Gimnastyka dla perystaltyki

„Ferdydurke" – reż. Magdalena Miklasz – Koprodukcja Teatru Malabar Hotel i Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy

Teatr wspomagający trawienie rzeczywistości.
Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy oferuje wersję lektury w wydaniu różniącym się znacznie od szkolnych standardów. Traktuje nastoletniego widza poważnie, jak dorosłego, ponadto wyrobionego widza teatralnego. Szydzi z niedojrzałości, wytyka błędy, obnaża absurdy rzeczywistości, a wszystko to w tonie groteski i kampu, wzbogacone o pomysłowe metafory. Autorzy (reżyseria Magdalena Miklasz, adaptacja Maciej Podstawny) wykazali się niezwykłym zrozumieniem młodych dorosłych dzięki czemu wykreowali komunikat bezbłędnie do nich trafiający.

Scena przypomina wnętrze ludzkiego organizmu. Scenografia składa się z pokaźnych rozmiarów cudacznych elementów (z materii przywodzącej na myśl biologiczną tkankę!), łóżka nakrytego wysoką stertą nagich pierzyn oraz mnóstwa manekinów. Większa jej część stanowi jedynie zabudowę, ale elementy ruchome sprytnie wykorzystano wspierając się wyobraźnią widza. Oprawę muzyczną i świetlną zaprojektowano spójnie ze scenografią, nieco karykaturalnie, przesadnie. Opowieść snuje się leniwie, niespiesznie wprowadzając w świat upupionego Józia. Napędzana stopniowo, aż do granic absurdu, wciąga bez reszty na ponad trzy godziny. Doskonale oddano rytm nudy szkolnej, rodzinnego spotkania po latach czy dramatycznej ucieczki przez las.

Z zapowiedzi wynika, że spektakl kierowany jest do widza licealisty, czytelnika szkolnej lektury. Potraktowano go przy tym jak dorosłego, wytrawnego konsumenta teatru. Nie cenzurowano mocnego tekstu Gombrowicza, co więcej, wzmocniono go oraz uwspółcześniono. Już na początku bezlitośnie wyszydzono niedojrzałość i bezmyślność szkolnej młodzieży. Dano im jednocześnie dostęp do treści dla dorosłych, odwołano się do ich dojrzałości oraz zdystansowanego poczucia humoru. W scenie szkolnej obserwujemy młodzież niczym zwierzęta w zoo. Kadra nauczycielska zasiadająca na widowni z pewnością utożsami się z frustracją profesora Pimko. Raz po raz zastanawiamy się dlaczego nas to śmieszy. Żarty te są przecież prostackie, niedojrzałe. Czyżby sprytnym sposobem obnażono w nas, dorosłych, licealistę i wepchnięto z powrotem do szkoły?

Treść uwspółcześniono, odnosi się bezpośrednio do tego, czego doświadczamy dziś. Młodzież szkolna upokarza swoje ofiary za pomocą nagrań z telefonu komórkowego, rodzina rezygnuje z glutenu, laktozy, mięsa i warzyw, w efekcie dietetycznej nowomody raczy się jedynie wodą, a stara ciotka tresuje swoją córkę i godzinami plecie androny.

Każda z postaci wykazuje się własną, niepowtarzalną energią. Mimo to tworzą jeden organizm, który na organicznie stylizowanej scenie funkcjonuje w jednym rytmie. Motyw pojedynku na miny okazał się zadaniem iście aktorskim, niewątpliwie wyzwaniu podołano. Wielość komplementów, które należą się zespołowi można by przyrównać do liczebności manekinów na scenie.

Jedynym słabym punktem wydaje się być narracja z offu. Pojawia się zaledwie kilka razy, ma zapewne na celu kondensowanie akcji, przyspieszenie nieco biegu wydarzeń, aby w opowieści zachować wierność książce. Niemniej jednak zaburza ciągłość narracji, rozbija ją i wybudza zanurzonego w opowieści widza.

Po trzygodzinnej terapii wstrząsowej Teatru Dramatycznego nabiera się dystansu do rzeczywistości. Podobnie jak lektura „Ferdydurke" Gombrowicza, spektakl uwalnia od zmartwień i otwiera na osobliwy humor absurdu. Mimo zdecydowanych rozwiązań formalnych i fabularnych pozwala odpocząć. Od codziennych frustracji, apatii i zmęczenia.

Katarzyna Drab
Dziennik Teatralny Warszawa
7 marca 2019

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia