Gorączka w Teatrze Muzycznym

"39 stopni" - Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni

Najnowsza premiera w Teatrze Muzycznym w Gdyni pod tajemniczym tytułem "39 stopni" to pastisz szpiegowskiego filmu Alfreda Hitchcocka z 1935 roku z domieszką romansu i szalonego humoru rodem z Monty Pythona.

Z pewnym niedowierzaniem śledzimy historię Richarda Hannaya, który poznaje w teatrze kobietę szpiega, czyli demoniczną Annabellę (w tej roli Anna Urbanowska). Idą do mieszkania Richarda, gdyż agentka zapewnia, że jest śledzona. Panie na widowni myślą, "a to wydra", chce uwieść naiwnego Hannaya, cóż, każdy pomysł jest dobry. Tymczasem... rzeczywiście, z boku sceny stoi dwóch mężczyzn pod latarnią. Znikają, ale błyskawicznie pojawiają się pod domem, gdy tylko Hannay wygląda przez okno. 

W nocy ktoś wbija Annabelli nóż w plecy. Podejrzany jest oczywiście Hannay. Musi uciekać, znaleźć mordercę i oczyścić się z zarzutów. Droga wiedzie do Szkocji, do profesora, który pomoże rozwikłać tajemnicę. Przed śmiercią Annabella zdradziła Richardowi, że sprawa jest najwyższej wagi i dotyczy bezpieczeństwa narodowego Anglii. Rozpoczynają się pogonie, dziwne spotkania, romanse. Nasz bohater co chwila wpada w ramiona pięknych kobiet, ale bohatersko się z nich wyplątuje.

Fabuła nie jest jednak ważna. Stanowi przede wszystkim pretekst do scenicznej zabawy, gdzie aktorzy grają nie tylko postaci, ale także bagno, szczelinę czy krzew lub skutki powiewu wiatru.

W scenach z wiatrem podobała mi się Anna Urbanowska jako Margaret, żona farmera. W roli Pameli wydała mi się jednak nieco papierowa. Bernard Szyc zbyt przerysowuje swoje postaci. To artysta, który przywykł do solowych partii, zapewne więc nieco gorzej czuje się w kwartecie. Ale ma też kilka świetnych scenek. Bawi do łez jako mówca na wiecu stetryczałych szkockich polityków czy gosposia Richarda Hannaya lub starsza pani z hoteliku na wrzosowiskach, energicznie podciągająca obwisłe piersi.

Chyba najciekawsze role stworzył w tym przedstawieniu Tomasz Czarnecki. Swobodnie wcielał się zarówno w groźnego, zazdrosnego wieśniaka, jak i bujną, seksowną małżonkę profesora Jordana. 

Marek Richter jako Richard Hannay był naturalny i wiarygodny. Swobodnie poruszał się w oparach absurdu. 

Tempo sztuki jest wręcz szalone. Czwórka aktorów wchodzi w kolejne role (ponoć jest ich 80), zakłada maski, peruki, zmienia kostiumy i głos. Oglądamy wieśniaków, policjantów, pasażerów pociągu, sprzedawców gazet, właścicieli hotelu, polityków.

Reżyserii spektaklu podjął się zgrany duet Jarosław Staniek i Jan Jerzy Połoński (ostatnio wspólnie zrealizowali udaną "Alicję w Krainie Czarów" w Teatrze Miniatura). Nie brakuje im zaskakujących pomysłów na ogranie umownej scenografii (po scenie wędrują kufry, drabiny i szafo-łóżko). 

Chociaż skomplikowane perypetie Richarda Hannaya, urągające wszelkim zasadom scenicznego prawdopodobieństwa, są po to, żeby śmiać się z teatru i jego umowności. Jak wtedy, gdy Richard Hannay, uciekając oknem, musi się przecisnąć przez niedużą okienną ramę, którą trzyma Margaret.

Czarny humor, absurd do entej potęgi, do tego teatr cieni. Brawurowy pościg, wewnątrz i po dachu pociągu, mamy też strzelaninę i wątek romansowy. Szkoda, że spektakl jest nieco za długi. Obok scenek przepysznych są i budzące zastrzeżenia. Śmiało można by wyciąć parę dialogów, kilka dowcipów, skrócić jakąś scenkę. Specjalnie nie przeszkadza mi jednak, że duet Jarosław Staniek i Jan Jerzy Połoński zrealizowali "39 stopni" wcześniej, w 2009 roku w Teatrze Powszechnym w Łodzi. Liczy się efekt, a ten jest interesujący.

 Przedstawienie na Nowej Scenie ogląda się z przyjemnością. Wielka w tym zasługa także Doroty Zalewskiej, która zaprojektowała kapitalną scenografię i kostiumy. Czy warto iść na to przedstawienie? Ależ warto... Do teatru zawsze trzeba chodzić. Zwłaszcza gdy proponuje on coś tak oryginalnego jak parodię londyńsko-szkockiej opowieści szpiegowskiej.

Grażyna Antoniewicz
POLSKA Dziennik Bałtycki
8 maja 2012

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia