Góry wabią niczym syreni śpiew

"Himalaje" - reż. Robert Talarczyk - Teatr Śląski w Katowicach

Himalaje: „siedziba śniegów", 10 ośmiotysięczników, marzenie milionów i grobowiec setek miłośników wspinaczki wysokogórskiej. To właśnie w tych azjatyckich górach rozgrywa się akcja najnowszej sztuki wystawionej na deskach Teatru Śląskiego im. St. Wyspiańskiego w Katowicach.

„Himalaje" w reżyserii Roberta Talarczyka, dyrektora katowickiej sceny, to spektakl wyjątkowy, zaskakujący i niejednorodny, bo zawierający elementy teatru tańca, wideo-artu, czy onirycznego obrazowania sprawiające, że przedstawienie przypomina film doby ekspresjonizmu w kinematografii niemieckiej, a przy tym jest niezwykle emocjonalne. Pasja, miłość, strach, lęk, oddanie, zachwyt, zazdrość – tu od uczuć aż kipi, a emocje sięgają zenitu.

Asumptem do stworzenia spektaklu była książka, pierwsza biografia Jerzego Kukuczki, napisana w 2016 r. przez Dariusza Kortko i Marcina Pietraszewskiego - dziennikarzy katowickiej „Gazety Wyborczej". W scenariuszu widać jednak rękę Artura Pałygi, który napisał tekst dramatu. Trzeba przyznać, że poruszany temat nie należy do najłatwiejszych, ale nie jest to pierwszy spektakl poświęcony himalaistom, bo na bielskiej scenie, w Teatrze Polskim można obejrzeć monodram „Wanda" o Wandzie Rutkiewicz - pierwszej Europejce na Mount Evereście.

„Himalaje" to zbiór etiud, poszczególnych dramatów istnienia, które zostały ujęte w ramy 90-minutowego, polifonicznego spektaklu, podkręconego przez elektroniczną muzykę Miuosha. Historia przedstawiona przez zespół Teatru Śląskiego opowiada o górskiej pasji Jerzego Kukuczki – polskiego himalaisty, alpinisty, który jako drugi człowiek na Ziemi zdobył Koronę Himalajów i Karakorum. Choć udało mu się osiągnąć ten cel w niespełna osiem lat, czyli o połowę szybciej niż Reinholdowi Messnerowi – jego największemu konkurentowi, nie był usatysfakcjonowany. Starał się sięgać dalej, wyżej... I kiedy Messner w 1989 r. zrezygnował z wejścia na niezdobytą jeszcze przez nikogo, słynną, południową ścianę Lhotse (czwarty co do wysokości szczyt Ziemi) – Kukuczka zaryzykował. Poszedł. Jednak tym razem Fortuna się od niego odwróciła. Odpadł tuż przed granią szczytową. Lina nie wytrzymała obciążenia i pękła, a wspinacz spadł w dwukilometrową przepaść. I tak, ten określany mianem jednego z najwybitniejszych himalaistów w historii, odszedł na wieczną wartę w swoich ukochanych górach. Górach, dla których porzucił rodzinę.

Zwabiła go i pokonała Lhotse - niezrealizowane marzenie, przeklęta góra, która przyciąga jak magnes, stając się grobowcem wielu gwiazd himalaizmu. To ona wyznaczyła początek i koniec himalajskiej przygody Jerzego Kukuczki. To tu rozpoczął on swoją karierę w 1979 roku i tu pękła jego lina losu, przecinając wątłą nić istnienia. W chwili śmierci przed oczami Jurka pojawiają się retrospekcje z życia, obrazy, postaci. Wizje się mieszają, obrazy nakładają, a Kukuczka dokonuje syntezy zysków i strat. Życie nie jest biało-czarne. Nic nie jest takie, na jakie wygląda. I to doskonale odzwierciedlono w spektaklu.

Scenografia zachwyca. Realizatorzy postawili na rozmach i nowe technologie, dzięki czemu udało się stworzyć piękne wizualnie widowisko. Głazy, odgłosy naciąganej liny, psychodeliczne dźwięki – zadbano o efekty dźwiękowe i wizualne w najdrobniejszym szczególe. Oprawa plastyczna jest niezwykła. To najmocniejszy punkt spektaklu. Pojawia się m.in. śnieg – ten teatralny, ale i jego elektroniczny desygnat, znany z telewizji, a w finałowej scenie bohaterowie toną we krwi – jakże symboliczne! Katarzyna Borkowska odpowiadająca za scenografię, kostiumy oraz reżyserię światła zrezygnowała z kombinezonów, w których zwykli chodzić himalaiści, zastępując je szykownymi garniturami, natomiast w miejsce czekanów i lin pojawiły się kieliszki szampana. Bo bal na Titanicu trwa! Wyobraźnia umierającego nie ma granic. Projekcja w czasie rzeczywistym, mapping, wideo-art Wojtka Doroszuka, czy reżyseria świateł – to wyróżnik katowickiego spektaklu i zarazem ukłon w stronę nowych technologii uatrakcyjniających przekaz. Wizualizacje te potęgują onirystyczne obrazowanie. W niektórych scenach bohaterowie przypominają postaci z kreskówek, a w innych wytwory marzeń, czy koszmarów sennych. Udany zabieg inscenizacyjny.

Choreografię do spektaklu stworzyła Kaya Kołodziejczyk, a jej taneczny podpis widać w każdym ruchu aktorów. Płynne gesty, taniec, partnerowanie, układy zbiorowe – jak chociażby piękna scena, w której aktorzy tworzą monumentalny kopiec z ciał, symbolizujący cmentarzysko ofiar himalaizmu, czy swoistą „Grupę Ukrzyżowania", a wszystko doprowadzone do perfekcji. Taneczną kropką nad „i" jest roztańczona para, która towarzyszy scenicznej akcji przez cały spektakl.

Bal na dachu świata rozpoczyna raper Miuosh, który przechadzając się po scenie z kieliszkiem szampana, daje znak do rozpoczęcia spektaklu. Wówczas ożywają duchy zmarłych i demony przeszłości. Kiedy znika, na scenie pojawiają się bohaterowie żywi i umarli, fikcja miesza się z rzeczywistością, przeszłość z teraźniejszością. Na scenie pojawia się Ryszard Pawłowski, Wojciech Kurtyka, Krzysztof Wielicki – nagrywający wszystko telefonem (tak, jak podczas ostatniej wyprawy na K2), Artur Hajzer, Wanda Rutkiewicz, Tadeusz Piotrowski, Andrzej Czok, rodzice Kukuczki.

W Elizjum świętują. Oto kolejna dusza przekroczyła brzeg Styksu. Można pokusić się o stwierdzenie, że bal rozgrywa się w głowie Kukuczki, który spadając w przepaść przypomina sobie wszystkich, których pochłonęły góry. Bohaterowie, którzy przychodzą i odchodzą to polscy himalaiści, którzy zaprzedali duszę swoim marzeniom i zginęli w górach. To dusze błądzące po Polach Elizejskich, których cienie wiernie towarzyszą kolegom po fachu. Warto w tym miejscu wspomnieć o symbolicznej scenie, w której jeden z himalaistów dźwiga na plecach widmo swojego zmarłego kolegi, co przypomina, że każdy ze wspinaczy wysokogórskich nieustannie ocierających się o śmierć ma na swoim koncie zgon przyjaciół po fachu.

Spektakl jest niezwykle dynamiczny. Cały czas na scenie dużo się dzieje. Główna akcja rozgrywa się, oczywiście, na pierwszym planie, ale drugi nie zastyga w bezruchu. Bohaterowie krążą, wspinają się po ścianie zamykającej przestrzeń gry, tańczą – wskazując, że śmierć tanecznym krokiem zbiera krwawe żniwo. Nie sposób opisać wszystkich postaci, wszak jest ich aż 21! Jednak wyróżnić należy kwartet: Jurek, Cecylia, Lhotse i dziennikarka. Ta ostatnia została przedstawiona jako harpia, wiedźma, drapieżnik krążący nad ofiarą, wampir energetyczny czyhający na sensację i wysysający z ofiary – respondenta – informację niczym krwiopijca soki życiowe cierpiętnika. Barbara Lubos była w tej roli doskonała. Dariusz Chojnacki w roli Kukuczki jest autentyczny, a subtelna Cecylia – uosabia żonę i matkę wiecznie czekającą, która godzi się na realizację niebezpiecznej pasji swego męża, lecz cierpi. Taka współczesna Stabat Mater Dolorosa. Jest i personifikacja Lhotse. W tej roli zobaczymy monumentalną, stoicką Grażynę Bułkę.

Można odnieść wrażenie, że na scenie panuje chaos i to on dominuje. Mnogość wątków, postaci, pól akcji. Widz niezaznajomiony z biografią Kukuczki i stroniący od historii polskiego himalaizmu może się pogubić w gąszczu informacji. Jednak chaos ten da się obronić, starając się zrzucić wrażenie dojmującej chaotyczności na karb koncepcji majaku, halucynacji, marzenia sennego, bo w takiej właśnie onirycznej stylistyce „Himalaje" są utrzymane. W spektaklu pada stwierdzenie, że powyżej wysokości 7000 m n.p.m. pojawiają się wizje związane z niedotlenieniem organizmu. To choroba wysokościowa może dotknąć każdego, kto przekroczy wysokość 2500 metrów, nie mówiąc już o tych, którzy wspinają się na ośmiotysięczniki, ponieważ powyżej 7,9 tys. m n.p.m. zaczyna się tzw. strefa śmierci. Omamy słuchowe, dziwne stany psychiczne, nowi towarzysze, irracjonalne rozmowy oraz „syndrom anioła stróża" – na to wszystko muszą być gotowi himalaiści i to wszystko zostało przedstawione w spektaklu.

W „Himalajach" poruszono istotną sprawę związaną z pasją wysokogórską traktowaną jako niezrozumiałe dążenie, które przesyca duszę himalaisty i każe mu zdobywać kolejne szczyty, kolejne i kolejne, nie dając wytchnienia. Kiedy jeden cel zostanie zrealizowany, drugi pojawia się w zasięgu wzroku i tak bez końca. Góry przyciągają niczym syreni śpiew, wabią śmiałków i nierzadko zatrzymują w swych lodowatych ramionach na wieczność. To pasja, która przenika wszystkie sfery życia i nie daje o osobie zapomnieć. I w „Himalajach" to wszystko zostało wyartykułowane. Reżyser nie ocenia, nie rozstrzyga, co jest dobre, a co złe. Pokazuje tylko, że na szali zawsze waży się los rodzinnego życia oraz spełnianie wysokogórskich marzeń i aspiracji. Góry zawsze wygrywają. Dlaczego? Zapewni nikt, kto nie podziela tej pasji nie zrozumie. To hobby tyleż piękne, co zabójcze. Fortuna sprzyja śmiałkom, ale jest też łasa na ofiary.

Przygotowania do wystawienia spektaklu trwały niemal dwa lata, ale było warto. Katowicka scena zyskała nie tylko wartościowy tytuł, ale dzięki niemu na nowo wybrzmiała historia Kukuczki. Temat himalaizmu często pojawia się w mediach. Wystarczy tylko przypomnieć o niedawnej tragicznej wyprawie Tomasza Mackiewicza na Nanga Parbat i misji ratunkowej podjętej przez uczestników wyprawy na K2. Wtedy niemal każdy z obserwatorów wcielał się w rolę komentatora i specjalisty od wspinaczki wysokogórskiej, oceniając poczynania wspinaczy. Tymczasem katowicki spektakl daleki jest od jednoznacznych osądów. Reżyser nie gloryfikuje, ale też i nie krytykuje górskiej pasji Kukuczki i wielu mu podobnych, bo wspinacz z Katowic stanowi zarazem figurę reprezentującą środowisko miłośników alpinizmu i himalaizmu. Talarczyk zachowuje równowagę i przedstawia sytuację wielowymiarowo.

„Himalaje" to dramatyczna opowieść o pasji i determinacji, jednakże w spektaklu nie brakuje i humoru, żartu słownego („Odczep się – to słaby żart dla himalaisty"), ale blednie on w obliczu tragedii toczącej się na pierwszym planie. Tragikomiczne są też wizje himalaistów, którzy balansując na granicy życia i śmierci, sięgają nieba realizując swoje marzenia. Jest i nawiązanie do śląskiej ziemi, św. Barbary – tak chętniej uwiecznianej na płótnie przez Erwina Sówkę, wszak Kukuczka to chłopak stąd, wyrósł na śląskiej ziemi katowickich Bogucic i obce mu nie były pogórnicze hałdy, na które wspinał się za młodu. Dzięki swej determinacji zdobył światową sławę i wybudował...pomnik trwalszy niż ze spiżu, bo wzniesiony w ludzkiej pamięci.

Teraz jego historię poznajemy dzięki spektaklowi wystawianemu na katowickiej scenie.

Magdalena Mikrut-Majeranek
Dziennik Teatralny Katowice
22 maja 2018
Portrety
Robert Talarczyk

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia