Gombrowicz przydaje się w życiu bardziej niż wielu innych klasyków

Gombrowicz i Życiński

Życiński przeczytał wszystko, co Gombrowicz napisał. Powracał często do jego twórczości, zarówno w swoich esejach, jak i w kazaniach. Przypominanie Gombrowicza i Życińskiego podnosi na duchu.

17 lutego w Teatrze Ateneum premiera "Trans-Atlantyku" Gombrowicza w reżyserii Artura Tyszkiewicza. Tydzień wcześniej, 10 lutego, minie siódma rocznica śmierci arcybiskupa Józefa Życińskiego, bardzo przedwczesnej śmierci. Ten brak w Kościele jest bardzo odczuwalny. Co by mówił o współczesnej Polsce? Nie trudno sobie wyobrazić. Życiński przeczytał wszystko, co Gombrowicz napisał. Powracał często do jego twórczości, zarówno w swoich esejach, jak i w kazaniach. Przypominanie Gombrowicza i Życińskiego podnosi na duchu. Gombrowicz na przykład pozwala - według byłego metropolity lubelskiego - wyzwolić chrześcijaństwo z karykaturalnych form.

Arcybiskup Życiński pisał:

"Gombrowicz przydaje się w życiu bardziej niż wielu innych klasyków. Historia najnowsza pełna jest sytuacji gombrowiczowskich. Gdy ogłoszono stan wojenny i internowano ludzi, którzy chcieli reformować Polskę, władze dokonały patriotycznego gestu, wprowadzając w wojsku rogatywki. Była to decyzja, której Gombrowicz by się nie powstydził. Takie gombrowiczowskie gesty widzimy dziś na każdym kroku. Ktoś, kto nie czytał Gombrowicza, styka się z nimi w swoim życiu - czasem bardzo boleśnie.

Dystans Gombrowicza do zdarzeń, poczucie humoru, bezlitosne ukazywanie niedojrzałości w różnych odmianach - wszystko to od razu mnie ujęło. I tak od "Ferdydurke" aż po "Dzienniki" przebrnąłem przez jego książki. Już nie pamiętam, czy przez wszystkie, ale "Kosmos" i "Ślub" były w zasięgu mojej ręki.

Znalazłem u tego autora coś, co wydaje mi się ważnym składnikiem filozofii życia: ostre widzenie świata, piętnowanie kompleksów, kpinę z pewnych syndromów - czy to w wersji profesora Pimki, czy w wersji Miętusa.

I nie są to tylko moje odczucia. Przed dwoma tygodniami odwiedził mnie lubelski ksiądz, który od dziesięciu lat pracuje w Kazachstanie. Opowiadał mi, jak dużą rolę odegrał Gombrowicz w jego powołaniu. Pytam: "W czym, Tadziu, najbardziej pomógł ci Gombrowicz?" A on odpowiada: "Pomógł mi wyzwolić chrześcijaństwo z karykaturalnych form". Tak, Gombrowicz pozwala dążyć do tego chrześcijaństwa, którym jest Ewangelia nieskażona rażącą formą".

Ta wypowiedź arcybiskupa pochodzi z 2004 roku. Zdezaktualizowała się? Więcej Gombrowicza! - można zakrzyknąć.

Zajrzyjmy zatem do tomu "Bakakaj". Znajdziemy w nim opowiadanie "Zbrodnia z premedytacją". Gombrowicz napisał to "małe arcydzieło" chyba w 1928 roku. Oto historia śledztwa w sprawie nieistniejącej zbrodni. Cały Gombrowicz ze swoją ironią, szyderstwem i absurdem! Jest zatem trup (zmarły na zawał właściciel ziemski pan K.), jest pogrążona w żałobie rodzina i przybywający w odwiedziny sędzia śledczy, pan H. Logika pana H. jest następująca: skoro jest śledztwo, musi być powód śledztwa, czyli morderstwo. Najważniejsze to mieć wizję - fakty zawsze można do niej dopasować. Gombrowicz wyjaśniał, że syn wcale nie zamordował ojca. Ojca w ogóle nikt nie zamordował. Pisarzowi chodziło o pokazanie, jak sztuczna i fałszywa sytuacja dobywa z ludzi rzeczy okropne, o których im się nie śniło.

Ale oddajmy głos śledczemu, panu H.:

"Ha! Oto szkopuł! - w osobie trupa, który głośno i wyraźnie stwierdza fachowemu oku, że zmarł normalnie w ataku sercowym. Wszystkie pozory, konie, niechęć, strach, ukrywanie, przemawiają za czymś niewyraźnym, a trup, patrząc w sufit, obwieszcza - ja zmarłem na serce! Była to fizyczna i medyczna oczywistość, był to pewnik - nikt go nie zamordował dla tej prostej i decydującej przyczyny, że: on wcale nie był zamordowany. Musiałem przyznać, że większość mych kolegów po fachu w tym punkcie umorzyłaby śledztwo. Lecz nie ja! Ja byłem już zbyt śmieszny, zbyt mściwy i zbyt daleko już się zapędziłem. Podniosłem palec do góry, zmarszczyłem brwi. - Zbrodnia nie przychodzi sama, panowie, zbrodnię trzeba wypracować myślowo, obmyślić, wymyślić - pieczone gołąbki nie wpadają same do gąbki.

- Gdy pozory świadczą przeciwko zbrodni - rzekłem mądrze - bądźmy chytrzy, nie dajmy się wziąć na lep pozorom. Gdy zaś przeciwnie logika, zdrowy rozsądek, oczywistość wreszcie stają się adwokatem przestępcy, a pozory przemawiają przeciw niemu, zawierzmy pozorom, nie dajmy się brać na fundusz logice i oczywistości. Dobrze ale przy wszystkich pozorach, jakże - mówił Dostojewski - przyrządzić pieczeń z zająca, nie mając zająca?

Patrzyłem na trupa, trup zaś patrzył w sufit, głosząc niewinność nieskalaną szyją. Oto trudność! Oto szkopuł! Lecz czego się nie da usunąć, to trzeba przeskoczyć - hic Rhodus, hic salta!".

Izabela Cywińska kilka lat temu dokonała adaptacji tego krótkiego opowiadania Gombrowicza w Teatrze Polonia Krystyny Jandy. I nagle zdania napisane w 1928 roku brzmią jakby były pisane tu i teraz, znakomicie i dziwnie rymują się z naszym czasem. Najważniejszy jest trup. Zmarł zwyczajnie? Nie, on jest ofiarą. Przecież można udusić kogoś, kto już nie żyje. Udusić trupa! I to właśnie trzeba sprowokować i udowodnić. Jest śledztwo, więc musi być morderca.

A zatem: więcej Gombrowicza - apeluję po raz kolejny! Dzięki niemu da się wiele przeżyć, świat nabiera innych barw. Gdyby Gombrowicz żył dzisiaj - opowiadał abp Życiński - nie brakowałoby mu tematów. Profesor Pimko w wersji politycznej wyglądałby bardzo ciekawie. Arcybiskup nie był jednak pewien, czy aby dziś uzyskać efekt "Ferdydurke", trzeba aż pióra Gombrowicza. Może wystarczyłby zwykły reportaż...

Przypomniał też taki epizod: "Kiedyś jako biskup zostałem zaproszony do zwiedzenia katedry. Przewodnik zasypywał mnie mnóstwem szczegółów - że katedra ma taką wysokość, że tę nawę wzniesiono w tym i tym roku, że tu był koronowany ten i ten król... Postanowiłem, że nie będę słuchał tej kolekcji wymiarów i dat. Myślałem o czym innym i spokojnie przesuwałem się, podziwiając piękne obrazy w katedrze; zerkałem tylko na zegarek, żeby zdążyć na samolot. Wreszcie przewodnik skończył i mówi: 'Dziękuję księdzu biskupowi za uwagę! Ostatnio mieliśmy tu gościa, który po kilku zdaniach powiedział: Panie, jak pan poda jeszcze jedną datę, to pana zamorduję'.

Czasem Gombrowicz może się więc przydać nawet przy składaniu oficjalnych wizyt".

ks. Andrzej Luter
e-teatr
29 stycznia 2018

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia