześniejszych wersji ,yŻołnierza..." była mowa o Kaliszu. To ostatnie wygląda więc na własny patent twórców kaliskiego spektaklu. Zapewne wiedzieli oni też, że kaliski prezydent pochodzi z Radomia. Zwykle jestem przeciwny takiemu ,,mruganiu" ze sceny do widzów, ale w tym przypadku było to nawet zabawne.

Robert Kordes
Życie Kalisza
22 grudnia 2015

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia