Gombrowicz na okrągło – krągłości w konwencji

Krągłości, okręgi, koła, cykle. Iwona, Gombrowicz, Tomaszewski, Kraków.

Tak można by było podsumować spektakl, który swoją premierę miał 6.06.2021 r. w nowohuckim Teatrze Ludowym. Jeśli Tomaszewski – to przewrotna zabawa formą, jeśli przy okazji "Iwona księżniczka Burgunda" i Gombrowicz – to naturalnie groteska. Za tę produkcję odpowiada zespół pracujący wcześniej nad cenionym wałbrzyskim spektaklem "Gdyby Pina nie paliła, to by żyła". Nie dziwi więc, że ponowne spotkanie przy pracy m.in. dramaturżki Aldony Kopkiewicz i reżysera Cezarego Tomaszewskiego poskutkowało świeżym spojrzeniem na tekst jakże kanoniczny, ale niełatwy, przerabiany już wielokrotnie i na różne sposoby.

Uważam, że na szczególną uwagę zasługuje kreacja postaci granej przez Beatę Schimscheiner, czyli tytułowej bohaterki. Tomaszewski zdecydował, że w tym „okrągłym" spektaklu Iwona będzie też, a jakże – krąglejsza. w efekcie tej decyzji prezencja Iwony skontrastowana jest ze skrajną wymuszoną dworskością pozostałych. Iwona to ta inna – brzydsza (a może po prostu normalna), nie wyfryzowana, nie tak wystrojona (z elementów w stylu dworskim ma tylko niepasujące do siebie bolerko nałożone na biały T-shirt). Pierwszymi poznanymi postaciami w trakcie spektaklu jest właśnie Iwona i przygrywający na pianinie raz tajemniczą, raz baśniową muzykę na żywo (do której Tomaszewski ma wyraźną słabość) biedak (Przemysław Winnicki), który nade wszystko bacznie obserwuje to co dzieje się na scenie. Kiedy staje na niej Iwona, emocje, które można wyczuć na widowni stają się intensywniejsze, bowiem kobieta stoi wówczas kilka minut w pełnym świetle. Wyraz jej twarzy jest przyjemny, rysuje się na niej subtelny uśmiech, spogląda w stronę widowni, na której z kolei panuje poruszenie, jakoby Iwona sprawiała, że publiczność czuła się nieswojo podczas tej ekspozycji na jej spojrzenie.

Napięcie między widownią a sceną jest wyczuwalne. Im dłużej moment ten trwa, tym bardziej ludzie skłaniają się do innych reakcji wykonywanych w wyczuwalnym zmieszaniu i braku komfortu – klaskają, śmieją się, pokasłują itp. Być może faktycznie czuć jak Iwona zagląda w głąb duszy, przypomina o najgłębszych sekretach, wstydliwych aspektach biografii. Jest to o tyle dziwne, że widzowie skryci są w mroku widowni, a przecież to postać znajduje się w pełnym świetle, które wydziela konkretną przestrzeń sceny. z początku nie wkraczają w nią inni, a stają wokół niej, co sprawia, że kobieta staje na niejakim ringu. Każdy jest tu jej przeciwnikiem, a jednak na ringu jest sama, inni przyglądają się jej jak zwierzęciu w klatce. Najbezpieczniej czuje się potem w paszczy potwora, podczas gdy – o ironio – to ona nazywana jest potworą. Przez większość spektaklu postać ta śpi wewnątrz niebieskiej rury okraszonej potworną szczęką, jakby to co się działo od momentu wkroczenia dworu było złym snem, jakby nie potrafiła stawić czoła rzeczywistości – co w dobie rosnącej świadomości zaburzeń depresyjnych jest szczególnie przejmujące. Może jest potworą w potworze z własnymi potworami wewnątrz.

Podczas gdy Iwona tkwi w pościeli, część przypisanych jej przez Gombrowicza kwestii przekazanych zostaje Izie, co jest kolejną ciekawą decyzją realizatorów. Izę skonstruowano nie jako (zbyt)pewną siebie postać, ale zagubioną i pragnącą bliskości. Iza niemal stale przemierza scenę m.in. animując motek wełny. Włóczy się po scenie zostawiona jakby sama sobie, bardzo smutna i samotna. Rzuca czasami glos sprzeciwu, który jest niezauważalny, jest wręcz bez mocy. Nic dziwnego – społeczeństwo, które rysuje się na scenie jest bez wątpienia patriarchalne. Kobiety są elementami społecznej, a przy tym jednak silnie męskiej gry, są manipulowane, jak i wykorzystywane, są obiektami największych żartów. Mężczyźni z kolei są często sprośni, niesmaczni, pozbawieni jakichkolwiek skrupułów. Na ich czele stoi nie kto inny jak istny samiec alfa – król. Zgoła inni są jednak panowie z dołu drabiny społecznej: wspomniany biedak, oraz Walenty – sekretnie podkochujący się w Iwonie należący tu do służby młodzieniec, tak jak ona uważany za dziwaka. Oboje przejawiają subtelną czułość, nieco niezdarności. Obok zabawnych i jednocześnie pełnych czułości scen mycia zębów potwora przez Walentego, nie brak fizycznej brutalności, reprezentowanej głównie przez innych mężczyzn. Nie brak też przemocy psychicznej – tu zadawanej raczej przez kobiety. Niezwykle ciekawym jest fakt, że ten gombrowiczowski tekst doskonale absorbuje wulgarność i skrajności. Największym agresorem w sztuce jest – a jakże – król. Nie stroni od mocnych słów, żonę traktuje przedmiotowo, niekiedy sprowadza ją do obiektu erotycznego, a podczas seksu z nią jest skrajnie ordynarny i niesmaczny. Właśnie te intymne momenty zbliżenia wybiera na rozmowę o zabójstwie – najskrytszym jego pragnieniu. Poziom obrzydzenia jego osobą i jego wyrachowaniem może sięgnąć zenitu.

Koła, okręgi itd. są też ważnym elementem przestrzeni spektaklu. Ten „okrągły" motyw został użyty kilkakrotnie i różnorako. Po pierwsze – reflektory raz po raz rzucają na scenę okrągłe kolorowe plamy światła, sugerując raz zachodzące słońce, innym razem tabernakulum. Światło też na okrągło gaśnie zupełnie, znowu zapalić się i pokazać zmiany, które zaszły w ciemności. Twórcy co chwilę dezorientują widza, (nad)używając pewnych zabiegów i cierpliwości, umieszczając i ich i postaci w perpetuum mobile. Jeśli chodzi o scenografię (za którą odpowiadał naturalnie dla produkcji Tomaszewskiego duet Bracia, lubujący się w wysmakowanym kiczu), to na scenie widzimy nic innego jak monumentalny zamek (w końcu akcja dzieje się na zamkowym dworze), a także kilka iście groteskowych elementów, w tym spiralną błękitną zjeżdżalnię, której ujście zakończone jest szczęką – potwornymi zębami. Całości obrazu sceny dopełniają kostiumy –i tutaj nie próżnowano – stroje dworu są po prostu dworskie – nie brak wystawnych sukien, kryz, żabotów – ponadto ponownie zatoczono koło – kostiumy w znacznej mierze pochodzą z archiwalnych spektakli. Wyjątek stanowi kontrastowe współczesne sportowe obuwie, w zamian za trzewiki, których można by było się tutaj spodziewać. Zdaje się, że ci ludzie tak naprawdę wcale nie są aż tak dystyngowani, za jakich chcą być uważani. Wystaje im przysłowiowa słoma z butów, z tym że współcześnie nic ta słoma nie znaczy, a taki brak smaku, stylu i wyczucia w zestawieniu elementów stroju już tak. Te światła, elementy scenografii i stroje dopełnione baśniową muzyką wprowadzają bajkowy nastrój. Nie dane jest jednak nam tkwić w nim, gdyż dla groteskowego kontrastu zestawiono to z brutalnymi obrazami przemocy. Tomaszewski nie stroni od przypominania nam, że nic nie jest tylko czarne lub białe. Reżyser modyfikując diagnozę Gombrowicza, daje nadzieję w sprawczość żywej Iwony, a całość konsekwentnie utrzymuje w obranej konwencji baśniowo – groteskowej.

Aldona Kopkiewicz natomiast nie brała jeńców podczas pracy nad tekstem. Odważnie zdecydowała się na takie zabiegi względem pierwowzoru jak okrojenie, multiplikacja, zamiana kwestii pomiędzy postaciami i wiele innych. Dzięki nim tekst staje się bardzo użyteczny chociażby dlatego, że staje się nietypową soczewką na rzeczywistość. Wspomniana multiplikacja sprowadza się do tego, że Kopkiewicz kompresuje objętość tekstu oryginalnego, a to co staje się tego wynikiem powiela. Zatem można powiedzieć, że oglądamy w kółko to samo – w kółko skróconą Iwonę. Byłoby to jednak spore uproszczenie, ponieważ co prawda kilka razy Filip przedstawia rodzicom narzeczoną, król śpiewa, a Iwona umiera, by zmartwychwstać, bo po jej śmierci cykl się powtarza. Każdy kolejny jednak nieco rożni się od poprzedniego, bowiem zmienia się czasem perspektywa – mamy np. sekwencje z punktu widzenia królowej; innym razem ktoś buntuje się przeciw zastanemu ciągowi zdarzeń i zmienia jakiś powtarzany do tej pory szczegół, a ta zmiana z kolei uruchamia efekt domina i wprowadza przy tym postaci w konsternacje. Każda sekwencja jest też jednocześnie kolejną próbą dla relacji księcia i Iwony, i o dziwo jedna okazuje się być udaną, lecz wniosek jest gorzki, gdyż ta jedna nic nie zmienia, nie ma w zasadzie żadnego znaczenia.

Sam zabieg dramaturgiczny niezwykle ciekawie kształtuje sytuację sceniczną, przy tym specyficznie oddziałując na widza. Ciągłe powtarzanie wprowadza odbiorcę w pewien trans, a po kilkukrotnym zobaczeniu bardzo podobnych sekwencji sprawia, że widz z pewnością może poczuć się zdezorientowany, zmęczony, czy znużony. Tu pragnę zaznaczyć, że twórcy odważnie decydując się na ten zabieg nie zawsze jednak zręcznie kierują dynamiką, gdyż efekt znużenia w pewnym momencie potrafił osiągnąć wysoki poziom i rychło doprowadzić do stracenia na chwilę uwagi widza. Wrażenie tkwienia w niekończącej się opowieści mimo, że może być intrygujące, to jest właściwie dość fatalistyczne dla nas – odbiorców, a przede wszystkim dla Iwony, która przecież umiera i zmartwychwstaje na potrzeby kolejnej rundy. Ale czyż nie mówi się, że historia lubi się powtarzać? Nie jest tak, że dość komicznie ciąg zdarzeń zatacza koło jak tutaj, a my bezrefleksyjnie tkwimy w tym jak postaci w spektaklu? Może należałoby coś w końcu z tym zrobić?

Zastany porządek wcale nie musi być, jak się okazuje, tym ostatecznym.

Aleksandra Puk
Dziennik Teatralny Poznań
6 lipca 2021

Książka tygodnia

Bauhaus - nauczanie/nowy człowiek
Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego
red. Małgorzata Leyko

Trailer tygodnia