Gdzie ten rock & roll?

"Seks, prochy i rock & roll" - reż. Obara Tomasz - Teatr Ludowy w Krakowie

Kiedy czyta się opis spektaklu, zwraca uwagę fakt, że duchowość jego autora (Erica Bogosiana) kształtowały takie legendy rocka jak Bob Dylan, Jimi Hendrix czy Jim Morrison. Automatycznie powstaje w głowie projekcja, którą konkretyzuje jeszcze tytuł. Wyobraźnia podsuwa obraz mężczyzny z długimi „piórami", w skórzanych spodniach i kurtce, przeżartego alkoholem oraz przesiąkniętego wnikliwą obserwacją otaczającego świata w związku z podróżami koncertowymi. Niestety, ten stereotyp zostaje rozbity zaraz po zgaśnięciu światła...

Na scenę wkracza kloszard w szarym, podartym i poplamionym płaszczu. Ma palce oblepione czymś brązowym, a głos zachrypnięty. Przypomina jednego z szaleńców, którzy czasem pojawiają się na ulicach i głośno wypowiadają swoje refleksje na temat tego, co jest, jak powinno być, jak żyć. Ten ze sceny jest przeżarty nienawiścią. Zastanawiam się, czemu ludzie na widowni się śmieją.

Kloszard wychodzi. Pojawia się muzyka, a na ekranie na horyzoncie pokazywane są piękne zdjęcia miast nocą. Taki schemat utrzyma się do końca spektaklu. Ten sam aktor będzie szybko przemieniał się w kolejnych mężczyzn z różnych sfer. Posłuchamy znerwicowanego i znudzonego milionera, zadowolonego z życia detektywa czy zdesperowanego biznesmena w agencji towarzyskiej. Każda opowieść to osobny smutek, który (mnie przynajmniej) nie śmieszy, a stanowi gorzką refleksję o świecie, w którym rządzą pieniądze, zaś ludzie nie potrafią się cieszyć – szukają pozornego szczęścia poza domem.

Tomasz Obara swoją grą przypomina trochę styl Ala Pacino, który zawsze wciela się w postaci o mocnych i skomplikowanych charakterach. Bohaterowie, których głosem przemawia Obara to ludzie bardzo świadomi – życie nie ma ich już prawa złamać. Wiele przeszli i wiedzą, że w razie czego mogą obronić się alkoholem, seksem czy narkotykami. Chwilą zapomnienia. Cały czas tylko zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest rock&roll? Nie ma tam żadnej wzmianki o muzyce w jakiejkolwiek formie. Jasne, że można potraktować to jako jakąś daleką metaforę, że największe gwiazdy rocka też często pisały o degradacji człowieka – ale to tytuł spektaklu rozczarowuje tu najbardziej.

„Sex, prochy i rock&roll" to monodram, który po pewnym czasie staje się monotonny. Widz czeka tylko na to, kto za chwilę wyjdzie zza kulis. Po pierwszych słowach przestaje mieć znaczenie, czy będzie to drobny oszust, bezdomny czy znudzony milioner. Sfrustrowani mężczyźni z wielkich miast, z różnych sfer. Aktor słowa każdego z bohaterów wypowiada na podobnym poziomie. Ta (czasem podskórna) agresja męczy. Każdy będzie mówił mniej więcej o tym samym – chwalił się sobą lub wymyślał ludziom i światu. Moja percepcja momentami odpływa, prawie zapadam w sen. Najprzyjemniejsze są fragmenty ze zdjęciami: te wstawki i muzyka mają dać chwilę oddechu. Tworzą ponadto banalne wrażenie, że – jak w filmie Wilhelma Sasnala – „Z daleka widok jest piękny". Natomiast jeśli przyjrzeć się jednostce, ogólne piękno zamienia się w pojedyncze piekło.

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
24 lutego 2015

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia