Gombrowiczowskie doły są odświeżające

10. Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski

Nie wyobrażam sobie monograficznego festiwalu gombrowiczowskiego z afiszem, na którym znalazłby się jakiś inny autor. Jestem z wykształcenia filologiem i wiem, że takie zestawienie byłoby możliwe na seminarium naukowym, ale nie na scenie. Przyjąłem, że jeżeli nie będzie wystarczającej ilości spektakli to po prostu nie będzie festiwalu. Myślę, że moi przełożeni, mogą być zadowoleni z tego co się tutaj dzieje. Na spektaklach nie tylko nie widać wolnych miejsc, ale często są nadkomplety.

Ze Zbigniewem Rybką –  dyrektorem Teatru Powszechnego im. J. Kochanowskiego w Radomiu, gdzie odbywa się  X Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski rozmawia Urszula Makselon.

Urszula Makselon: -W repertuarze tegorocznego festiwalu, poza polskimi, znalazły się przedstawienia: francuskie, angielskie, niemieckie, argentyńskie i białoruskie. Utwory Gombrowicza są wciąż atrakcyjne dla twórców czy zatem było w czym wybierać?

Zbigniew Rybka: -Nie można mówić o jakimś ogromnym nadmiarze w tym wyborze. W tym roku - z tytułów granych w kraju i za granicą, o których mi wiadomo - nie zaprosiliśmy zaledwie czterech czy pięciu przedstawień, ale to był wyjątkowo „ obfity” dla Gombrowicza czas. Jak wiadomo, napisał wszystkiego trzy sztuki teatralne. Wydawać by się mogło, że pisząc prawie cały czas o Polsce i o Polakach jest jednym z tych autorów narodowych, którzy nie przekładają się na inne kultury. Kochamy Mickiewicza, Słowackiego, cieszymy się Norwidem, ale poza granicami kraju nikt nie podziela tej naszej miłości. Gombrowiczowi jako jednemu z nielicznych udało się przekroczyć tę barierę. Mimo, że polski, spolszczony jak mało kto...  Wracając do pytania o układanie festiwalowego repertuaru - to nie jest to proste. Nie tylko dlatego, że autor był uprzejmy nie napisać więcej dramatów, więc niezbyt często pojawia się na afiszu. Pisał świetną prozę, teatry posiłkują się adaptacjami tych tekstów i jakoś się to rekompensuje.  W planowaniu tego wydarzenia doskwierają nam kłopoty związane z jego finansowaniem. Festiwal odbywa się cyklicznie, co dwa lata. Dobrze by było gdybym miał wiedzę na temat budżetu, którym dysponuję  znacznie wcześniej niż trzy a nawet dwa miesiące przed pierwszym spektaklem festiwalowym. To istotne utrudnienie. Kilka dni temu w Teatrze Dramatycznym w Warszawie miała miejsce premiera „Operetki”, którą  jesteśmy oczywiście zainteresowani myśląc o kolejnej edycji. Wydarzenia teatralne wymuszają działania na bieżąco. Powinniśmy mieć taki marny luksus jak świadomość tego: czy pracujemy czy nie pracujemy na następny festiwal,  na co możemy liczyć,  i co za tym idzie, na co możemy sobie pozwolić.

-Przypomnijmy kto finansuje ten projekt.

-Środki otrzymujemy z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Urzędu Miasta Radom.   Jesteśmy miejskim teatrem, miasto dba o nas. Udział ministerstwa w tym projekcie też wydaje się naturalny, bo to chyba jedyny taki festiwal teatralny w Polsce, który odbywając się tu właśnie, promuje polską literaturę i polski teatr poza granicami kraju. Radomska scena  jest najbliżej miejsc, w których mieszkał Gombrowicz - to był świetny pomysł Wojciecha Kępczyńskiego, żeby tu  go zorganizować.

-W Radomiu  jest obecna honorowa patronka festiwalu pani Rita Gombrowicz.

-Pani Rita jest na tym festiwalu po raz czwarty. Uczestniczyła w trzech pierwszych edycjach. Potem zaczęło się dziać coś dziwnego z jego formułą. W ramach tego wydarzenia zaczęto  wystawiać Mrożka, Witkacego a nawet Moliera. Sądzę, że nie czuła związku z takim festiwalem. Tak przypuszczam, bo nie rozmawialiśmy na ten temat. Była żoną Witolda Gombrowicza i jest niezwykle aktywnym i skutecznym promotorem jego twórczości. Szczególnie we Francji. Stworzyła stronę www.gombrowicz, wie co się dzieje w teatrach zagranicznych. Zajmuje  się tłumaczeniami i wydawaniem książek męża. Gdy jest jakaś sprawa zawsze można do niej zadzwonić, napisać... Jest  fantastyczną osobą, która działa jak najlepsze biuro promocji  Polski poza jej granicami .

-To ułatwia poszukiwania poza granicą?

-To znacząca pomoc. Upewniamy się  czy wie o czymś czego my nie wiemy. Internet ułatwia wyszukiwanie tytułów,  ale są takie wydarzenia, o których dowiadujemy się od niej. To kontakt skuteczny i miły, szczególnie  teraz gdy poznaliśmy się osobiście. Jej obecność  tutaj wydaje się oczywista. Cieszymy się, że ponownie pojawiła się w Radomiu. Rozumiem, że akceptuje to co robimy i dlatego tu jest. To dla mnie istotne, bo utwierdza w sposobie myślenia, który uprawiam organizując ten projekt. Nie wyobrażam sobie monograficznego festiwalu gombrowiczowskiego z afiszem, na którym znalazłby się jakiś inny autor. Jestem z wykształcenia filologiem i wiem, że takie zestawienie byłoby możliwe na seminarium naukowym, ale nie na scenie. Przyjąłem, że jeżeli nie będzie wystarczającej ilości spektakli to po prostu nie będzie festiwalu. Myślę, że moi przełożeni, mogą być zadowoleni z tego co się tutaj dzieje. Na spektaklach nie tylko nie widać wolnych miejsc, ale często są nadkomplety.

- 10. edycję rozpoczęła premiera radomskiego teatru - „Wspomnienia polskie” w reż. Mikołaja  Grabowskiego.

-Sądzę, że to dobry obyczaj, że jak się zaprasza gości to się jest obecnym w domu. Trudno   organizując  festiwal nie przedstawić siebie od tej strony.

- Gombrowicz gości tu dosyć często.

-Mniej więcej co dwa lata jest jakaś premiera. To wystarczająca częstotliwość. Staramy się trafiać w kolejne edycje festiwalu, a że zwykle tytuły te nie schodzą z afisza zbyt szybko - to mamy program od Gombrowicza do Gombrowicza.

-Dziesiąty festiwal jeszcze trwa, a już pojawiły się plany związane z następnym. 

-Na nasze cotygodniowe spotkanie z osobami kierującymi poszczególnym działami teatru  zaprosiliśmy panią Ritę oraz przyjaciela Gombrowicza, pana Miguela Grinberga z małżonką. Chciałem, żeby nasi goście poznali chociaż część zespołu, dzięki któremu festiwal przebiega tak sprawnie, osoby, które ciężko na to pracują. Przy tej okazji pan Grinberg wspomniał, że chce wydać książkę o „Ferdydurke”- to  moja ulubiona powieść. Ma zawierać nowe, nie publikowane dotąd nigdzie fakty. Ustaliliśmy, że być może za dwa lata, podczas XI edycji Festiwalu, odbędzie się promocja tej książki w języku polskim. Co z tego będzie ? Zobaczymy, zobaczymy...pomysł jest fajny, więc oby tak było.

-Życzymy by tak się stało.

-A ja życzę teatrom, żeby grały Gombrowicza. To bardzo pojemna literatura, bardzo pojemna twórczość. Wokół tego samego utworu można zbudować tak różne przedstawienia, tak różne komunikaty, że aż trudno uwierzyć. Dwa lata temu, w programie festiwalowym mieliśmy siedem pozycji, w tym pięć „Iwon..” oglądanych praktycznie dzień po dniu. To były różne i fantastyczne spektakle. Nie spotkałem nikogo kto by powiedział:- Eee, to już było. Nie chodzi o to czy znamy tekst sztuki czy nie. Koszmarne telenowele i spłaszczanie naszych umysłów przez kulturę masową powoduje, że głównie interesuje nas:- O czym to jest?  A przecież tu ważniejsze są relacje między sceną a widownią. Na przykład tegoroczny spektakl niemiecki „Biesiada u hrabiny Kotłubaj”. Prościutki, taki jakiś skromny, trochę męczący, ale jaki fajny.

-Bardzo plastyczny.

-A jaki pojemny, jak on „gada” z publicznością. Czwórka, piątka aktorów, dobry pomysł... Trudno sobie wyobrazić, że ktoś kto przeczyta w internecie streszczenie tej opowieści odkryje to bogactwo emocjonalne, którego dotknęliśmy będąc na spektaklu?

-Wyszłam z takim gombrowiczowskim dołem i byłam mu za to wdzięczna.


-Gombrowiczowskie  doły są odświeżające. Każą mieć do siebie dystans, a to ważne, bo „pupa’ rodzi  się z tego, że brak nam tego dystansu. Bo jestem taki zadufany, albo taki mądry, albo taki głupi, albo taki dobry.

Urszula Makselon
Dziennik Teatralny
27 października 2012

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...