Gombrowiczowska pantomima

"Pustka. Pustynia. Nic." - reż. Leszek Bzdyl - Wrocławski Teatr Pantomimy

pektakl „Pustka. Pustynia. Nic." to luźna adaptacja „Dzienników" Gombrowicza. Oglądając spektakl trudno jest dostrzec powiązania z zawiłą treścią Gombrowiczowskich zapisków - Bzdyl tworząc ten pantomimiczny pokaz skupił się głównie na ich formie.

Gombrowicz z „Dzienników" to postać, która zmyśla, błaznuje, gryzie, bełkocze. Przyjmuje to postawę obronną, to napastliwą wobec artystów podejmujących z nim dyskusję. Jest osobą pełną sprzeczności. Wszystko wydaje mu się obce, uwiera go, uciska, dokucza. Wszyscy chcą go poskromić i ograniczyć. Tak jak narracja „Dzienników", tak i spektakl Bzdyla opiera się na kontrastach. Zespół Teatru Pantomimy jak zwykle raczy widza wartościowymi estetycznie obrazami. Od pierwszej chwili zachwyca nas Paulina Jóźwin ubrana w czerwoną suknię. Scenografię stanowi szare tło i dwa ostrosłupy po obu stronach sceny – jeden z wierzchołkiem skierowanym ku górze, drugi – ku dołowi. Paulinie Jóźwin towarzyszy ciepłe żółte światło i muzyka brzmiąca jak współczesne tango. Chwilę później salę zalewają chłodne barwy, wkracza Jan Kochanowski, a jego ruchy podporządkowane jazzowej muzyce nadają scenie komediowy charakter. Cały spektakl składa się z dłuższych i krótszych scen – pantomimicznych etiud – zestawianych często na zasadzie kontrastu. Wspólnie mają stworzyć spójny obraz inspirowany formą Gombrowiczowskich „Dzienników".

Mamy więc oszczędną scenografię świetnie współgrającą z kolorowym światłem; muzykę, która stanowi nie tylko tło, ale również kreuje chaos, a gdy jej nie słychać – pustkę; interakcje bohaterów, sekwencje ruchów o dużym stopniu powtarzalności; nietypowe libretto do jednej ze scen z rozdane przez aktorów na kartkach. Artyści Teatru Pantomimy kontynuują Gombrowiczowskie rozważania nad różnymi wcieleniami Formy i koniecznością wyzwalania się z niej.

Jeszcze przed wejściem na salę widzów wita Jan Kochanowski pokazem swoich pantomimicznych umiejętności. Gdy rozbrzmiewa muzyka, a drzwi na widownię otwierają się – wiem, że Kochanowski będzie gwiazdą tego przedstawienia. Jego energia i kreatywność ożywia widzów za każdym razem, gdy pojawia się na scenie.

Choć formalnie spektakl wydaje się niemal arcydziełem, to brakowało mi w nim treści. I nie chodzi mi o brak tekstu, którego teoretycznie w pantomimie z założenia brak, a tutaj się pojawił. Raczej chodzi mi o pewnego rodzaju nienasycenie, z jakim opuściłam salę. Całościowy obraz, jaki powstał z niektórych bardzo dobrych etiud był spójny, aczkolwiek nie wnoszący niczego nowego.

Działania aktorów wydawały się chwilami sztampowe – np. monolog Gombrowicza działania jednej z bohaterek, która zostaje zmuszona do akrobacji, które sprawiają jej ból, a jednak musi udawać, że wszystko jest w porządku. W scenach tych za mało było dla mnie karykaturalności, by uznać, że zamysł twórców polegał właśnie na podkreśleniu sztucznego patetyzmu czy cierpienia, za dużo było jej natomiast, aby odebrać ich przekaz na poważnie. Nachodzi mnie myśl, że chwilami był to taki Gombrowicz „w pół".

Autor „Dzienników" twierdził, że „pisanie nie jest niczym innym tylko walką, jaką toczy artysta z ludźmi o własną wybitność". Zespół Teatru Pantomimy z Leszkiem Mądzikiem na czele tej twórczej bitwy tym razem ze mną nie wygrał, mimo że zakochałam się w muzyce Mikołaja Trzaski, ale być może jest to wina tego, że tylu mamy gombrowiczologów w Polsce, ilu czytelników w „Ferdydurke". Ze mnie też żaden gombrowiczolog.

Aleksandra Zegar
Dziennik Teatralny Wrocław
7 czerwca 2016
Portrety
Leszek Bzdyl

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia