Gliwice Wojtka Pszoniaka

rozmowa z Wojciechem Pszoniakiem

WOJCIECH PSZONIAK, światowej sławy aktor, z Gliwic wyruszył w międzynarodową, życiową podróż w krainę teatru i filmu. Na sentymentalny spacer po gliwickich ścieżkach wspomnień znakomity artysta zabrał Marlenę Polok-Kin.

Choć jest bez pamięci zakochany w Paryżu, to Gliwice wciąż zajmują ważne miejsce w jego sercu. Tu dorastał, spędził dzieciństwo i lata młodzieńcze. Tu spotkał Tadeusza Różewicza, którego traktował jak ojca. Tu założył studencki teatr. Ale także mył okna, strzygł psy, służył w wojsku...

Urodził się we Lwowie. Pięcioosobowa rodzina Pszoniaków trafiła do Gliwic w 1945 roku - z wiatrem historii, jak tysiące rodzin Kresowian. Pszoniak miał wówczas cztery lata.

- Świat się bardzo od tego czasu skurczył. To nie jest tak, że wyruszyłem w podróż z Gliwic przed pół wiekiem i od tego czasu tu nie wracałem. Wpadam tu przy każdej okazji. Kiedy jeżdżę samochodem z Warszawy do Paryża, zawsze zaglądam do Gliwic. Odwiedzam je z sentymentem. Mam jeszcze kolegów ze szkoły, także z czasów, kiedy pracowałem na Politechnice Śląskiej, ale również z okresu, gdy zakładałem Studencki Teatr Poezji "STEP".

Kiedy aktor spaceruje ulicami Gliwic, często irytuje go duch nowych czasów. Reaguje emocjonalnie, gdy coś mu się nie podoba.

- Przeszedłem się ulicą Zwycięstwa, a tu bank za bankiem, szyby pozaklejane reklamami. To byłoby nie do pomyślenia w żadnym niemieckim lub francuskim mieście - grzmi Wojciech Pszoniak, który uważa, że to piękne miasto, z charakterem, którego nie można zaprzepaścić. - Ale zauważa też pozytywy: - Zatrzymałem się w hotelu Diament, i rozczuliłem, patrząc z okna - kaczki znów pływają w Kłodnicy!

Co wraca w jego pamięci, gdy myśli o najpiękniejszych miejscach Gliwic?

- Park Chopina z palmiarnią, te okolice szczególnie sobie upodobałem. Lubiłem też zmasakrowane, okazałe poniemieckie wille w Ptasiej Dzielnicy. Za nimi były łąki i bezkresne pola, miałem wrażenie, że byłem nad oceanem zieleni- opowiada artysta. Dziś jest tam największe bodaj gliwickie osiedle - Sikornik.

Zielone, urzekające Gliwice Pszoniaka to także rozległy, rozciągający się za Politechniką Śląską park Chrobrego. Aktor z wrażliwością opisuje także rejon koszar, przy dzisiejszej ulicy Andersa. Nawettam wraca ciepło we wspomnieniach, choć lata ka-deckiej służby w wojskowej orkiestrze nie wspomina najlepiej.


- Dziś tam jest wielkie blokowisko, które przesłania dawny, urzekający widok, rozciągający się daleko, daleko na port w Łabędach -mówi.

Jak podkreśla Pszoniak, miasto z dzieciństwa i młodości to przede wszystkim ludzie. Tu spotkał Tadeusza Różewicza, Adama Zagajewskiego, tu zafascynował się Ślązakami.

- Rozmawialiśmy kiedyś o tym z Gustawem Holoubkiem, który był Śląskiem oczarowany - opowiada. Jego także urzekł wyjątkowy klimat naszego regionu, a zwłaszcza ludzie (dodajmy, że z Rudy Śląskiej wywodzi się żona artysty, Barbara, która jest psychologiem).

- Pamiętam górników, prawdziwych, nie takich przywiezionych z Białegostoku. Z oczami w czarnych obwódkach, jak podkreślonymi henną. Jest coś fascynującego w Śląsku, co Kutz pokazywał w swoich filmach.

Gliwice, ulica Arkońska, to było moje miejsce na ziemi.


Do dziś pamięta smak i zapach wędlin, które jadł w mieście dzieciństwa i które na rozmaite okazje domowe zamawiała matka. Rozmarza się, kiedy wspomina masarskie i piekarnicze wyroby tutejszych rzemieślników.

- Pamiętam taki duży, wędliniarski sklep na ulicy Zwycięstwa - Wojciech Pszoniak w pamięci kluczy gliwickimi ulicami. - Miał go bodaj Kosmowski.

A słynne Ruiny Teatru Miejskiego w Gliwicach? To miejsce, które poznał już po latach i którym się zachwycił, jako uznany aktor, wspomina z dzieciństwa... jako spowite parą i finezyjnym zapachem mydła.


- Spalony przez bolszewików teatr, gdy byłem dzieckiem, był zamknięty na głucho. Wmojej pamięci zachowało się coś zupełnie innego - przedwojenna łaźnia w podziemiach, czyściuteńkie, pachnące wanny i przemiłe panie, dzięki którym gliwiczanie mogli zażywać luksusu kąpieli - opowiada Pszoniak.

Arkońska - niewielka uliczka, boczna Wrocławskiej, dosłownie przecznicę od Politechniki Śląskiej. Kamienice, zwłaszcza po jednej stronie, nadal piękne.

To tam właśnie zamieszkali Pszoniakowie po przymusowej przeprowadzce ze Lwowa. Z jedną walizką, kryształową popielniczką ojca, lampą na biurko i kilkoma obrazami.


- Arkońska to było moje miejsce na ziemi w najmłodszych latach - opowiada artysta. - Z pięknym ogrodem na podwórku, który rodzicom potem nie wiedzieć czemu odebrano i zniszczono. Moja ścieżka wiodła też na Górne Wały, do przedszkola, które tam jest do dziś, potem na Zimnej Wody, gdzie była podstawówka (i do dziś jest gimnazjum i liceum-przyp. red.).

Po drodze - katedra św. Piotra i Pawła. Tam przystępował do pierwszej komunii, był ministrantem. Jego szkoła podstawowa znajdowała się przy ulicy Zimnej Wody, gdzie i wówczas było już liceum.

- Moje Gliwice to wiele miejsc, których już nie ma. Nie ma targu, który był w miejscu dzisiejszego Wydziału Górniczego Politechniki Śląskiej. Nie ma już "pani Śledzikowej", do której posyłała mnie mama, a która handlowała w sąsiedztwie "Spirali", gdzie mieściła się kiedyś restauracja - mówi aktor.

Wspomnienia artysty odżyją w fabularyzowanym dokumencie Krzysztofa Korwina-Piotrowskiego "Z Gliwic do Paryża Wojtek Pszoniak".

Marlena Polok-Kin
Polska Dziennik Zachodni
15 listopada 2010

Książka tygodnia

Zero zahamowań
Wydawnictwo: Agora
Michał Rusinek

Trailer tygodnia

8. Festiwal Teatru Ukr...
Nadiia Moroz-Olshanska
Sztuka jest niezbędną częścią życia...